03.01.2025, 12:45 ✶
Podniósł znów ręce do twarzy, tym razem ściskając skronie, jakby miało to zaradzić narastającemu bólowi głowy. Przeszedł parę kroków w tę i z powrotem, gdy ruch pozwalał na uporządkowanie myśli.
- Nie mogę projektować. Nie mam na to dość odwagi. - Przyznał wprost, przenosząc dłonie we włosy, wplatając palce w ciemne kosmyki. - To moja sztuka była tego powodem, Brenno. Raphaela ją doceniła i... widzisz, co się stało.
Choć dopiero co wstał, zaraz na powrót usiadł obok Brenny, w pewnym oddaleniu, które pozwoliło mu przechylić się na bok i położyć głowę na jej kolanach. Nie było w tym nic seksualnego, a zwykła potrzeba wsparcia, pogłaskania po głowie, jak powinna zrobić to matka, jeśli miałby śmiałość zadręczać ją tego typu problemami, których w ogóle nie rozumiała.
- Nic nie zrobi się samo, Brenno. Ale każąc się zmienić mi przyznajesz, że to ja jestem problemem. - Mruknął, tracąc werwę. Podparł policzek dłonią, wsuwając ją między własną twarz i udo Brenny. - Ten chłopiec nie jest niczemu winny, tylko miał pecha urodzić się w mugolskiej rodzinie i miał pecha odkryć swój magiczny talent. W porządku, może i nie wszyscy Ślizgoni są zepsuci do szpiku kości, ale nie kłamię, mówiąc, że to od nich wychodzi najwięcej niechęci.
Krwiożerczość panny Longbottom wyraźnie go zdziwiła, a odrobinę również przeraziła, lecz nie mógł nie przyznać, że była także ekscytująca. Na samą myśl poczuł dreszcz na ciele i nie miał pojęcia, czy był przyjemny, czy wręcz przeciwnie. Cała ta sytuacja rodziła przeciwne emocje. Bo jak znaleźć zadowolenie ze wspólnoty, gdy dookoła działo się tyle zła?
- Nigdy nie miałem do różdżki takiego talentu, jak ty. - Zamarudził. Nie było tajemnicą, że jego umiejętności pozostawiały zbyt dużo do życzenia. Nie zamierzał oszukiwać się w tej kwestii. - Jeśli wyjdę im otwarcie na przeciw, zabiją mnie zanim powiem śmierciożerca.
Nie mógł znaleźć spokoju. Kręcił się i wiercił, poprawiając w miejscu, lecz prawdziwy bałagan znajdował się w jego głowie. Słodkie słowa Raphaeli mieszały się z obietnicami Brenny, tworząc miksturę, która nie pozwalała znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania. Wielu z nich sam nie rozumiał.
Wahał się dłuższą chwilę.
- Nie szyję dla mas, Brenno. - Stwierdził ostrożnie. - Nie szyję czegoś, co pasuje każdemu, nie potrafię. Dobieram ubrania indywidualnie do klienta, wiesz przecież, a... a te kamizelki kuloodporne, naprawdę, Brenno... nie powinniśmy musieć ich zakładać, rozdawać mugolakom. To nie w nich jest problem.
- Nie mogę projektować. Nie mam na to dość odwagi. - Przyznał wprost, przenosząc dłonie we włosy, wplatając palce w ciemne kosmyki. - To moja sztuka była tego powodem, Brenno. Raphaela ją doceniła i... widzisz, co się stało.
Choć dopiero co wstał, zaraz na powrót usiadł obok Brenny, w pewnym oddaleniu, które pozwoliło mu przechylić się na bok i położyć głowę na jej kolanach. Nie było w tym nic seksualnego, a zwykła potrzeba wsparcia, pogłaskania po głowie, jak powinna zrobić to matka, jeśli miałby śmiałość zadręczać ją tego typu problemami, których w ogóle nie rozumiała.
- Nic nie zrobi się samo, Brenno. Ale każąc się zmienić mi przyznajesz, że to ja jestem problemem. - Mruknął, tracąc werwę. Podparł policzek dłonią, wsuwając ją między własną twarz i udo Brenny. - Ten chłopiec nie jest niczemu winny, tylko miał pecha urodzić się w mugolskiej rodzinie i miał pecha odkryć swój magiczny talent. W porządku, może i nie wszyscy Ślizgoni są zepsuci do szpiku kości, ale nie kłamię, mówiąc, że to od nich wychodzi najwięcej niechęci.
Krwiożerczość panny Longbottom wyraźnie go zdziwiła, a odrobinę również przeraziła, lecz nie mógł nie przyznać, że była także ekscytująca. Na samą myśl poczuł dreszcz na ciele i nie miał pojęcia, czy był przyjemny, czy wręcz przeciwnie. Cała ta sytuacja rodziła przeciwne emocje. Bo jak znaleźć zadowolenie ze wspólnoty, gdy dookoła działo się tyle zła?
- Nigdy nie miałem do różdżki takiego talentu, jak ty. - Zamarudził. Nie było tajemnicą, że jego umiejętności pozostawiały zbyt dużo do życzenia. Nie zamierzał oszukiwać się w tej kwestii. - Jeśli wyjdę im otwarcie na przeciw, zabiją mnie zanim powiem śmierciożerca.
Nie mógł znaleźć spokoju. Kręcił się i wiercił, poprawiając w miejscu, lecz prawdziwy bałagan znajdował się w jego głowie. Słodkie słowa Raphaeli mieszały się z obietnicami Brenny, tworząc miksturę, która nie pozwalała znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania. Wielu z nich sam nie rozumiał.
Wahał się dłuższą chwilę.
- Nie szyję dla mas, Brenno. - Stwierdził ostrożnie. - Nie szyję czegoś, co pasuje każdemu, nie potrafię. Dobieram ubrania indywidualnie do klienta, wiesz przecież, a... a te kamizelki kuloodporne, naprawdę, Brenno... nie powinniśmy musieć ich zakładać, rozdawać mugolakom. To nie w nich jest problem.