Świecąca szyneczka, bo mimo wszystko Kwiatuszek w ciemności świecił jak gwiazdka – cokolwiek zrobiły mu kiedyś dzieci, prócz zmiany koloru jego futra na niebieski, był jak mała lampka i zawsze było go widać w zupełnych ciemnościach. Ale to nic. Victoria kochała tego kociaka ze wszystkimi jego wadami i zaletami, a gdy teraz Sauriel wziął go na ręce, to nawet wyciągnęła dłoń i pogłaskała go króciutko pod bródką.
– Dzięki – Sauriel rzadko chwalił jej wygląd czy ubiór i teraz nawet spojrzała po sobie, by zobaczyć, co tak bardzo się różniło tym razem. Może to o dekolt chodziło? Z jego perspektywy mógł w niego zaglądać bez większych przeszkód. A może o krój, całokształt…? Nie potrafiła powiedzieć, wiec pozostawało jej się tylko uśmiechać i odrobinę rumienić na policzkach z tego miłego komplementu; lubiła czerń, ale z bieli też pewnie wyglądałaby zjawiskowo.
Uniosła brwi, gdy Sauriel zaczął to swoje dziwaczne zdanie, które miało dokładnie zero sensu i Olivia zrobiła dokładnie to samo – i gdyby miał je obie na widoku, to zobaczyłby jak bardzo bliźniacza jest to mina. Zaraz jednak zniknęła, bo Kwiatuszek wylądował na podłodze i rozmruczał się przy tych nogach Olivii, która miała teraz problem, bo trzymała małą Lunę i jednocześnie chciała pogłaskać Kwiatuszka.
– Nieczęsto – odpowiedziała Saurielowi, odrobinkę tylko onieśmielona jego osobą, aparycją, aurą, sposobem bycia, no wszystkim! Być może dlatego nie załapała, że to nie było pytanie, na jakie oczekiwało się odpowiedź. Przyglądała się Saurielowi chyba z taką samą ciekawością, co on jej.
Luna zapiszczała po swojemu i w końcu udało jej się wyrwać, teraz to ona tuliła się do nóg Sauriela (i nawet stanęła na tylnych nóżkach, przednie wbijając w jego spodnie, żeby w końcu zwrócił na nią uwagę), tak jak Kwiatuszek do Olivii, która w końcu z wolnymi rękami mogła się schylić i go pogłaskać. A Victoria w tym wszystkim… stała sobie obok Sauriela i patrzyła na ten obrazek z pewną czułością w oczach.
– I byłyśmy na lodach – przypomniała też Victorii, jakby to był najważniejszy punkt całego wypadu. W sumie to może był. Książki i szaty równało się obowiązki, a lody – przyjemność. – Wyglądałabym? – powtórzyła, nieco zaskoczona, za Saurielem i przekrzywiła głowę… w sposób tak komicznie podobny do tego, jak robiła to Victoria, że nie sposób było tego nie zauważyć. Oczywiście Victoria tego nie widziała, jak mogłaby, ale Rookwood miał pełną perspektywę, by dostrzegać te rzeczy pomiędzy siostrami, które dzieliła tak wielka różnica wieku, bo piętnastu lat.
– Może powinieneś założyć, że musisz go zawsze nosić przy sobie, wtedy na pewno nie przegapisz okazji – w głosie Victorii słychać było odrobinę rozbawienia. – Chcesz się czegoś napić? – dodała, a potem szturchnęła Sauriela łokciem w bok. – Zmień repertuar, jesteś wśród dam – będzie tu przeklinał jeszcze… Victorii może to nie przeszkadzało, ale jej siostra była… no dużo młodsza.
I zresztą Livia mrużyła właśnie oczy, patrząc to na jedno, to na drugie, ale cokolwiek sobie pomyślała, to nic nie powiedziała.
– Ale dopiero co go kupiłyśmy! – zaprotestowała zresztą, zerkając na stół, gdzie leżał podręcznik, który jeszcze chwilę temu przeglądała Victoria, teraz w zasadzie zapomniany, przez poruszenie, jakie zrobiło się przez nagłe pojawienie się Sauriela. Pojawienie się, które w żadnym momencie nie wyglądało, jakby było niechciane przez żadną z nich, zresztą nie padło żadne pytanie w stylu czemu tu jest, ani co się stało. Ot… Obie zachowywały się, jakby od zawsze miał tu być. – W jakim był pan domu? – zarzuciła ni z tego ni z owego, bezczelnie obserwując Sauriela.