02.01.2025, 22:26 ✶
Dla Brenny minęło już parę dni: dla Dory ledwo dwie czy trzy godziny. Próbowała o tym pamiętać, ale z podróżowaniem w czasie wiązało się tyle drobnych efektów ubocznych, że prawie cieszyła się, że zmieniacz czasu rozsypał się w jej dłoniach. Gdyby miała używać go częściej, prawdopodobnie okropnie by coś popsuła.
– Hej. Nie przepraszaj – powiedziała spokojnie, wyciągając dłonie, by ułożyć je na ramionach Dory. Same wybuchy podczas zebrania nie były takim problemem: problem zaczął się, gdy najpierw wybiegła Millie, za nią Thomas, a wreszcie Dora. Problemem było, że widząc, jak wychodzą, i że mimo reakcji wciąż wskazywano na niektóre kandydatury, Brenna nie umiała zareagować na tyle dobrze, by uspokoić sytuację. Ale na pewno nie było problemem, że ktoś wyraził swoje zdanie. – Nikt nie jest na ciebie zły. Miałaś prawo powiedzieć to, co uważałaś. Jeżeli chodzi o Morpheusa… ufa Shafiqowi swoim życiem, więc go zaproponował. Nie mogę mieć o to do niego pretensji.
Brenna nie uważała, że Dora była niesprawiedliwa. Nie uważała, by Morpheus był niesprawiedliwy, chociaż zdecydowanie nie zgadzała się z jego kandydaturami, nie oznaczało to jednak, że takich nie należało omawiać. Ale też nie czuła, by sama była niesprawiedliwa: trzymała się dalej każdego słowa, jakie powiedziała i nigdy nie miała uznać, że na tym etapie walk ktoś, kto najpierw nie zrobił czegoś, co świadczyłoby o tym, że chce pomoc przeciwnikom Voldemorta i nie pomaga śmierciożercom, powinien być rozpatrywany jako kandydat do dania mu informacji o Zakonie. Zwłaszcza jeśli miał bardzo różnych przyjaciół, co do których lojalności nic nie wiedzieli. Nie podobała się jej idea skupiania wysiłków na przejmowaniu władzy w Ministerstwie Magii, które już było stroną w tym konflikcie i co w jej oczach tylko wciągnęłoby ich w jałową politykę. Nie, nie czuła się niesprawiedliwa, a nawet jeżeli podejrzewała niektórych bez dowodów ku temu – nie żyli w świecie, w którym zaufanie można było po prostu komuś oferować. Nie próbowała przecież tych osób wepchnąć do więzienia. Nie chciała jedynie dawać im informacji, mogły kosztować kogoś jeśli nie życie, to najmniej karierę.
Ale wiedziała już, że popełniła wiele błędów, że nie nadaje się do dowodzenia i że Zakon w obecnej postaci prawdopodobnie nie miał racji bytu, a nie była pewna, jak sama odnajdzie się w nim po tym, jak się zmieni: obojętnie, jaką formę przyjmie. Była żołnierzem i w pewnych sprawach nie umiała iść na kompromisy, nawet jeżeli pewnie te były najlepszą drogą. A Patricka, który radził sobie z tym dobrze… Patricka już z nimi nie było: wszystko zaczęło się sypać, gdy on się wycofał, a ona zaczęła pełnić większą rolę, nie zamierzała więc wypierać się za to odpowiedzialności. I mogła mieć tylko nadzieję, że znajdzie się ktoś mądrzejszy od niej, kto będzie w stanie to rozwikłać.
Nie zamierzała jednak zrzucać tego na głowę Dory.
– Hej. Nie przepraszaj – powiedziała spokojnie, wyciągając dłonie, by ułożyć je na ramionach Dory. Same wybuchy podczas zebrania nie były takim problemem: problem zaczął się, gdy najpierw wybiegła Millie, za nią Thomas, a wreszcie Dora. Problemem było, że widząc, jak wychodzą, i że mimo reakcji wciąż wskazywano na niektóre kandydatury, Brenna nie umiała zareagować na tyle dobrze, by uspokoić sytuację. Ale na pewno nie było problemem, że ktoś wyraził swoje zdanie. – Nikt nie jest na ciebie zły. Miałaś prawo powiedzieć to, co uważałaś. Jeżeli chodzi o Morpheusa… ufa Shafiqowi swoim życiem, więc go zaproponował. Nie mogę mieć o to do niego pretensji.
Brenna nie uważała, że Dora była niesprawiedliwa. Nie uważała, by Morpheus był niesprawiedliwy, chociaż zdecydowanie nie zgadzała się z jego kandydaturami, nie oznaczało to jednak, że takich nie należało omawiać. Ale też nie czuła, by sama była niesprawiedliwa: trzymała się dalej każdego słowa, jakie powiedziała i nigdy nie miała uznać, że na tym etapie walk ktoś, kto najpierw nie zrobił czegoś, co świadczyłoby o tym, że chce pomoc przeciwnikom Voldemorta i nie pomaga śmierciożercom, powinien być rozpatrywany jako kandydat do dania mu informacji o Zakonie. Zwłaszcza jeśli miał bardzo różnych przyjaciół, co do których lojalności nic nie wiedzieli. Nie podobała się jej idea skupiania wysiłków na przejmowaniu władzy w Ministerstwie Magii, które już było stroną w tym konflikcie i co w jej oczach tylko wciągnęłoby ich w jałową politykę. Nie, nie czuła się niesprawiedliwa, a nawet jeżeli podejrzewała niektórych bez dowodów ku temu – nie żyli w świecie, w którym zaufanie można było po prostu komuś oferować. Nie próbowała przecież tych osób wepchnąć do więzienia. Nie chciała jedynie dawać im informacji, mogły kosztować kogoś jeśli nie życie, to najmniej karierę.
Ale wiedziała już, że popełniła wiele błędów, że nie nadaje się do dowodzenia i że Zakon w obecnej postaci prawdopodobnie nie miał racji bytu, a nie była pewna, jak sama odnajdzie się w nim po tym, jak się zmieni: obojętnie, jaką formę przyjmie. Była żołnierzem i w pewnych sprawach nie umiała iść na kompromisy, nawet jeżeli pewnie te były najlepszą drogą. A Patricka, który radził sobie z tym dobrze… Patricka już z nimi nie było: wszystko zaczęło się sypać, gdy on się wycofał, a ona zaczęła pełnić większą rolę, nie zamierzała więc wypierać się za to odpowiedzialności. I mogła mieć tylko nadzieję, że znajdzie się ktoś mądrzejszy od niej, kto będzie w stanie to rozwikłać.
Nie zamierzała jednak zrzucać tego na głowę Dory.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.