03.01.2025, 03:28 ✶
Okrążył dzisiaj ten dom dwadzieścia siedem razy. Właściwie to więcej, ale po dwudziestu siedmiu przestał liczyć i oficjalnie postanowił, że przestanie się tym zadręczać. Czy to na pewno miało sens? Szeregi pytań, na które niekoniecznie znał odpowiedź, zadawane podczas wchodzenia po niewidzialnych schodach i uwieszaniu się na ścianach w celu obejrzenia widoku z wybranej wysokości. Obliczenia być może niemające żadnego sensu, bo jedno krótkie „nie” rujnowało resztę pomysłów, jakby Laurent stuknął palcem kostkę domina. To było męczące. Może przestałoby takim być, gdyby mógł kolesia dla którego to robił wreszcie porządnie stuknąć, ale zamiast tego powoli docierało do niego, w jaki sposób rozłożył karty. To lato było dla niego zabójcze jeżeli chodziło o emocje, ale fakty były takie, że od dawna nie czuł się tak spełniony seksualnie. Funkcjonowanie jako obiekt pożądania kogoś takiego jak Bletchley wywalało go z glanów w zupełności, a zbliżeń nie odmawiał mu też jego brat - przynajmniej do czasu. Może i smakowało to trochę poczuciem winy, ale wciąż wpisywał to w kategorie czegoś absolutnie fantastycznego. Teraz, dzisiaj, siedział na ganku faceta będącego jego bezgranicznym obiektem pożądania, noża wykutego w celu rozcinania ludzkich gardeł używał do odkrajania sobie kawałków jabłka i myślał o tyłku Laurenta w obcisłych gaciach, podświadomie narzekając na to, że nic z tego, bo typ wciąż pomijał posiłki, a jak już coś żarł, to wybierał liście jak jakaś jebana sarna. A on naprawdę nie chciał tego spierdolić i nie wiedział, czy chęcią dania mu swobody i poczucia bezpieczeństwa nie niszczył tego w kompletnie innym kontekście - pokazując mu, że najwyraźniej nie kręcił go już tak bardzo, albo że odrzucał go stan w jakim się znajdował. Czy to wszystko zawsze było takie skomplikowane? Miał wrażenie, że z innymi osobami takie rzeczy układały się swobodniej. Bez lęków. Jakby od razu wiedzieli czego od siebie oczekiwali. Mógłby z nim o tym porozmawiać, to pewnie było rozsądne. Na jego nieszczęście mógł też bawić się sam wspominając blondyna w tej ciemnej sukience i wyobrażając sobie, jak ściąga mu szpilki ze zmęczonych stóp. Później mógł siedzieć na tym jebanym ganku i kontemplować nad wszystkim, jedząc drugie jabłko i wypalając trzeciego (odkąd tu usiadł) papierosa.
Kolejny dzień, w którym zapytany co robił kiedy był cholernie potrzebny w innym miejscu na mapie, zmieszany i zawstydzony odwróciłby wzrok i zbył rozmówcę typowym dla siebie milczeniem. Dobrze byłoby urodzić się kimś innym, ale wszechświat postanowił ofiarować mu tę durną historię. Niemożliwą do przeżycia na trzeźwo, a jednak jakimś cudem dzisiaj nie wziął nic. Danie mu zajęcia działało - tylko robił to wszystko sam, więc wciąż męczył się ze swoimi ponurymi myślami. Może niedługo one też odejdą w niebyt, przestanie się wszystkim zadręczać nie mając na to przestrzeni. Lęki rozpłyną się dokładnie tak, jak w tym momencie rozpłynęła się rzeczywistość.
Słyszał swoje imię.
Albo jedno z nich. Jak kto wolał. Zareagował na nie tak samo szybko jak na każde inne - gwałtownym podniesieniem się z ziemi, zaciśnięciem palców na rękojeści noża i upuszczeniem ogryzka, nim świst teleportacji poniósł go w kierunku wskazywanym przez zaklętą biżuterię. W sekundę wszystkie te problemy zniknęły - jakby za pstryknięciem palca. Cisza lasu przerywana szumem morza została wyparta przez dźwięk trzeszczących płomieni i nagle zamiast w bezpiecznej przestrzeni dającej mu komfort narzekania na absolutne pierdoły, znalazł się w potrzasku zagrażającym im obojgu i został częścią tego chyba. Chyba tam był, a może i był z całą pewnością, wyciągając go na siłę w kierunku bezpieczeństwa, bo koło chuja mu latał zdychający koń, kiedy spadająca z góry belka mogła uszkodzić łeb jego partnerowi. I nagle znalazł się na bardzo nieprzyjemnym rozdrożu - bo połowa jego ciała chciała rzucić się do pomocy ludziom gaszącym ten pożar i rozeznać się lepiej w sytuacji, a druga absolutnie umierała widząc Laurenta w stanie tak silnego ataku paniki. Nie miał czasu na rozważania, na kalkulacje, pokierował się sercem - odrzucił rolę nowego pracownika New Forest i pozostał w roli jego partnera - kogoś kto sprezentował mu ten pierścionek po to, żeby go w takiej chwili uratować. Rzucił więc: ogarnę go do tego biednego, przerażonego skrzata domowego i po okolicy znów poniósł się świst teleportacji, tym razem zabierając Prewetta gdzieś, gdzie nie przeszkadzał własnym pracownikom w ratowaniu swojego dobytku.
Nagle pożar stał się jedynie bardzo dalekim tłem dla dwójki ludzi stojących na chłodnej plaży. Podmuch wiatru zaszczypał go w policzki, a on poluzował swój uścisk na blondynie, nie puszczając go całkowicie. Był na tym etapie gotowy na wszystko - na zawieszenie, na krzyki, na drapanie go pazurami, na biegnięcie w którymkolwiek kierunku, na skołowanie tym dlaczego w ogóle został przeniesiony, na kolejne dramatyczne omdlenie. I zamierzał to przyjąć, cokolwiek by to nie było. A później zamierzał doprowadzić do do porządku, bo ludzie walczący tam teraz z żywiołem nie powinni go takim widzieć. Ludziom słabym się współczuło, chciało się im pomagać, aż wreszcie bało się z nimi tego, co miało nadejść. Nie byli dobrymi liderami, bo inni w nich nie wierzyli. Pogładził go po twarzy doszukując się w jasnych oczach jakiejkolwiek reakcji i znaku obecności. Czegokolwiek innego poza atakiem kaszlu od wdychania tego cholernego dymu.
- Skarbie? - Spróbował uczynić swój głos jak najbardziej miękkim. - Laurent, skarbie, strasznie mnie zastanawia dlaczego tak lubisz morze... - Dał mu czas na zastanowienie się, ale niekoniecznie oczekiwał odpowiedzi. Chciał widzieć jego obecność, zachodzące za ścianą strachu procesy myślowe. I zadawał coraz więcej dziwnych, nieadekwatnych do sytuacji pytań - o swój kolor oczu, o progi podatkowe, o to czy jak każda baba lubił ziemniaki - i skończył dopiero w momencie, w którym Laurent przypomniał sobie co się stało, lub nastał najwyższy czas na to, żeby poddać się, odstawić go do Waughy'ego i rozwiązać ten kataklizm za niego. Tylko, że to będzie dla niego kolejny cios. Więc pytał. Pytał tak długo aż wreszcie dowie się jak sprowadzić go na ziemię, albo pryśnie ostatnia iskra nadziei. - Twój rezerwat płonie. Wiesz, co musimy zrobić, prawda? Ty powinieneś tam stać i tym zarządzać, a ja będę odcinał od ognia tlen, żeby nie mógł palić się dalej. A później będziemy to po kolei sprawdzać i naprawiać, tak? Powiadamiać ludzi. Czujesz się gotowy, czy potrzebujesz, żebym zrobił to za ciebie? - A jeżeli ta iskra zgasła, skupił się na tym, żeby dobrze mu się oddychało, bo pamiętał o ucisku w klatce piersiowej, od którego zasłabł w cyrkowym wozie.
Kolejny dzień, w którym zapytany co robił kiedy był cholernie potrzebny w innym miejscu na mapie, zmieszany i zawstydzony odwróciłby wzrok i zbył rozmówcę typowym dla siebie milczeniem. Dobrze byłoby urodzić się kimś innym, ale wszechświat postanowił ofiarować mu tę durną historię. Niemożliwą do przeżycia na trzeźwo, a jednak jakimś cudem dzisiaj nie wziął nic. Danie mu zajęcia działało - tylko robił to wszystko sam, więc wciąż męczył się ze swoimi ponurymi myślami. Może niedługo one też odejdą w niebyt, przestanie się wszystkim zadręczać nie mając na to przestrzeni. Lęki rozpłyną się dokładnie tak, jak w tym momencie rozpłynęła się rzeczywistość.
Słyszał swoje imię.
Albo jedno z nich. Jak kto wolał. Zareagował na nie tak samo szybko jak na każde inne - gwałtownym podniesieniem się z ziemi, zaciśnięciem palców na rękojeści noża i upuszczeniem ogryzka, nim świst teleportacji poniósł go w kierunku wskazywanym przez zaklętą biżuterię. W sekundę wszystkie te problemy zniknęły - jakby za pstryknięciem palca. Cisza lasu przerywana szumem morza została wyparta przez dźwięk trzeszczących płomieni i nagle zamiast w bezpiecznej przestrzeni dającej mu komfort narzekania na absolutne pierdoły, znalazł się w potrzasku zagrażającym im obojgu i został częścią tego chyba. Chyba tam był, a może i był z całą pewnością, wyciągając go na siłę w kierunku bezpieczeństwa, bo koło chuja mu latał zdychający koń, kiedy spadająca z góry belka mogła uszkodzić łeb jego partnerowi. I nagle znalazł się na bardzo nieprzyjemnym rozdrożu - bo połowa jego ciała chciała rzucić się do pomocy ludziom gaszącym ten pożar i rozeznać się lepiej w sytuacji, a druga absolutnie umierała widząc Laurenta w stanie tak silnego ataku paniki. Nie miał czasu na rozważania, na kalkulacje, pokierował się sercem - odrzucił rolę nowego pracownika New Forest i pozostał w roli jego partnera - kogoś kto sprezentował mu ten pierścionek po to, żeby go w takiej chwili uratować. Rzucił więc: ogarnę go do tego biednego, przerażonego skrzata domowego i po okolicy znów poniósł się świst teleportacji, tym razem zabierając Prewetta gdzieś, gdzie nie przeszkadzał własnym pracownikom w ratowaniu swojego dobytku.
Nagle pożar stał się jedynie bardzo dalekim tłem dla dwójki ludzi stojących na chłodnej plaży. Podmuch wiatru zaszczypał go w policzki, a on poluzował swój uścisk na blondynie, nie puszczając go całkowicie. Był na tym etapie gotowy na wszystko - na zawieszenie, na krzyki, na drapanie go pazurami, na biegnięcie w którymkolwiek kierunku, na skołowanie tym dlaczego w ogóle został przeniesiony, na kolejne dramatyczne omdlenie. I zamierzał to przyjąć, cokolwiek by to nie było. A później zamierzał doprowadzić do do porządku, bo ludzie walczący tam teraz z żywiołem nie powinni go takim widzieć. Ludziom słabym się współczuło, chciało się im pomagać, aż wreszcie bało się z nimi tego, co miało nadejść. Nie byli dobrymi liderami, bo inni w nich nie wierzyli. Pogładził go po twarzy doszukując się w jasnych oczach jakiejkolwiek reakcji i znaku obecności. Czegokolwiek innego poza atakiem kaszlu od wdychania tego cholernego dymu.
- Skarbie? - Spróbował uczynić swój głos jak najbardziej miękkim. - Laurent, skarbie, strasznie mnie zastanawia dlaczego tak lubisz morze... - Dał mu czas na zastanowienie się, ale niekoniecznie oczekiwał odpowiedzi. Chciał widzieć jego obecność, zachodzące za ścianą strachu procesy myślowe. I zadawał coraz więcej dziwnych, nieadekwatnych do sytuacji pytań - o swój kolor oczu, o progi podatkowe, o to czy jak każda baba lubił ziemniaki - i skończył dopiero w momencie, w którym Laurent przypomniał sobie co się stało, lub nastał najwyższy czas na to, żeby poddać się, odstawić go do Waughy'ego i rozwiązać ten kataklizm za niego. Tylko, że to będzie dla niego kolejny cios. Więc pytał. Pytał tak długo aż wreszcie dowie się jak sprowadzić go na ziemię, albo pryśnie ostatnia iskra nadziei. - Twój rezerwat płonie. Wiesz, co musimy zrobić, prawda? Ty powinieneś tam stać i tym zarządzać, a ja będę odcinał od ognia tlen, żeby nie mógł palić się dalej. A później będziemy to po kolei sprawdzać i naprawiać, tak? Powiadamiać ludzi. Czujesz się gotowy, czy potrzebujesz, żebym zrobił to za ciebie? - A jeżeli ta iskra zgasła, skupił się na tym, żeby dobrze mu się oddychało, bo pamiętał o ucisku w klatce piersiowej, od którego zasłabł w cyrkowym wozie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.