02.01.2025, 20:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.01.2025, 20:14 przez Baldwin Malfoy.)
Charlie mógłby mu wylać na łeb beczkę alkoholu, garniec roztopionego złota czy wiadro pomyj. Żadna z tych rzeczy nie obeszła by teraz Malfoy’a, który poświęcał każdą sekundę na rozkoszną ucztę zmysłów jakim były emocje. Kolekcjonował najmniejsze wspomnienia, drżąc na samą myśl o niciach, które wplecie w następny obraz. W kasztanowe włosy, pełne zagubienia w świecie żywych oczy Mulciberowej wybranki. Oddał cześć Brennie Longbottom i jej taśmom, czyniąc ją wieczną ozdobą Eurydyki. Kto powiedział, że słodka i niewinna Scylla Greyback nie ozdobi ścian Kościanego Zamtuza?
Oblizał usta, gdy tequila spłynęła mu w dół twarzy, wpadając do oczu, których jednak nie zamknął. Jeśli Charles chciał się poczuć jak szkolny dryblas, który znęca się nad pierwszakiem - to ewidentnie źle trafił. Ten dziwaczny waterboarding odniósł zgoła odmienny efekt od zamierzonego (chyba że pan Mulciber próbował zrobić ze swojego towarzysza miss mokrego podkoszulka, to zdziałał cuda). Mógł czuć się wielki i potężny, ale z reguły od prześladowanych oczekiwano czegoś innego niż rozbierania swoich prześladowców wzrokiem. A to właśnie robił Baldwin, sunąc leniwie wzrokiem po szyi Charliego, wyobrażając sobie jak pięknie musiałaby wyglądać w siatce blizn i sinofioletowych plam. Odcisków ust, palców. Potrafił wyobrazić sobie jego przyspieszony, płytki oddech, bo w jego myślach brzmiał dokładnie tak jak Scarlett. A ona smakowała kimś innym. Kimś czyj dotyk zdawał się nawet realniejszy niż zaciśnięte palce Charles’a na jego koszuli.
Wahadełko błysnęło w jego dłoni. Przepiękny, drogocenny kamień wart więcej niż życie niejednego. Jego dziedzictwo. Czym różnił się umysł Mulcibera od wszystkich kurew, które w życiu już pchnął na kolana, bo raczyły się znaleźć zbyt blisko. Niczym. Żadnemu nie zamierzał zapłacić za ucztę z emocji i uczuć.
Różdżka, którą trzymał w drugiej dłoni drgnęła, gdy zacisnął na niej mocniej palce, a w myślach Baldwina królowało tylko jedno słowo. Obijało się złowieszczym echem, powtarzane przez słodki głosik z tyłu głowy. Incendio. Jedno proste słówko, by zakończyć wszystko.
Wszystkie kłopoty porzucone na płonącym stosie. Wszystko mogło spłonąć. On mógł spłonąć. Nareszcie.
Nie słuchał go. Oczywiście, że nie słuchał tego całego pierdolenia o tym jak to się ma nie zbliżać do Scarlett, bo od samego początku Baldwin Malfoy nie traktował swojego kolegi na poważnie. Nie traktował go poważnie, gdy ten wił się ze wstrętem pod jego dotykiem w pracowni na Horyzontalnej. I absolutnie nie traktował go poważnie teraz, nawet z podbitym okiem i cuchnąc mieszanką tequilli, papierosów i wanilii z porzeczką.
Zaśmiał się chrapliwie.
Dłoń z owiniętym wokół łańcuszkiem uniosła się szybko do góry. Po prostu odepchnął od siebie Mulcibera, wkładając w to całą swoją siłę, nawet jeśli tej miał z natury dość niewiele.
AF (1k) - na ile mocno odepchnie od siebie Charliego.
Nie zastanawiał się dłużej. Nie przestawał ociekać alkoholem. Nie przestawał myśleć o tym jak chciałby spłonąć, tu teraz, brudząc popiołem te nieskazitelne meble. Ale co ważniejsze - nie przestał się nawet na moment śmiać.
Z trzaskiem teleportował się z mieszkania chłopaka w sobie tylko znane miejsce.
Oblizał usta, gdy tequila spłynęła mu w dół twarzy, wpadając do oczu, których jednak nie zamknął. Jeśli Charles chciał się poczuć jak szkolny dryblas, który znęca się nad pierwszakiem - to ewidentnie źle trafił. Ten dziwaczny waterboarding odniósł zgoła odmienny efekt od zamierzonego (chyba że pan Mulciber próbował zrobić ze swojego towarzysza miss mokrego podkoszulka, to zdziałał cuda). Mógł czuć się wielki i potężny, ale z reguły od prześladowanych oczekiwano czegoś innego niż rozbierania swoich prześladowców wzrokiem. A to właśnie robił Baldwin, sunąc leniwie wzrokiem po szyi Charliego, wyobrażając sobie jak pięknie musiałaby wyglądać w siatce blizn i sinofioletowych plam. Odcisków ust, palców. Potrafił wyobrazić sobie jego przyspieszony, płytki oddech, bo w jego myślach brzmiał dokładnie tak jak Scarlett. A ona smakowała kimś innym. Kimś czyj dotyk zdawał się nawet realniejszy niż zaciśnięte palce Charles’a na jego koszuli.
Wahadełko błysnęło w jego dłoni. Przepiękny, drogocenny kamień wart więcej niż życie niejednego. Jego dziedzictwo. Czym różnił się umysł Mulcibera od wszystkich kurew, które w życiu już pchnął na kolana, bo raczyły się znaleźć zbyt blisko. Niczym. Żadnemu nie zamierzał zapłacić za ucztę z emocji i uczuć.
Różdżka, którą trzymał w drugiej dłoni drgnęła, gdy zacisnął na niej mocniej palce, a w myślach Baldwina królowało tylko jedno słowo. Obijało się złowieszczym echem, powtarzane przez słodki głosik z tyłu głowy. Incendio. Jedno proste słówko, by zakończyć wszystko.
Wszystkie kłopoty porzucone na płonącym stosie. Wszystko mogło spłonąć. On mógł spłonąć. Nareszcie.
Nie słuchał go. Oczywiście, że nie słuchał tego całego pierdolenia o tym jak to się ma nie zbliżać do Scarlett, bo od samego początku Baldwin Malfoy nie traktował swojego kolegi na poważnie. Nie traktował go poważnie, gdy ten wił się ze wstrętem pod jego dotykiem w pracowni na Horyzontalnej. I absolutnie nie traktował go poważnie teraz, nawet z podbitym okiem i cuchnąc mieszanką tequilli, papierosów i wanilii z porzeczką.
Zaśmiał się chrapliwie.
Dłoń z owiniętym wokół łańcuszkiem uniosła się szybko do góry. Po prostu odepchnął od siebie Mulcibera, wkładając w to całą swoją siłę, nawet jeśli tej miał z natury dość niewiele.
AF (1k) - na ile mocno odepchnie od siebie Charliego.
Rzut O 1d100 - 57
Sukces!
Sukces!
Nie zastanawiał się dłużej. Nie przestawał ociekać alkoholem. Nie przestawał myśleć o tym jak chciałby spłonąć, tu teraz, brudząc popiołem te nieskazitelne meble. Ale co ważniejsze - nie przestał się nawet na moment śmiać.
Z trzaskiem teleportował się z mieszkania chłopaka w sobie tylko znane miejsce.
Koniec sesji