03.01.2025, 14:43 ✶
- Moja pracownia ciągle tam jest. - Powiedział szybko, jakby sama wizja straty pokoju pełnego materiałów była dla niego szokująca. - Dokończyłem zlecenia i... po prostu zastanawiam się, co dalej. - Przyznał się w końcu. Nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji, a i nie był pewny, czy kiedykolwiek dorośnie do tego, by odrzucić coś, co dawało mu taką radość. - Uleciała ze mnie cała wena, kochana. Ach, biedna, biedna Raphaela… na szczęście czuje się już lepiej.
Słowa i gesty Brenny pomagały, lecz nie mogły całkowicie zniwelować poczucia winy, jakie wciąż mu ciążyło. Bo czy Raphaela byłaby bezpieczna, gdyby nie dostrzegła jego artystycznej duszy, a on nie przyciągnął jej do siebie? Nie było trudnym rozkochać w sobie tak niewinną, ufną duszę i wykorzystać jej naiwność do własnych celów. Teraz, po wszystkim, Lorenz mógł czuć tylko wstyd i żal. Odwrócił wzrok od Brenny, uciekając od jej wsparcia, ale też osądu. Wcisnął twarz w jej uda.
- Raphaela nie jest w stanie się zmienić. Jest zbyt dobra, zbyt czysta. - Przyznał bez chwili wahania. - Tacy najczęściej cierpią na wojnie. Bo to już jest wojna, prawda? - Upewnił się. Nie chciał być przesadnie dramatyczny, gdy chodziło o poważne sprawy, ale inaczej nie potrafił tego nazwać. - Na wojnie nie musimy wychodzić przed szereg, żeby pomóc. Wiesz, że podczas ostatniej wojny, mugole zmieniali się, byleby tylko pomóc? Kobiety pracowały w fabrykach amunicji, inwalidzi szyli mundury i spadochrony... och, Brenno. - Jęknął żałośnie. - Nie mam już przywileju pracy z wolnej ręki, prawda? Uszyję dla Raphaeli, mam jej wymiary. A następnie... zajmę się pracą odtwórczą? Tak, jak mówisz. By inni byli bezpieczni. - Na samą myśl krwawiło mu serce. Bo dlaczego miał się zajmować czymś, co będzie pasować każdemu, w czym nie będzie za grosz sztuki? Dlaczego miał używać prostych materiałów, prostych krojów dla prostych ludzi? To nie było to, co chciał robić. - Nie musisz mi płacić za pracę, to nie jest moment, w którym miałbym bogacić się na krzywdzie innych. Ale będę potrzebował odpowiedniego materiału. - Przypomniał. W jego posiadaniu nie znajdowały się takie, które mogłyby odbijać zaklęcia. - Czeka nas dużo pracy, Brenno. Ach, kochana, będę miał więcej czasu, jak już zwolnią mnie z radia...
Narzekanie przerwał głos gosposi, która nawoływała imienia Lorenza. Remington niechętnie podniósł się z miejsca, by odebrać od Gustawy tacę z herbatą i z szybkim tylko podziękowaniem zamknąć jej drzwi przed nosem. Nie miał teraz czasu na uprzejmości.
Słowa i gesty Brenny pomagały, lecz nie mogły całkowicie zniwelować poczucia winy, jakie wciąż mu ciążyło. Bo czy Raphaela byłaby bezpieczna, gdyby nie dostrzegła jego artystycznej duszy, a on nie przyciągnął jej do siebie? Nie było trudnym rozkochać w sobie tak niewinną, ufną duszę i wykorzystać jej naiwność do własnych celów. Teraz, po wszystkim, Lorenz mógł czuć tylko wstyd i żal. Odwrócił wzrok od Brenny, uciekając od jej wsparcia, ale też osądu. Wcisnął twarz w jej uda.
- Raphaela nie jest w stanie się zmienić. Jest zbyt dobra, zbyt czysta. - Przyznał bez chwili wahania. - Tacy najczęściej cierpią na wojnie. Bo to już jest wojna, prawda? - Upewnił się. Nie chciał być przesadnie dramatyczny, gdy chodziło o poważne sprawy, ale inaczej nie potrafił tego nazwać. - Na wojnie nie musimy wychodzić przed szereg, żeby pomóc. Wiesz, że podczas ostatniej wojny, mugole zmieniali się, byleby tylko pomóc? Kobiety pracowały w fabrykach amunicji, inwalidzi szyli mundury i spadochrony... och, Brenno. - Jęknął żałośnie. - Nie mam już przywileju pracy z wolnej ręki, prawda? Uszyję dla Raphaeli, mam jej wymiary. A następnie... zajmę się pracą odtwórczą? Tak, jak mówisz. By inni byli bezpieczni. - Na samą myśl krwawiło mu serce. Bo dlaczego miał się zajmować czymś, co będzie pasować każdemu, w czym nie będzie za grosz sztuki? Dlaczego miał używać prostych materiałów, prostych krojów dla prostych ludzi? To nie było to, co chciał robić. - Nie musisz mi płacić za pracę, to nie jest moment, w którym miałbym bogacić się na krzywdzie innych. Ale będę potrzebował odpowiedniego materiału. - Przypomniał. W jego posiadaniu nie znajdowały się takie, które mogłyby odbijać zaklęcia. - Czeka nas dużo pracy, Brenno. Ach, kochana, będę miał więcej czasu, jak już zwolnią mnie z radia...
Narzekanie przerwał głos gosposi, która nawoływała imienia Lorenza. Remington niechętnie podniósł się z miejsca, by odebrać od Gustawy tacę z herbatą i z szybkim tylko podziękowaniem zamknąć jej drzwi przed nosem. Nie miał teraz czasu na uprzejmości.