Wiatr był lodowato zimny. Przeszył go na wskroś, trafił prosto do serca.
Trafiał do niego też szum fal i łkający śpiew feniksa, który rozbrzmiewał nad New Forest.
Nastąpił zastój. Po tym krzyku i wyrywaniu się pojawiła się cisza przerywana tylko jego panicznymi próbami złapania oddechu. Nie próbował się utrzymywać o własnych siłach na nogach - osunął się w dół. Uczepił się Flynna palcami, chcąc złapać w pięści jakiś fragment materiału, próbując je na czymś (na kimś) zacisnąć. Zacisnąć się na nim, złapać się brzytwy, kiedy nie mógł złapać tchu, choć dym już nie wciskał się do jego płuc i nie próbował ich wypełnić. Teraz próbował je wypełnić wiatr - i zrobiłby to, gdyby tylko mu pozwolił. Gdyby tylko oddychanie nie było takie trudne...
Dlaczego tak strasznie lubił morze. Jak to dlaczego? Ponieważ nie istniałby, gdyby nie ono. Może właśnie za to powinien je nie lubić? Ponieważ bez niego nie istniałaby taka piękna kobieta jak Zofia, którą zniszczył świat ludzi. Nie byłoby kołysanki, której nie rozumieli ludzie, cieni, w których można było się schować przed słońcem i słońca, które rozpraszało się na kryształach grzbietów fal. Odpowiedź rzeczywiście się nie pojawiała, choć Laurent spoglądał na Flynna tak, jakby był całym jego światem. Nie... jakby ten świat się do niego ograniczał. Miał rys kształtu jego ramion i zagięcia wszystkich kosmyków włosów układających się wokół jego twarzy, gdy rozwiewał je wiatr. Kolor tego świata przyjmował barwy brązu i czerni - jak rzęsy, które czasem przysłaniały te dwa okna na rzeczywistość. Nie zamykaj ich. Chyba gdyby stracił te oczy na sekundę dłużej to jego panika zamieniłaby się we wstrząs anafilaktyczny. Brutalną reakcję na odebranie żyletki, która w tym wydaniu miała formę ciepłych ramion i skupione spojrzenie czujnych, pieskich oczu zawieszonych nad nim. Czujny, uważny, wpasowany w rolę anioła stróża. W rolę partnera. Bohatera? Przyjaciela.
W końcu zaczął dukać te odpowiedzi. Widać było, jak mocno się skupia, jak bardzo się stara je zwerbalizować i uspokoić oddech przy tym wszystkim, żeby nie przeszkadzał mu w normalnym formułowaniu pojedynczych słów. Podciągnął się na rękach, które próbowały mu pomóc dźwignąć się i otrząsnąć. Z tego pyłu. Z tej zaschniętej krwi na rękach, wsiąkniętej w spodnie. Jej metaliczny zapach ginął w woni jodu i piasku, który szybko ostygł po nagrzaniu go słońcem za dnia.
Pokiwał głową, wpatrując się we Flynna szeroko otworzonymi oczami. Pokiwał twierdząco, bo dotarło do niego to zdanie, całkowicie oderwane od kontekstu emocjonalnego. Rezerwat płonie. Docierał do niego fakt, ale nie docierało to, co się z tym wiąże. Rzeka została ukojona w swoim szalonym, panicznym pędzie i mózg postawił na niej tamę. Zbudowana gwałtem, pośpiesznie, by poodcinać bodźce, które doprowadzały organizm do stanu tragicznego.
- Nie. - Nie miał w zwyczaju wcinać się komuś w zdanie, wręcz przeciwnie - miał w zwyczaju milknąć i ustępować, kiedy ktoś koniecznie chciał sam się wtrącać. Ale tutaj odpowiedział od razu. W napięciu. Jeszcze nie zwerbalizował we własnej głowie tego, skąd ta konieczność zdecydowanej odpowiedzi, ale była. Szybsza niż myśl.
Podniósł się z piasku. Trochę za szybko, trochę za gwałtownie - zachwiał się, ale podparty na ramieniu Flynna nie upadł. Wyglądał jak ktoś całkowicie nieobecny we własnym ciele. Tragicznie zmęczony, bo nawet się nie prostował, a nogi mu drżały. Przylądające się dwójce czarodziei mądre, czarne ślepia z niedaleka dostrzegały i rozumiały ten ból. Rozumiały też to, co robił Crow. Nawet jeśli sam proces był dla niego nie do pojęcia, to jego skutek i zamiary rysowały się tak samo wyraźnie, jak kwitły wyliczenia pod kopułą czarnych włosów.
- Już dobrze... wracajmy tam. - Pokiwał głową jeszcze dwa razy, próbując przekonać do tego bardziej siebie tym gestem, niż jego. Nic nie było dobrze. Nie było dobrze tutaj i nie było dobrze tam. Może nie było dobrze już rano i z każdą mijającą chwilą niepewności i niedopowiedzeń. Potrzeba opieki i odpowiedzialność za drugiego człowieka potrafiła związywać losy ludzi bardzo mocnym węzłem. Tylko niekoniecznie ten węzeł był zdrowy. Puścił na chwilę Flynna tylko po to, by się upewnić, że jest w stanie ustać. By zmusić się do wyprostowania. Wyciągnął trzęsącą się ręką różdżkę, by oczyścić się z brudu, jakby to miało teraz jakiekolwiek znaczenie. Nie miało. Kurwa, nie miało żadnego. A mimo to to zrobił, nim wyciągnął dłoń do Crowa znów, aby ich przeniósł na miejsce wydarzenia.