03.01.2025, 02:05 ✶
Maeve nigdy nie sądziła, że pewnego dnia jej życie zaprowadzi ją na plebanię w przebraniu zakonnicy. Do Kościanego jeszcze może, ale do prawdziwego kościoła? Nie śniło się to nawet prorokom.
Niemniej najwyraźniej los miał wobec niej własne plany. Kiedy Rookwood złożył jej propozycję, zgodziła się, zanim skończył tłumaczyć, po co to wszystko - miała wielką ochotę na te ich białe wafle, które tutaj rozdają. Tak, wiedziała, że można dostać je za darmo na nabożeństwie, stąd wiedziała, jak smakują, ale wtedy zawsze dawali tylko jeden. A kto się jednym naje?
Nie wiedziała więc, po co cała ta szopka, ale to nie miało większego znaczenia. Grunt, że wiedziała, co wyniesie z tej przygody.
Przybyła spóźniona, bo Baldwin nie śpieszył się wcale z ogarnięciem jej tego habitu. Skądinąd miałaby wziąć taki strój przecież, jak nie z teatru Selwynów? Nikt inny nie był na tyle przeorany na umyśle, by w społeczności czarodziejów wierzyć w takie zabobony na tyle, by chcieć być członkiem tej sekty. Musiała więc zwrócić się z prośbą do aktorów, bo tylko tam odgrywali takie bajki z mchu i paproci. Jeszcze potem spędziła godzinę próbując ogarnąć jak to założyć - największą zagwozdkę miała przez te pierdolone kabaretki, które dosłał razem ze strojem, bo już z tego wszystkiego nie wiedziała, czy faktycznie zakonnice takie drapieżne są i pod spódnicą noszą coś takiego.
Finalnie jednak doszła do wniosku, że padła ofiarą żartu i ich nie założyła. Oświeciło ją.
Wchodząc w peryferie kościoła, dostrzegła już swoich towarzyszy: Sauriela w idealnym stroju księdza i Stanleya, który chyba zapomniał się przebrać. Rookwood natomiast wyglądał, jakby urodził się w koloratce. Jego postawa, gesty, a przede wszystkim ten perfekcyjny ubiór, były tak autentyczne, że Maeve zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie zmienił planów i nie postanowił zostać duchownym na stałe.
- Z bogiem - odezwała się wreszcie, zachodząc ich od tyłu w pełnej krasie swojego przebrania. - Albo pochwalony? Kurwa, które było na dzień dobry, a które na do widzenia? - Mogła nie wyglądać jak Mewa, ale definitywnie brzmiała teraz na nieprzygotowanego do roli debila, więc nie mogli jej pomylić z nikim innym. - Skąd ty masz taką elegancką kieckę? Też podjebałeś od Selwynów? - Zagaiła, patrząc na sutannę Sauriela. Trochę mu jej zazdrościła, przecież też mogła udawać księdza.
Niemniej najwyraźniej los miał wobec niej własne plany. Kiedy Rookwood złożył jej propozycję, zgodziła się, zanim skończył tłumaczyć, po co to wszystko - miała wielką ochotę na te ich białe wafle, które tutaj rozdają. Tak, wiedziała, że można dostać je za darmo na nabożeństwie, stąd wiedziała, jak smakują, ale wtedy zawsze dawali tylko jeden. A kto się jednym naje?
Nie wiedziała więc, po co cała ta szopka, ale to nie miało większego znaczenia. Grunt, że wiedziała, co wyniesie z tej przygody.
Przybyła spóźniona, bo Baldwin nie śpieszył się wcale z ogarnięciem jej tego habitu. Skądinąd miałaby wziąć taki strój przecież, jak nie z teatru Selwynów? Nikt inny nie był na tyle przeorany na umyśle, by w społeczności czarodziejów wierzyć w takie zabobony na tyle, by chcieć być członkiem tej sekty. Musiała więc zwrócić się z prośbą do aktorów, bo tylko tam odgrywali takie bajki z mchu i paproci. Jeszcze potem spędziła godzinę próbując ogarnąć jak to założyć - największą zagwozdkę miała przez te pierdolone kabaretki, które dosłał razem ze strojem, bo już z tego wszystkiego nie wiedziała, czy faktycznie zakonnice takie drapieżne są i pod spódnicą noszą coś takiego.
Finalnie jednak doszła do wniosku, że padła ofiarą żartu i ich nie założyła. Oświeciło ją.
Wchodząc w peryferie kościoła, dostrzegła już swoich towarzyszy: Sauriela w idealnym stroju księdza i Stanleya, który chyba zapomniał się przebrać. Rookwood natomiast wyglądał, jakby urodził się w koloratce. Jego postawa, gesty, a przede wszystkim ten perfekcyjny ubiór, były tak autentyczne, że Maeve zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie zmienił planów i nie postanowił zostać duchownym na stałe.
- Z bogiem - odezwała się wreszcie, zachodząc ich od tyłu w pełnej krasie swojego przebrania. - Albo pochwalony? Kurwa, które było na dzień dobry, a które na do widzenia? - Mogła nie wyglądać jak Mewa, ale definitywnie brzmiała teraz na nieprzygotowanego do roli debila, więc nie mogli jej pomylić z nikim innym. - Skąd ty masz taką elegancką kieckę? Też podjebałeś od Selwynów? - Zagaiła, patrząc na sutannę Sauriela. Trochę mu jej zazdrościła, przecież też mogła udawać księdza.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —