03.01.2025, 16:22 ✶
Nie miał zielonego pojęcia, czego powinien się spodziewać. Nie był w pełni sił umysłowych, nie po tak znacznych ilościach alkoholu prowadzących go ku temu, aby podjął próbę przeproszenia jej dokładnie w ten sposób, w jaki naprawdę wydawało mu się, że mogło to zostać wstępnie przyjęte.
A później? Potem sam nie wiedział, bo zamroczony umysł nie był zbyt dobrym doradcą a okoliczności, w których wypierdolił z domu też nie były zbyt sprzyjające logicznemu myśleniu. Znajdował się w impasie, lekko mówiąc - nie mając zbyt dobrego nastroju.
Choć z początku miał jeszcze jakąś nadzieję na względnie polubowne załatwienie powrotu do domu. Szczególnie wtedy, gdy przyjęła od niego bukiet. Tylko po to, żeby się nim na niego zamachnąć. Nie miał teraz zbyt dobrego refleksu. Zdrowo pierdolnęła go kwiatami w głowę, zbijając Ambroise z tropu na kilka długich chwil zanim się odezwał, ignorując jej wściekłe pytanie.
- Zamierzasz ponownie mi tym przyjebać? - Nie zachęcał jej do tego, choć w jego głosie wybrzmiała ta prowokacyjna nuta a spojrzenie, które napotkało oczy Geraldine było równie otwarcie zaczepne. - Nie miarkuj się, nie ma po co. Może jeszcze dasz mi liścia w twarz? Kopa w jaja? Cios w splot słoneczny? - Zgadza, grabił tym sobie i miał tego pełną świadomość, ale w tym momencie nie poznawał zachowania Riny. - Jak bardzo potrzebujesz mnie jeszcze uderzyć, żebyś mogła wpuścić mnie do domu? - Nie trzymał już tych nieszczęsnych kwiatów w ręce, więc mógł unieść ją w górę, chwytając dziewczynę za nadgarstek tuż przy ściskanym przez nią bukiecie. - Wiesz, że nic ci za to nie zrobię - wcale nie musiał tego mówić, bo oboje doskonale zdawali sobie sprawę z tego jak to wygląda.
Nic się nie zmieniło. W dalszym ciągu nie zamierzał oddawać czegokolwiek, co teraz robiła. Nawet jego uścisk, choć stanowczy, nie był nastawiony na to, żeby zadawać dziewczynie fizyczny ból. Jedynie, żeby uniemożliwić jej tak płynne i impulsywne opuszczenie ciężkiego bukietu ponownie na jego głowę i twarz.
- Ale nie myśl, że będę tu pokornie stać i zbierać kolejny wpierdol - szczególnie, że wydawało mu się, że te granice nadal istniały.
Nie robili sobie krzywdy tego typu. Jasne, czasami trochę ich ponosiło, gdy zmierzali do zaspokojenia swoich żądz. Nie raz i nie dwa coś przy tym rozwalili. Zostawiali ślady na swojej skórze, malinki, jego plecy nosiły naznaczenia paznokci, jej uda czy pośladki odciski palców. Nie miał problemu z wymierzeniem Rinie klapsa, z pociągnięciem jej za włosy zebrane w kucyk, z ukąszeniami i podgryzaniem. Z unieruchomieniem rąk, satysfakcją z dominowania czy poddawaniem się tej chwilowej dominacji. Byli żarliwi, nie do końca poprawni, mieli swoje preferencje, ale nigdy, przenigdy nie przeniósłby tego na codzienną rzeczywistość.
Nie, żeby dać ujście czystej frustracji nie podszytej niczym innym niżeli tylko złością, którą dostrzegał teraz w oczach Geraldine. Tak. - latały talerze i kubki. Zgadza się - nie wszystkie kieliszki przeżywały wiele użyć. Doniczki nie zawsze zostawały całe. Tak jak gwałtownie przewrócone krzesła czy tynk na ścianie. A jednak każdą z tych sytuacji łączył jeden fakt: nie miały trafić do celu, nie były go nawet blisko. A raczej to nie to drugie z nich było tym celem. Jedynie ściana czy podłoga.
I poniekąd tak. To nie był pierwszy raz, gdy dostał przyniesionymi kwiatami w twarz. Ani drugi czy nawet trzeci, pewnie nie dziesiąty. Siedem lat intensywnego, ognistego związku dwojga skrajnie podobnych (a jednocześnie różnych) do siebie ludzi rządziło się swoimi prawami.
Natomiast pierwszy raz poczuł intensywny, piekący ból. Nie syknął, nie skrzywił się. Nie był mięczakiem, ale sześćdziesiąt cztery mocno związane goździki nie były byle czym. Niemal na pewno zadrapała mu nimi policzek. A że był zdecydowanie pijany, momentalnie zaczął robić się defensywny. Miał w tym praktycznie wyłącznie dwa stany, zwłaszcza w stosunku do jego dziewczyny.
Gdy opuścił bar, bardzo nieznacznie się przy tym zataczając, był w pierwszym z nich. W stanie, w którym kupił jej kwiaty, gotów poszukiwać wspólnego języka. Usiąść obok niej w salonie, być może ujmując ją za dłoń albo pozwalając sobie szukać przyzwolenia na to, aby położyć głowę na jej kolanach. Chciał poczuć jej palce wplecione w jego włosy, powoli całować knykcie.
Cholernie nielogicznie powrócić do podejmowania durnych decyzji, które pod wpływem procentów zaczęły być jeszcze bardziej upragnione. Alkohol nie był żadną wymówką, lecz w tej chwili mógłby nią być, gdyby tylko nie spotkał się z prawdopodobnie najliczniejszą możliwą reakcją. Paradoksalnie nie wziął jej pod uwagę, bo był podchmielony. Potrzebował wiele alkoholu, aby dać się zmieść z planszy, ale zdecydowanie go sobie dziś nie żałował.
W kilkanaście sekund pojawiło się to drugie podejście. Defensywność. Bezczelna prowokacja, niewerbalne wyzywanie jej do tego, żeby do końca przekroczyła i te granice, skoro w ten weekend całkowicie się ich wszystkich wyzbywali. Nawet wtedy nie zmieniłby podejścia, to był fakt. Miał do niej zbyt duży szacunek, nie mówiąc o tym, że w siłowym starciu mogliby znaleźć się w mocnym impasie, co prawda korzystając z innych technik, ale znając się do cna.
Była wprawioną łowczynią zaś mówienie, że on nie był w formie można byłoby porównać do nieśmiesznego żartu. Odciążał nogę, żeby nie utykać. Chwiał się, nawet stojąc w miejscu. Miał zadyszkę. Nie wysypiał się od wielu długich miesięcy. Powaliłaby go, zaś tego by nie przeżył. Więc ostrzegał. Ostrzegał? A może raczej informował?
- Mam stąd wypierdalać? Tego ode mnie chcesz? - Ponownie prowokował, ale jeśli tego oczekiwała, zamierzał ciepnąć jej te torby na ganek, obrócić się na pięcie i spełnić życzenie.
Na pewno nie zamierzał dać się tłuc. Nie wiedział, na co jeszcze w ogóle liczył, ale kolejnego uderzenia nie miało być. Albo mogli wejść wspólnie do domu, mogła dać mu się ogarnąć i pozwolić im porozmawiać, albo mógł stąd zniknąć, nie zamierzając przyjmować fizycznych batów. Już i tak czuł się chujowo z tym, co zrobił a czego nie uczynił.
A później? Potem sam nie wiedział, bo zamroczony umysł nie był zbyt dobrym doradcą a okoliczności, w których wypierdolił z domu też nie były zbyt sprzyjające logicznemu myśleniu. Znajdował się w impasie, lekko mówiąc - nie mając zbyt dobrego nastroju.
Choć z początku miał jeszcze jakąś nadzieję na względnie polubowne załatwienie powrotu do domu. Szczególnie wtedy, gdy przyjęła od niego bukiet. Tylko po to, żeby się nim na niego zamachnąć. Nie miał teraz zbyt dobrego refleksu. Zdrowo pierdolnęła go kwiatami w głowę, zbijając Ambroise z tropu na kilka długich chwil zanim się odezwał, ignorując jej wściekłe pytanie.
- Zamierzasz ponownie mi tym przyjebać? - Nie zachęcał jej do tego, choć w jego głosie wybrzmiała ta prowokacyjna nuta a spojrzenie, które napotkało oczy Geraldine było równie otwarcie zaczepne. - Nie miarkuj się, nie ma po co. Może jeszcze dasz mi liścia w twarz? Kopa w jaja? Cios w splot słoneczny? - Zgadza, grabił tym sobie i miał tego pełną świadomość, ale w tym momencie nie poznawał zachowania Riny. - Jak bardzo potrzebujesz mnie jeszcze uderzyć, żebyś mogła wpuścić mnie do domu? - Nie trzymał już tych nieszczęsnych kwiatów w ręce, więc mógł unieść ją w górę, chwytając dziewczynę za nadgarstek tuż przy ściskanym przez nią bukiecie. - Wiesz, że nic ci za to nie zrobię - wcale nie musiał tego mówić, bo oboje doskonale zdawali sobie sprawę z tego jak to wygląda.
Nic się nie zmieniło. W dalszym ciągu nie zamierzał oddawać czegokolwiek, co teraz robiła. Nawet jego uścisk, choć stanowczy, nie był nastawiony na to, żeby zadawać dziewczynie fizyczny ból. Jedynie, żeby uniemożliwić jej tak płynne i impulsywne opuszczenie ciężkiego bukietu ponownie na jego głowę i twarz.
- Ale nie myśl, że będę tu pokornie stać i zbierać kolejny wpierdol - szczególnie, że wydawało mu się, że te granice nadal istniały.
Nie robili sobie krzywdy tego typu. Jasne, czasami trochę ich ponosiło, gdy zmierzali do zaspokojenia swoich żądz. Nie raz i nie dwa coś przy tym rozwalili. Zostawiali ślady na swojej skórze, malinki, jego plecy nosiły naznaczenia paznokci, jej uda czy pośladki odciski palców. Nie miał problemu z wymierzeniem Rinie klapsa, z pociągnięciem jej za włosy zebrane w kucyk, z ukąszeniami i podgryzaniem. Z unieruchomieniem rąk, satysfakcją z dominowania czy poddawaniem się tej chwilowej dominacji. Byli żarliwi, nie do końca poprawni, mieli swoje preferencje, ale nigdy, przenigdy nie przeniósłby tego na codzienną rzeczywistość.
Nie, żeby dać ujście czystej frustracji nie podszytej niczym innym niżeli tylko złością, którą dostrzegał teraz w oczach Geraldine. Tak. - latały talerze i kubki. Zgadza się - nie wszystkie kieliszki przeżywały wiele użyć. Doniczki nie zawsze zostawały całe. Tak jak gwałtownie przewrócone krzesła czy tynk na ścianie. A jednak każdą z tych sytuacji łączył jeden fakt: nie miały trafić do celu, nie były go nawet blisko. A raczej to nie to drugie z nich było tym celem. Jedynie ściana czy podłoga.
I poniekąd tak. To nie był pierwszy raz, gdy dostał przyniesionymi kwiatami w twarz. Ani drugi czy nawet trzeci, pewnie nie dziesiąty. Siedem lat intensywnego, ognistego związku dwojga skrajnie podobnych (a jednocześnie różnych) do siebie ludzi rządziło się swoimi prawami.
Natomiast pierwszy raz poczuł intensywny, piekący ból. Nie syknął, nie skrzywił się. Nie był mięczakiem, ale sześćdziesiąt cztery mocno związane goździki nie były byle czym. Niemal na pewno zadrapała mu nimi policzek. A że był zdecydowanie pijany, momentalnie zaczął robić się defensywny. Miał w tym praktycznie wyłącznie dwa stany, zwłaszcza w stosunku do jego dziewczyny.
Gdy opuścił bar, bardzo nieznacznie się przy tym zataczając, był w pierwszym z nich. W stanie, w którym kupił jej kwiaty, gotów poszukiwać wspólnego języka. Usiąść obok niej w salonie, być może ujmując ją za dłoń albo pozwalając sobie szukać przyzwolenia na to, aby położyć głowę na jej kolanach. Chciał poczuć jej palce wplecione w jego włosy, powoli całować knykcie.
Cholernie nielogicznie powrócić do podejmowania durnych decyzji, które pod wpływem procentów zaczęły być jeszcze bardziej upragnione. Alkohol nie był żadną wymówką, lecz w tej chwili mógłby nią być, gdyby tylko nie spotkał się z prawdopodobnie najliczniejszą możliwą reakcją. Paradoksalnie nie wziął jej pod uwagę, bo był podchmielony. Potrzebował wiele alkoholu, aby dać się zmieść z planszy, ale zdecydowanie go sobie dziś nie żałował.
W kilkanaście sekund pojawiło się to drugie podejście. Defensywność. Bezczelna prowokacja, niewerbalne wyzywanie jej do tego, żeby do końca przekroczyła i te granice, skoro w ten weekend całkowicie się ich wszystkich wyzbywali. Nawet wtedy nie zmieniłby podejścia, to był fakt. Miał do niej zbyt duży szacunek, nie mówiąc o tym, że w siłowym starciu mogliby znaleźć się w mocnym impasie, co prawda korzystając z innych technik, ale znając się do cna.
Była wprawioną łowczynią zaś mówienie, że on nie był w formie można byłoby porównać do nieśmiesznego żartu. Odciążał nogę, żeby nie utykać. Chwiał się, nawet stojąc w miejscu. Miał zadyszkę. Nie wysypiał się od wielu długich miesięcy. Powaliłaby go, zaś tego by nie przeżył. Więc ostrzegał. Ostrzegał? A może raczej informował?
- Mam stąd wypierdalać? Tego ode mnie chcesz? - Ponownie prowokował, ale jeśli tego oczekiwała, zamierzał ciepnąć jej te torby na ganek, obrócić się na pięcie i spełnić życzenie.
Na pewno nie zamierzał dać się tłuc. Nie wiedział, na co jeszcze w ogóle liczył, ale kolejnego uderzenia nie miało być. Albo mogli wejść wspólnie do domu, mogła dać mu się ogarnąć i pozwolić im porozmawiać, albo mógł stąd zniknąć, nie zamierzając przyjmować fizycznych batów. Już i tak czuł się chujowo z tym, co zrobił a czego nie uczynił.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down