W zasadzie to nie była zaskoczona z takiego obrotu sprawy z dwóch powodów: dokładnie tak sam Sauriel robił, jak przychodził ją odwiedzić w jej domu w Dolinie Godryka, znaczy przełaził kominkiem, rzucał spojrzenie któremuś z jej rodziców, albo nikomu, a potem wbijał jak do siebie do jej pokoju… czasami zapukał, a potem wchodził. To pierwszy powód. A drugi był taki, że… Sauriel posiadał klucz do jej kamienicy, więc… że usłyszała jego mrukliwy głos, a potem zobaczyła unoszonego Kwiatusza, jak tą gwiazdeczkę przyklejaną na niebo i zero protestów od kota – zdziwienia w niej było zero. Może tylko uniosła brew (znowu!), widząc, że temu kociakowi to się chyba w głowie wywróciło, że mu było tak wygodnie być noszonym, ale najwyraźniej Rookwood miał jakieś specjalne przywileje u jej kotów.
No cóż.
– Świecąca – odpowiedziała mu bez sensu i zamarła w połowie tych schodów, dzisiaj ubrana w czarną sukienkę z dość głębokim dekoltem, pięknie wyszywaną złotą nicią w kwiecisty wzór, o rękawach mocno rozszerzających się na łokciach, zebraną w jej talii tak, że bardzo dobrze podkreślała jej figurę idealnej klepsydry.
Kiedy Sauriel wydarł się „LUNA!”, posiadaczka tego imienia zaczęła zawodzić jeszcze żałośniej, a potem nastąpiło głuche bum i dziewczęce:
– Luna, poczekaj, nie wyrywaj się!
I w ten właśnie sposób Sauriel zrównał się z Victorią na schodach i nawet nie musiał się schylać do buziaka w czółko, gdy stała schodek nad nim. Uśmiechnęła się nawet odrobinę pogodnie (ach, niewspółmiernie do ciemnych nowin, które spadły w ostatnich dniach na jej barki), nim mu odpowiedziała.
– Hmm… Można tak powiedzieć – odwróciła się zaraz i przeszła tych kilkanaście stopni w górę, z powrotem do salonu, by dotrzeć na tę dantejską scenę, w której Luna była tulona do piersi przez chudego podrostka o pociągłej twarzy i bystrym spojrzeniu. – To jest Olivia – przedstawiła krótko siostrę, która podniosła wzrok i z ciekawością wpatrywała się w czarnowłosego z kotem pod pachą. – Moja najmłodsza siostra. A to jest Sauriel Rookwood – dokończyła.
– Dzieeń…dobrywieczór? – wyrzuciła z siebie, w połowie orientując się, że źle określiła porę dnia, a na koniec uśmiechnęła się niewinnie i lekko przekrzywiła głowę. Z pewnością już przynajmniej raz słyszała to imię i nazwisko… w różnych kontekstach i teraz wyglądała na nieco zaskoczoną, ale nie wycofaną.
– Byłyśmy dzisiaj kupić Livii rzeczy do szkoły, wiesz, nowe podręczniki, szaty, takie tam – do odjazdu Hogwart Expressu był w końcu tylko tydzień. Lunie w końcu udało się wyrwać z uścisku Liv, i gdy tylko znalazła się na podłodze, pognała w kierunku Sauriela.