Bardzo drażniło go patrzenie na Laurenta w takiej rozsypce. Pierwszy instynkt człowieka w takich momentach mówił jasno - zabierz go stąd, zaopiekuj się nim, daj mu odpocząć, nabrać siły. Bo przecież ktoś tak słodki i kruchy nie zasługiwał na żadne cierpienie tego świata i pożarem powinny zająć się osoby do tego zatrudnione. Oczywiście, że mógł to zrobić. Jedno pstryknięcie palców, dwa trzaski drzwi i mogli jechać autem w dowolne miejsce, on zasnąłby w fotelu kierowcy i nawet nie wiedział kiedy przeniesiono go do czystego i pachnącego krochmalem pokoju hotelowego. Tylko że Laurent nie wybrał na partnera kogoś, kto się w takich sytuacjach ukrywał. Wybrał kogoś, kto sam siebie nazwał przytulanką, ale nigdy nie był długo przytulanką przypadkowych osób - wybierał przywódców, liderów, osoby niosące na barkach ciężar odpowiedzialności i każdy błysk w brązowych oczach wpatrujących się teraz w niego z miłością i troską manifestował to, że Laurent nauczy się pokonywać te lęki. Fontaine mogła być teraz kompletną jędzą, ale uciekłaby stąd tylko gdyby była pewna swojej porażki lub śmierci. Alexander zginąłby w tych płomieniach, gdyby nie odnalazł wszystkich swoich braci i sióstr. Nie wpisywał się w to jedynie Cain - ale znając go tyle czasu, był pewny, że i on nie porzuciłby tego, w co wierzy. Widok chłopaka radzącego sobie w okropnej sytuacji i pomagającego słabszym łatwo rozpalił jego serce.
Dzisiaj New Forest płonęło. Jutro nastanie czas rozliczeń - i nie chodziło tu o rozliczenie się z kimś, kto doprowadził do katastrofy. Jutro Laurent rozliczy się z własnym sumieniem i będzie musiał zmierzyć z podjętymi decyzjami. Crow nie chciał, aby musiał nieść krzyż paniki w najgorszej możliwej sytuacji, bo będzie to sobie wypominał. Dźwignął go więc do pionu, poklepał po twarzy i pocałował.
- Nic nie jest dobrze - powiedział, zaprzeczając jego stwierdzeniu. Bo nie zamierzał wracać z nim tam po to, żeby chłopak znów darł się, piszczał i szarpał rękoma ludzi chcących mu pomóc. - Nic nie jest dobrze, dlatego jesteś tam potrzebny. Bo jest tam bałagan - nie dobrał tego słowa przypadkowo - Laurent nie lubił nieporządku, kazał skrzatowi ścielić swoje łóżko ledwie minutę po wstaniu, bałagan był teraz magicznym słowem, które miało uzmysłowić mu, że to stan niepożądany, ale jednocześnie przejściowy - i trzeba go posprzątać. Ci ludzie na ciebie liczą. Ufają ci. A ja nie dam ci upaść. Czy jest coś, co powinienem wiedzieć, zanim tam wrócimy? - W gruncie rzeczy nie wiedział, co było powodem tego pożaru. Skoro któryś koń był martwy, to spodziewał się ataku, a nie rzuconego w stóg siana niedopałka. Ale ataku kogo? Czego? Widział w tym roku wiele... dziwnych rzeczy wykraczających poza normalne rozumienie świata.
Schylił się jeszcze, żeby przełożyć nóż ukryty w bucie do zapięcia w pasku i dopiero wtedy pocałował go jeszcze raz, solidnie i odliczył do trzech, uważnie wczuwając się w to, jak silnie zaciskano na nim dłonie. Do obrania możliwych było kilka kierunków. Płonąca szopa, ale także wiele bezpiecznych miejsc, gdzie nie sięgnie go żadna iskra.
Każde z tych rozwidleń kończyło się głośnym świstem teleportacji, a kiedy Prewett znów poczuł grunt pod nogami, znajdował się...
Dzisiaj New Forest płonęło. Jutro nastanie czas rozliczeń - i nie chodziło tu o rozliczenie się z kimś, kto doprowadził do katastrofy. Jutro Laurent rozliczy się z własnym sumieniem i będzie musiał zmierzyć z podjętymi decyzjami. Crow nie chciał, aby musiał nieść krzyż paniki w najgorszej możliwej sytuacji, bo będzie to sobie wypominał. Dźwignął go więc do pionu, poklepał po twarzy i pocałował.
- Nic nie jest dobrze - powiedział, zaprzeczając jego stwierdzeniu. Bo nie zamierzał wracać z nim tam po to, żeby chłopak znów darł się, piszczał i szarpał rękoma ludzi chcących mu pomóc. - Nic nie jest dobrze, dlatego jesteś tam potrzebny. Bo jest tam bałagan - nie dobrał tego słowa przypadkowo - Laurent nie lubił nieporządku, kazał skrzatowi ścielić swoje łóżko ledwie minutę po wstaniu, bałagan był teraz magicznym słowem, które miało uzmysłowić mu, że to stan niepożądany, ale jednocześnie przejściowy - i trzeba go posprzątać. Ci ludzie na ciebie liczą. Ufają ci. A ja nie dam ci upaść. Czy jest coś, co powinienem wiedzieć, zanim tam wrócimy? - W gruncie rzeczy nie wiedział, co było powodem tego pożaru. Skoro któryś koń był martwy, to spodziewał się ataku, a nie rzuconego w stóg siana niedopałka. Ale ataku kogo? Czego? Widział w tym roku wiele... dziwnych rzeczy wykraczających poza normalne rozumienie świata.
Schylił się jeszcze, żeby przełożyć nóż ukryty w bucie do zapięcia w pasku i dopiero wtedy pocałował go jeszcze raz, solidnie i odliczył do trzech, uważnie wczuwając się w to, jak silnie zaciskano na nim dłonie. Do obrania możliwych było kilka kierunków. Płonąca szopa, ale także wiele bezpiecznych miejsc, gdzie nie sięgnie go żadna iskra.
Każde z tych rozwidleń kończyło się głośnym świstem teleportacji, a kiedy Prewett znów poczuł grunt pod nogami, znajdował się...
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.