02.01.2025, 23:38 ✶
Brenna otoczyła Dorę ramionami bez chwili wahania: nawet gdyby pokłóciły się okropnie, nie mogłaby sobie wyobrazić, żeby nie wyciągnęła do niej rąk. Dora była jej młodszą siostrą w każdym znaczeniu tego słowa, jakie się liczyło. Nie miało znaczenia, że w ich żyłach nie płynęła wspólna krew. Niewielu rzeczy nie potrafiłaby jej wybaczyć – takie istniały, bo lojalność Brenny choć silna, miała swoje granice, ale ktoś taki jak Dora nie mógłby się do tych choćby zbliżyć: a przynajmniej Brenna nie wierzyła, że mogłoby być inaczej.
– To nie znaczy, że powinno się milczeć. Nie kiedy jakieś słowa nie są obliczone po prostu na to, żeby kogoś zranić, choć nie są potrzebne – odparła, wypuszczając ją z uścisku i wchodząc do środka. Nie była ostatecznie pewna, czy ktoś tego wieczora nie pojawi się jeszcze w Księżycowym Stawie, a nie powinna pokazywać się zbyt wielu ludziom. Pewnie nie powinna być też tutaj, a jednocześnie wiedziała, że tak, powinna, i powinna była pojawić się wcześniej – jakkolwiek dziwnie to nie brzmiało.
Dora pewnie miała sporo racji: bo Brenna z pewnymi rzeczami nie mogłaby się zgodzić, nieważne, co powiedzieliby inni. Nie kiedy szło o ryzykowanie bezpieczeństwem zakonników. Umiała być tu nie tylko twarda, ale też okrutna – Anthony’ego Borgina potraktowała przecież bez choćby cienia litości, mimo tego, że pokazał jej przedramię wolne od mrocznego znaku, bo postrzegała go jako zagrożenie dla sióstr i brata. Własne wyrzuty sumienia, uczucia, nawet przyjaźń i współczucie, nie mogły sprawić, aby była gotowa iść w niektórych sprawach na ustępstwa. W takich chwilach nie dbała zbytnio o to, kto może poczuć się urażony, nawet jeżeli nie chciała ranić innych. I może właśnie dlatego potrzebowali kogoś bardziej elastycznego – kto będzie gotów na współpracę z ludźmi, którzy mogli pomagać obu stronom konfliktu i działać w trosce o własny interes.
– Dziękuję, kochanie, to miło, że tak sądzisz – stwierdziła, przysiadając na łóżko. Nie powiedziała jej prawdy: że Dumbledore wybrał ją, bo po prostu ciężko było wybrać kogoś innego. Erik bywał naiwny, Thomas walczył z depresją, Harper skupiała się na Biurze Aurorów, a poza tym od dawna kryła pewne informacje. Kto mógłby jeszcze przejąć stanowisko? Może Alastor? Nie powiedziała i tego, że chociaż wierzyła Dorze i to doceniała, to wiedziała też, że ta po prostu wierzyła w nią trochę za bardzo – wiarą młodszej siostry, której czytała bajki w yulowy wieczór i którą zabierała latem na lody. – Ale nikt nie może wymagać, żeby inni podzielali tę wiarę, zwłaszcza jeśli mają inne poglądy na to, jak powinna wyglądać walka z Voldemortem.
Zresztą, skoro sama w siebie nie wierzyła, jak mogłaby mieć o to pretensje? Może zresztą Morpheus miał rację i Anthony Shafiq miał być tą kluczową postacią, która poprowadzi czarodziejów ku nowemu – po prostu to nowe nie było nowym, które podobało się Brennie, a ona wierzyła dotąd w Albusa Dumbledore’a.
Teraz jednak już nawet tego nie była pewna.
Bo może gdyby z nimi był, załatwiłby to lepiej… ale go nie było.
– Dora… – powiedziała w końcu, z pewnym wahaniem, niepewna, jak ubrać to w słowa. Nie wiedziała tak naprawdę, dlaczego Dora wyszła z zebrania: nie była pewna, czy przytłoczyło ją to, co się działo czy może poczuła się zagrożona widząc ten konflikt, i słysząc, że do Zakonu mogą dołączyć osoby, które właściwie nie mają wielkich powodów słuchać rozkazów Dumbledore’a. A Crawleyowie przecież znajdowali się w niebezpieczeństwie największym z nich wszystkich. – Nie mogę obiecać, że wszystko będzie dobrze, ale nie tylko ja zrobię wszystko, żebyście byli bezpieczni.
– To nie znaczy, że powinno się milczeć. Nie kiedy jakieś słowa nie są obliczone po prostu na to, żeby kogoś zranić, choć nie są potrzebne – odparła, wypuszczając ją z uścisku i wchodząc do środka. Nie była ostatecznie pewna, czy ktoś tego wieczora nie pojawi się jeszcze w Księżycowym Stawie, a nie powinna pokazywać się zbyt wielu ludziom. Pewnie nie powinna być też tutaj, a jednocześnie wiedziała, że tak, powinna, i powinna była pojawić się wcześniej – jakkolwiek dziwnie to nie brzmiało.
Dora pewnie miała sporo racji: bo Brenna z pewnymi rzeczami nie mogłaby się zgodzić, nieważne, co powiedzieliby inni. Nie kiedy szło o ryzykowanie bezpieczeństwem zakonników. Umiała być tu nie tylko twarda, ale też okrutna – Anthony’ego Borgina potraktowała przecież bez choćby cienia litości, mimo tego, że pokazał jej przedramię wolne od mrocznego znaku, bo postrzegała go jako zagrożenie dla sióstr i brata. Własne wyrzuty sumienia, uczucia, nawet przyjaźń i współczucie, nie mogły sprawić, aby była gotowa iść w niektórych sprawach na ustępstwa. W takich chwilach nie dbała zbytnio o to, kto może poczuć się urażony, nawet jeżeli nie chciała ranić innych. I może właśnie dlatego potrzebowali kogoś bardziej elastycznego – kto będzie gotów na współpracę z ludźmi, którzy mogli pomagać obu stronom konfliktu i działać w trosce o własny interes.
– Dziękuję, kochanie, to miło, że tak sądzisz – stwierdziła, przysiadając na łóżko. Nie powiedziała jej prawdy: że Dumbledore wybrał ją, bo po prostu ciężko było wybrać kogoś innego. Erik bywał naiwny, Thomas walczył z depresją, Harper skupiała się na Biurze Aurorów, a poza tym od dawna kryła pewne informacje. Kto mógłby jeszcze przejąć stanowisko? Może Alastor? Nie powiedziała i tego, że chociaż wierzyła Dorze i to doceniała, to wiedziała też, że ta po prostu wierzyła w nią trochę za bardzo – wiarą młodszej siostry, której czytała bajki w yulowy wieczór i którą zabierała latem na lody. – Ale nikt nie może wymagać, żeby inni podzielali tę wiarę, zwłaszcza jeśli mają inne poglądy na to, jak powinna wyglądać walka z Voldemortem.
Zresztą, skoro sama w siebie nie wierzyła, jak mogłaby mieć o to pretensje? Może zresztą Morpheus miał rację i Anthony Shafiq miał być tą kluczową postacią, która poprowadzi czarodziejów ku nowemu – po prostu to nowe nie było nowym, które podobało się Brennie, a ona wierzyła dotąd w Albusa Dumbledore’a.
Teraz jednak już nawet tego nie była pewna.
Bo może gdyby z nimi był, załatwiłby to lepiej… ale go nie było.
– Dora… – powiedziała w końcu, z pewnym wahaniem, niepewna, jak ubrać to w słowa. Nie wiedziała tak naprawdę, dlaczego Dora wyszła z zebrania: nie była pewna, czy przytłoczyło ją to, co się działo czy może poczuła się zagrożona widząc ten konflikt, i słysząc, że do Zakonu mogą dołączyć osoby, które właściwie nie mają wielkich powodów słuchać rozkazów Dumbledore’a. A Crawleyowie przecież znajdowali się w niebezpieczeństwie największym z nich wszystkich. – Nie mogę obiecać, że wszystko będzie dobrze, ale nie tylko ja zrobię wszystko, żebyście byli bezpieczni.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.