Ciężki deszcz spadał na ich Utopię. Siekał przeznaczeniem po szybach, gdy w swoich ramionach szukali odpowiedzi i pocieszenia. Strach zasłaniał gwiezdne niebo, zabierając im przyszłość, a przecież chcieli dać sobie nawzajem tylko cały wszechświat. To bolało, głęboko w klatce piersiowej. Ciężar, nie ciała, lecz kamieni przygniatających, egzekucja, kara za niewinność.
Nawet jeżeli nie powiedział mu wprost, że będzie żyć, nawet jeżeli ramiona Morpheusa pokryła gęsia skórka, bo nie padly te słowa zapewnienia, gwarantujące dalsze bicie jego serca, chciał wierzyć mu, że to się uda. Dopóki śmierć ich nie rozłączy.
— Pieprzyć moją rodzinę — przesunął palcami po włosach Vasilija, wsunął w nie palce, przeczesując miękkie nici jedwabiu kościanym grzebieniem swojej dłoni. — Ty. Ja. My. Stać ich na to, żeby mnie odwiedzać za oceanem.
Nie powiedział na głos o swoim ojcu, tak twardo trzymającym się prawa, że Morpheus z lękiem spoglądał na niego, gdy spotykali się z Vasilijem na licznych przyjęciach śmietanki towarzyskiej. Gdy musieli udawać, że po prostu się znają ze szkoły, że się po prostu lubią i rozmawiają o bezużytecznych zdaniem ich ojców rzeczach. Pan Dolohov i Longbottom mogli stać po dwóch różnych stronach barykady, ale pewne rzeczy tkwiły w konserwatywnych głowach bez względu na to, czy tkwi się w korupcji czy płonie ogniem praworządności.
A Morpheus łamał prawo każdym gorliwym pocałunkiem.
—[a]— Pieprzyć moją rodzinę — przesunął palcami po włosach Vasilija, wsunął w nie palce, przeczesując miękkie nici jedwabiu kościanym grzebieniem swojej dłoni. — Ty. Ja. My. Stać ich na to, żeby mnie odwiedzać za oceanem.
Nie powiedział na głos o swoim ojcu, tak twardo trzymającym się prawa, że Morpheus z lękiem spoglądał na niego, gdy spotykali się z Vasilijem na licznych przyjęciach śmietanki towarzyskiej. Gdy musieli udawać, że po prostu się znają ze szkoły, że się po prostu lubią i rozmawiają o bezużytecznych zdaniem ich ojców rzeczach. Pan Dolohov i Longbottom mogli stać po dwóch różnych stronach barykady, ale pewne rzeczy tkwiły w konserwatywnych głowach bez względu na to, czy tkwi się w korupcji czy płonie ogniem praworządności.
A Morpheus łamał prawo każdym gorliwym pocałunkiem.
— Mistrz Vasilij Dolohov... Zasługujesz na to, moja miłości — zaklinał rzeczywistość Morpheus, nie dbając o swoje imię, o swoje miejsce na kartach historii. Nie potrzebował wspomnień w przypisach, historia nienawidziła kochanków, tego już się nauczył. Lorca. Wilde. — Napiszę do Charlotte, nikt przecież nie zabroni odwiedzić nam starej przyjaciółki za oceanem. Tylko nikt nie będzie wiedział, że już nie wrócimy. — Morpheus zaczynał w to wierzyć, przyciskając ciało Vasilija do siebie, jakby bał się zgubić światło jego komety. To mogło się udać.