02.01.2025, 21:47 ✶
Było jej... ciężko. Nawet jeśli nie lubiła się do tego przyznawać przed innymi, to w obliczu samej siebie nie miała aż tak wielu oporów. Może dlatego, że była w pewnych sprawach dojść do porozumienia z samą sobą, pewne rzeczy przychodziły jej łatwiej. Może dlatego wciąż ubierała na usta szczery uśmiech, kiedy inni dziwili się, jak w ogóle była w stanie pozostać sobą po tym, co ją w życiu spotkało.
Ale po zebraniu Zakonu wcale nie było jej do śmiechu. Czuła się winna, że rozżalenie wzięło nad nią górę i uniosła się, w jakiejś pokracznej próbie obrony Brenny. Nigdy nie chciała zwrócić się w ten sposób do wujka Morpheusa, ale teraz na samo wspomnienie paliły ją ze wstydu policzki, kiedy siedziała w zaanektowanym przez siebie pokoju w Stawie. Czuła, że to wszystko było zwyczajnie niesprawiedliwe; że gdyby wszyscy porozmawiali ze sobą otwarcie i na spokojnie, odsuwając na bok wątpliwości, urazy i zadry, wszystko wyglądało by zupełnie inaczej, ale nie chciała też nikomu niczego wytykać. Głównie dlatego, że sama zareagowała głównie z powinności. Bo Dora nie była przecież wierna Zakonowi. Idee tego zgromadzenia rezonowały z nią aż za dobrze, ale dziewczynę nigdy nie interesowało należenie do tajnej organizacji, walczącej ze złem tego świata. Nie. Ona była w Zakonie, bo Brenna z nią porozmawiała. Była w Zakonie, bo zależało jej na jej przybranej siostrze. Na Longbottomach, na jej przyjaciołach i ich przyjaciołach. Na ludziach dobrych, ale też tych, którzy wciąż mieli szansę, byli pod ścianą lub wahali się. Menodora poczuła na zebraniu niesprawiedliwość bo jej lojalność stała w pierwszej kolejności za Brenną. Tą samą osobą, która teraz stała pod jej drzwiami.
W pierwszej chwili zawahała się, zastanawiając czy nie powinna udać, że wcale jej nie ma, ale był to tylko moment - tak krótki jak zorientowanie się, że głos należał dokładnie do Longbottom, a nie kogoś innego, kto miał zamiar ją pocieszyć. Szybko więc zsunęła się z parapetu, podchodząc cicho do drzwi i łapiąc za klamkę.
- Przepraszam - powiedziała skruszona, kiedy już mogła spojrzeć Brennie w twarz, ale wzrok odwróciła szybko, z pewnym wstydem. - Przepraszam, nie chciałam nic popsuć, niczego niewłaściwego mówić, ale... ale to było niesprawiedliwe. Morpheus był niesprawiedliwy. Millie była niesprawiedliwa. Wszystko było nie tak... - powiedziała cicho, powstrzymując się by nie powiedzieć jednej rzeczy, które przyszła do niej przez czas, kiedy mogła sobie to wszystko przemyśleć. Wszyscy byli niesprawiedliwi. Morpheus, Millie... ale tak samo ona sama i Brenna.
Ale po zebraniu Zakonu wcale nie było jej do śmiechu. Czuła się winna, że rozżalenie wzięło nad nią górę i uniosła się, w jakiejś pokracznej próbie obrony Brenny. Nigdy nie chciała zwrócić się w ten sposób do wujka Morpheusa, ale teraz na samo wspomnienie paliły ją ze wstydu policzki, kiedy siedziała w zaanektowanym przez siebie pokoju w Stawie. Czuła, że to wszystko było zwyczajnie niesprawiedliwe; że gdyby wszyscy porozmawiali ze sobą otwarcie i na spokojnie, odsuwając na bok wątpliwości, urazy i zadry, wszystko wyglądało by zupełnie inaczej, ale nie chciała też nikomu niczego wytykać. Głównie dlatego, że sama zareagowała głównie z powinności. Bo Dora nie była przecież wierna Zakonowi. Idee tego zgromadzenia rezonowały z nią aż za dobrze, ale dziewczynę nigdy nie interesowało należenie do tajnej organizacji, walczącej ze złem tego świata. Nie. Ona była w Zakonie, bo Brenna z nią porozmawiała. Była w Zakonie, bo zależało jej na jej przybranej siostrze. Na Longbottomach, na jej przyjaciołach i ich przyjaciołach. Na ludziach dobrych, ale też tych, którzy wciąż mieli szansę, byli pod ścianą lub wahali się. Menodora poczuła na zebraniu niesprawiedliwość bo jej lojalność stała w pierwszej kolejności za Brenną. Tą samą osobą, która teraz stała pod jej drzwiami.
W pierwszej chwili zawahała się, zastanawiając czy nie powinna udać, że wcale jej nie ma, ale był to tylko moment - tak krótki jak zorientowanie się, że głos należał dokładnie do Longbottom, a nie kogoś innego, kto miał zamiar ją pocieszyć. Szybko więc zsunęła się z parapetu, podchodząc cicho do drzwi i łapiąc za klamkę.
- Przepraszam - powiedziała skruszona, kiedy już mogła spojrzeć Brennie w twarz, ale wzrok odwróciła szybko, z pewnym wstydem. - Przepraszam, nie chciałam nic popsuć, niczego niewłaściwego mówić, ale... ale to było niesprawiedliwe. Morpheus był niesprawiedliwy. Millie była niesprawiedliwa. Wszystko było nie tak... - powiedziała cicho, powstrzymując się by nie powiedzieć jednej rzeczy, które przyszła do niej przez czas, kiedy mogła sobie to wszystko przemyśleć. Wszyscy byli niesprawiedliwi. Morpheus, Millie... ale tak samo ona sama i Brenna.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.