03.01.2025, 01:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.01.2025, 01:07 przez Rodolphus Lestrange.)
Gdyby ktoś zapytał Rodolphusa o sumienie, to zapewne w pierwszym odruchu odpowiedziałby pytaniem na pytanie. Sumienie? A cóż to takiego? Jakaś egzotyczna przyprawa z Dalekiego Wschodu? Ta część jego jestestwa, która kiedykolwiek miała coś takiego jak sumienie, umarła już dawno, lecz nie tak dawno temu została dobita butem. W chwili, gdy sam przeobraził się w swojej głowie w karalucha, gdy był więźniem we własnej głowie, resztki człowieczeństwa pękły jak kryształowy kieliszek, który został ściśnięty za mocno. Maleńkie, przezroczyste odłamki kaleczyły skórę, po której przez moment płynęła czerwona niczym wino krew, lecz przecież de facto nic się nie stało. Tak jak on w karaluszej postaci, tak i metaforyczne ranki zasklepiły się, a on sam powstał lecz jako zupełnie inny, nowy człowiek. To dlatego wtedy, 30 sierpnia, nie miał żadnych skrupułów, by wejść w umysł Perseusa, chociaż nie tak, jak zwykł to robić do tej pory. Wtedy nie potrzebował do tego magii i rzadkiej sztuki legilimencji, lecz odrobiny człowieczeństwa, ludzkich odruchów, o których wiedział niemalże wszystko. Był przecież ekspertem od ludzkiego umysłu. Nie osiągnął jeszcze swojego celu, na dodatek na horyzoncie pojawiła się zmarszczka, którą było spotkanie Charlesa z Perseusem. Nie obawiał się, że któryś z nich powie drugiemu za wiele: ten pierwszy nie mógł nikomu nic mówić, z kolei ten drugi nie wiedział jeszcze zbyt wiele, by stanowić zagrożenie. Warto jednak było trzymać rękę na pulsie. W głównej mierze właśnie dlatego zgodził się na to spotkanie, chociaż istniały też inne, przyjemniejsze okoliczności, które skłoniły go do przyjęcia zaproszenia. Mógł udawać, że jest ponad tym, że krąży nad ludźmi niczym sęp, pozbawiony skrupułów, węszący za kolejną ofiarą bliską śmierci, lecz prawda była taka, że mimo starań wciąż pozostawał człowiekiem.
Nie przyszedł nieprzygotowany. Był chłopcem z dobrego domu, który wiedział, jak zachowywać się w takich sytuacjach. I co prawda nie miał ze sobą naręcza kwiatów, lecz nie musiał. Tak w jego mieszkaniu, jak i nowym domu, znajdowały się alkohole, których przecież nie tykał. Otwarte, nieotwarte: do wyboru, do koloru. Alkohol był zawsze dobrym wyborem, jeśli chodzi o prezent - tak przynajmniej ich uczono. Lecz gdy przychodziło do młodego Lestrange'a, ten wybór był wprost fatalny. Lecz mimo to wciąż dostawał kolejne butelki, które kolekcjonował i bezwstydnie wykorzystywał, by obdarowywać nimi kolejne osoby. Przynajmniej nic się nie marnowało, prawda? Miał jeszcze coś, spoczywające na dnie kieszeni czarnego płaszcza. Ale na to przyjdzie pora. Zjawił się punktualnie, jak zwykle. Minutę za wcześnie, która powoli kurczyła się do sekund, zanim nie uniósł dłoni, by zapukać do drzwi. Spojrzeniem musnął torebkę prezentową, tę samą, w której Victoria przyniosła mu wino latem. Była ładna, wyszukana, w odpowiednich barwach. Nie nawykł do marnowania tego typu rzeczy, co - jak widać - się opłacało. Sam z siebie by takiej nie kupił, z kolei jego kuzynka miała doskonały gust i wyszukany zmysł estetyczny.
- Perseusie - odezwał się miękko, lekko przechylając głowę na bok. Wyglądał... Niemalże tak samo, jak wtedy. O tym mężczyźnie można było powiedzieć naprawdę wiele, lecz nie to, żeby był ekstrawagancki, jeżeli chodzi o ubiór. Czarne, garniturowe spodnie, takież same czarne buty wizytowe, czyste jakby dopiero co wróciły ze sklepu, biała wyprasowana koszula, wyzierająca spod tak samo czarnej marynarki i płaszcza, również w tej samej barwie. W przeciwieństwie jednak do bardziej oficjalnych okazji, nie nosił nigdy krawatów. I tak było i tym razem. Krawaty zbyt krępowały jego szyję, nie przepadał za nimi z wielu powodów. Czarne jak smoła włosy zaczesane były w tył, tak jak zwykle. Zapach wody kolońskiej był intensywny, tak jakby Lestrange brał chwilę temu prysznic. Czuć było od niego świeżością, charakterystyczną dla świeżo skończonej kąpieli. Zapewne dlatego, że kilka godzin wcześniej razem z Cynthią babrał się we wnętrznościach mugoli w Walii - nie mógł przecież przyjść do Blacka z chociażby najmniejszym podejrzeniem, że na jego ubraniu czy skórze będzie chociażby kropelka krwi czy resztki mózgu, który badali. - Zawsze znajdę dla ciebie czas.
Odpowiedział łagodnie, lustrując go przez krótką chwilę spojrzeniem. Zatrzymał je na dłużej na podłużnym strupku, który kontrastował z bladą skórą Perseusa. Zdążył tylko unieść brew w pytającym geście, bo gdy tylko przekroczył próg mieszkania, drzwi się zamknęły, a on sam oplótł Blacka w pasie jedną ręką i przyciągnął go do siebie. Pochylił lekko głowę i odszukał jego usta, by oddać pocałunek. Był niezwykle delikatny, chociaż nie można go było nazwać powściągliwym. Stonowany, lecz kryjący w sobie z trudem powstrzymywaną chęć pogłębienia go.
- Cieszy mnie, że czujesz się lepiej - powiedział cicho, luzując nieznacznie uścisk. Wyglądał lepiej, niż w sierpniu, w jego oczach znajdował też iskry, których brakowało wtedy, w Fontannie. Domyślał się, że w ciągu kilku dni krucha psychika Perseusa nie mogła się wzmocnić w żaden sposób, lecz przynajmniej dobrze grał. Ktoś, kto nie spędził z nim tyle czasu, by wyciągnąć informacje o jego psyche mógłby się nabrać i uznać, że z Blackiem faktycznie było lepiej. - Tym bardziej nie mam wyrzutów sumienia, przychodząc z tym.
Uniósł lekko torebkę, w której znajdowała się whisky Glenlivet z 1958 roku. Nieotwarta, w przepięknej, rżniętej butelce z ozdobną etykietą, nieruszana. Wzory na butelce układały się w finezyjny ornament.
Nie przyszedł nieprzygotowany. Był chłopcem z dobrego domu, który wiedział, jak zachowywać się w takich sytuacjach. I co prawda nie miał ze sobą naręcza kwiatów, lecz nie musiał. Tak w jego mieszkaniu, jak i nowym domu, znajdowały się alkohole, których przecież nie tykał. Otwarte, nieotwarte: do wyboru, do koloru. Alkohol był zawsze dobrym wyborem, jeśli chodzi o prezent - tak przynajmniej ich uczono. Lecz gdy przychodziło do młodego Lestrange'a, ten wybór był wprost fatalny. Lecz mimo to wciąż dostawał kolejne butelki, które kolekcjonował i bezwstydnie wykorzystywał, by obdarowywać nimi kolejne osoby. Przynajmniej nic się nie marnowało, prawda? Miał jeszcze coś, spoczywające na dnie kieszeni czarnego płaszcza. Ale na to przyjdzie pora. Zjawił się punktualnie, jak zwykle. Minutę za wcześnie, która powoli kurczyła się do sekund, zanim nie uniósł dłoni, by zapukać do drzwi. Spojrzeniem musnął torebkę prezentową, tę samą, w której Victoria przyniosła mu wino latem. Była ładna, wyszukana, w odpowiednich barwach. Nie nawykł do marnowania tego typu rzeczy, co - jak widać - się opłacało. Sam z siebie by takiej nie kupił, z kolei jego kuzynka miała doskonały gust i wyszukany zmysł estetyczny.
- Perseusie - odezwał się miękko, lekko przechylając głowę na bok. Wyglądał... Niemalże tak samo, jak wtedy. O tym mężczyźnie można było powiedzieć naprawdę wiele, lecz nie to, żeby był ekstrawagancki, jeżeli chodzi o ubiór. Czarne, garniturowe spodnie, takież same czarne buty wizytowe, czyste jakby dopiero co wróciły ze sklepu, biała wyprasowana koszula, wyzierająca spod tak samo czarnej marynarki i płaszcza, również w tej samej barwie. W przeciwieństwie jednak do bardziej oficjalnych okazji, nie nosił nigdy krawatów. I tak było i tym razem. Krawaty zbyt krępowały jego szyję, nie przepadał za nimi z wielu powodów. Czarne jak smoła włosy zaczesane były w tył, tak jak zwykle. Zapach wody kolońskiej był intensywny, tak jakby Lestrange brał chwilę temu prysznic. Czuć było od niego świeżością, charakterystyczną dla świeżo skończonej kąpieli. Zapewne dlatego, że kilka godzin wcześniej razem z Cynthią babrał się we wnętrznościach mugoli w Walii - nie mógł przecież przyjść do Blacka z chociażby najmniejszym podejrzeniem, że na jego ubraniu czy skórze będzie chociażby kropelka krwi czy resztki mózgu, który badali. - Zawsze znajdę dla ciebie czas.
Odpowiedział łagodnie, lustrując go przez krótką chwilę spojrzeniem. Zatrzymał je na dłużej na podłużnym strupku, który kontrastował z bladą skórą Perseusa. Zdążył tylko unieść brew w pytającym geście, bo gdy tylko przekroczył próg mieszkania, drzwi się zamknęły, a on sam oplótł Blacka w pasie jedną ręką i przyciągnął go do siebie. Pochylił lekko głowę i odszukał jego usta, by oddać pocałunek. Był niezwykle delikatny, chociaż nie można go było nazwać powściągliwym. Stonowany, lecz kryjący w sobie z trudem powstrzymywaną chęć pogłębienia go.
- Cieszy mnie, że czujesz się lepiej - powiedział cicho, luzując nieznacznie uścisk. Wyglądał lepiej, niż w sierpniu, w jego oczach znajdował też iskry, których brakowało wtedy, w Fontannie. Domyślał się, że w ciągu kilku dni krucha psychika Perseusa nie mogła się wzmocnić w żaden sposób, lecz przynajmniej dobrze grał. Ktoś, kto nie spędził z nim tyle czasu, by wyciągnąć informacje o jego psyche mógłby się nabrać i uznać, że z Blackiem faktycznie było lepiej. - Tym bardziej nie mam wyrzutów sumienia, przychodząc z tym.
Uniósł lekko torebkę, w której znajdowała się whisky Glenlivet z 1958 roku. Nieotwarta, w przepięknej, rżniętej butelce z ozdobną etykietą, nieruszana. Wzory na butelce układały się w finezyjny ornament.