03.01.2025, 19:00 ✶
Normalnie lubił patrzeć na nią, gdy tak bardzo rumieniły jej się policzki. Być może nie cierpiał się z nią kłócić, jednak gdy już do tego dochodziło, często nie potrafił powstrzymać się od prowokacji. Od bycia bezczelnym wyłącznie po to, żeby dostrzec jak Geraldine pąsowieje i ciska w niego gromami z oczu. Jak zaczyna wyrzucać z siebie słowa bez jakiejkolwiek kontroli nad ich prędkością czy swoim akcentem, jak wreszcie dociera do niej, że oboje pierdolą już kompletne głupoty. I jak wreszcie odnajduje miejsce w jego ramionach, nie potrzebując nawet odpuszczać, bo i na to mieli swoje sposoby.
Nie zawsze któreś z nich musiało wygrać. Zazwyczaj chodziło o wspólny front. Bycie razem, tuż obok siebie. Dłonie ze splecionymi palcami. Mógł żreć się z nią o najmniejsze pierdolety, kilka godzin później w towarzystwie innych ludzi bez mrugnięcia okiem stając murem za nią i za tym, że ta czerń jest w istocie bardzo ciemnym niebieskim wymieszanym z zielenią o lazurowym podtonie przypominającym kolor morza śródziemnego, a jak wiadomo - na morzu niemal zawsze są fale, które załamując się mają jasne czubki. Jakie? Białe. Więc ta czerń to zdecydowanie biel. Nawet, jeśli później w domu z powrotem wywracając oczami nad głupotą.
Razem mieli naprawdę silny front. Z osobna? Niekoniecznie. Przeciwko sobie nawzajem? W tym ponownie tkwiła siła, tyle tylko, że cholernie destrukcyjna, bardzo niszczycielska. Teraz mieli okazję ponownie się o tym przekonać.
- Wyśmienicie, Panno Niezależna, bo nie zamierzam ci tego mówić. Rób, co ci się żywnie podoba - tylko musiała pamiętać przy tym, że te wszystkie akcje działały w dwie strony.
Nie musiał się zgadzać na to, co robiła ani na to, co zamierzała. Tym bardziej, że sam był pijany, nieodpowiedzialny i coraz bardziej rozgoryczony.
- Nie sądziłaś - powtórzył po niej, mimo że nie dokończyła. - No, właśnie. W tym tkwi istota, nie? Nie sądziłaś, nie myślałaś, ale to ja powinienem to zauważyć, bo ty nie bierzesz za to odpowiedzialności - wcale nie chciał brzmieć tak kpiąco i rozgoryczenie, unosząc oczy ku niebu, ale to samo się działo. - W drugą stronę to już tak nie funkcjonuje, nie? No, właśnie - sam sobie na to odpowiedział, poirytowanie kląskając językiem o podniebienie.
Ona nie musiała już nic dodawać w tej kwestii, choć nie wątpił, że i tak zamierzała to zrobić. Niby nie chciała przy tym, aby stąd wypierdalał. Powiedziała mu to bez wahania, więc jej w to uwierzyć, tym bardziej, że sam też nie chciał musieć się stąd wynosić. Nie w tej atmosferze, nie w taki sposób.
A jednak tego nie powiedział. Zacisnął zęby, niemal zagryzł usta, sapiąc wściekle i unikając spojrzenia dziewczynie prosto w oczy, zwłaszcza wtedy, kiedy usłyszał ten szept. To nic nie zmieniało. Jego i jej przeprosiny. Nigdy nie miały nic zmienić.
Na to przepraszam, które padło ze strony Geraldine, normalnie zareagowałby zupełnie inaczej. Wyciągnięciem ku niej ramion, zrobieniem kroku w przód, oparciu czoła o czoło dziewczyny, muśnięciu jej ust ciepłym oddechem, po którym zagarnąłby wargi Yaxleyówny w pocałunku. Wycofaliby się do domu. Tak, rzeczywiście oba te momenty łączyłby ze sobą jeden fakt, ale w tamtej innej rzeczywistości nie skwitowałby tego puszczeniem nadgarstka Riny, tylko wręcz skorzystałby z tego dotyku, żeby pociągnąć ją za sobą za rękę.
Tak jak wtedy, kiedy pojawili się tutaj w dzień formalizacji kupna domu, torby zostałyby na zewnątrz. Nikt inny tu nie bywał, nie musieli martwić się kradzieżami, przynajmniej kiedyś, bo teraz sam nie wiedział, czy i w Whitby nic się nie zmieniło. Świat oszalał a oni razem z nim. Nie było między nimi stabilności, choć w przeszłości często śmiał się, że to było bardzo względne pojęcie.
Stabilność. Tracili ją w zażartych kłótniach, odzyskując w równie żarliwych momentach, gdy dawali ujście nagromadzonej energii w żarliwym godzeniu się wewnątrz domu. Czasami wystarczył też ten drobny, czuły gest. Wywrócenie oczami, ale w inny, nieironiczny sposób. Uśmiech i trącnięcie nosa nosem, czoło przy czole, trochę dziecinne przyzezowanie z twarzą przy twarzy. Wizengamot.
W tej chwili nie skorzystali z żadnej z tych rzeczy. On tego nie zrobił, puszczając nadgarstek dziewczyny, ale nie po to, żeby wyciągnąć ku niej rękę. Zamiast tego przeniósł wzrok na bukiet kwiatów, nie panując nad sposępniałym spojrzeniem. Lubił to robić. Być może nie trafiła na typowego szumnego romantyka. Nie zamierzał karmić jej pięknymi słówkami, pisać wierszy czy śpiewać serenad, ale rośliny były integralną częścią jego życia.
Chciał kupować jej kwiaty. Potrafił o tym pamiętać, robić to z okazją czy bez niej. W domu niemal zawsze je mieli. Naprawdę się starał, tego dnia także usiłując odpokutować tym choć niewielki procent wszystkich swoich win. A było ich tak cholernie dużo, że poza ich piątą rocznicą, chyba nigdy nie dostała od niego tak wielkiego bukietu kwiatów.
Przetrwały, były dobrze związane, więc tylko nieliczne nosiły ślady uderzenia. Spadło trochę płatków i listków, złamało się kilka główek, parę łodyżek. Były ciężkie i zwarte, naprawdę piękne. Mimo swojego znaczenia, nic nie znaczyły, prawda?
Chyba nawet nie był już na nią zły o to uderzenie go nimi w twarz. Bolało równie mocno, co wymierzony w Dolinie siarczysty policzek, ale w znaczniejszym stopniu mentalnie niżeli fizycznie. Zawiesił spojrzenie na kwiatach, po czym bez słowa i bez ostrzeżenia obrócił się na pięcie, sięgając po torby z zakupami. W istocie - zabrzęczały tam butelki, które sam też potrzebował opróżnić, żeby znowu poczuć się choć trochę lepiej.
Odpuścił dalsze prowokacje, ale też ten drugi rodzaj podchmielonych zachowań. Zamiast tego stał się chmurny i (jeśli to w ogóle możliwe) jeszcze bardziej małomówny, gdy wszedł do domu, kierując kroki do kuchni. Nastawiając wodę na herbatę z prądem, którą zamierzał wypić, aby nie zaczynać od prostackiego pociągania łyków wprost z butelki. W ten sposób mógł to zwalić na chłód panujący na zewnątrz, nawet jeśli od środka było mu wręcz gorąco z nerwów.
Po tym zajął się rozpakowywaniem reszty zawartości toreb, ani nie patrząc w kierunku Geraldine, ani tym bardziej się do niej nie odsuwając. Jasne, nie chował urazy, bo nie zamierzał tego robić, ale w żadnym razie nie miał ochoty prowadzić z nią jakiejkolwiek rozmowy.
Nie zawsze któreś z nich musiało wygrać. Zazwyczaj chodziło o wspólny front. Bycie razem, tuż obok siebie. Dłonie ze splecionymi palcami. Mógł żreć się z nią o najmniejsze pierdolety, kilka godzin później w towarzystwie innych ludzi bez mrugnięcia okiem stając murem za nią i za tym, że ta czerń jest w istocie bardzo ciemnym niebieskim wymieszanym z zielenią o lazurowym podtonie przypominającym kolor morza śródziemnego, a jak wiadomo - na morzu niemal zawsze są fale, które załamując się mają jasne czubki. Jakie? Białe. Więc ta czerń to zdecydowanie biel. Nawet, jeśli później w domu z powrotem wywracając oczami nad głupotą.
Razem mieli naprawdę silny front. Z osobna? Niekoniecznie. Przeciwko sobie nawzajem? W tym ponownie tkwiła siła, tyle tylko, że cholernie destrukcyjna, bardzo niszczycielska. Teraz mieli okazję ponownie się o tym przekonać.
- Wyśmienicie, Panno Niezależna, bo nie zamierzam ci tego mówić. Rób, co ci się żywnie podoba - tylko musiała pamiętać przy tym, że te wszystkie akcje działały w dwie strony.
Nie musiał się zgadzać na to, co robiła ani na to, co zamierzała. Tym bardziej, że sam był pijany, nieodpowiedzialny i coraz bardziej rozgoryczony.
- Nie sądziłaś - powtórzył po niej, mimo że nie dokończyła. - No, właśnie. W tym tkwi istota, nie? Nie sądziłaś, nie myślałaś, ale to ja powinienem to zauważyć, bo ty nie bierzesz za to odpowiedzialności - wcale nie chciał brzmieć tak kpiąco i rozgoryczenie, unosząc oczy ku niebu, ale to samo się działo. - W drugą stronę to już tak nie funkcjonuje, nie? No, właśnie - sam sobie na to odpowiedział, poirytowanie kląskając językiem o podniebienie.
Ona nie musiała już nic dodawać w tej kwestii, choć nie wątpił, że i tak zamierzała to zrobić. Niby nie chciała przy tym, aby stąd wypierdalał. Powiedziała mu to bez wahania, więc jej w to uwierzyć, tym bardziej, że sam też nie chciał musieć się stąd wynosić. Nie w tej atmosferze, nie w taki sposób.
A jednak tego nie powiedział. Zacisnął zęby, niemal zagryzł usta, sapiąc wściekle i unikając spojrzenia dziewczynie prosto w oczy, zwłaszcza wtedy, kiedy usłyszał ten szept. To nic nie zmieniało. Jego i jej przeprosiny. Nigdy nie miały nic zmienić.
Na to przepraszam, które padło ze strony Geraldine, normalnie zareagowałby zupełnie inaczej. Wyciągnięciem ku niej ramion, zrobieniem kroku w przód, oparciu czoła o czoło dziewczyny, muśnięciu jej ust ciepłym oddechem, po którym zagarnąłby wargi Yaxleyówny w pocałunku. Wycofaliby się do domu. Tak, rzeczywiście oba te momenty łączyłby ze sobą jeden fakt, ale w tamtej innej rzeczywistości nie skwitowałby tego puszczeniem nadgarstka Riny, tylko wręcz skorzystałby z tego dotyku, żeby pociągnąć ją za sobą za rękę.
Tak jak wtedy, kiedy pojawili się tutaj w dzień formalizacji kupna domu, torby zostałyby na zewnątrz. Nikt inny tu nie bywał, nie musieli martwić się kradzieżami, przynajmniej kiedyś, bo teraz sam nie wiedział, czy i w Whitby nic się nie zmieniło. Świat oszalał a oni razem z nim. Nie było między nimi stabilności, choć w przeszłości często śmiał się, że to było bardzo względne pojęcie.
Stabilność. Tracili ją w zażartych kłótniach, odzyskując w równie żarliwych momentach, gdy dawali ujście nagromadzonej energii w żarliwym godzeniu się wewnątrz domu. Czasami wystarczył też ten drobny, czuły gest. Wywrócenie oczami, ale w inny, nieironiczny sposób. Uśmiech i trącnięcie nosa nosem, czoło przy czole, trochę dziecinne przyzezowanie z twarzą przy twarzy. Wizengamot.
W tej chwili nie skorzystali z żadnej z tych rzeczy. On tego nie zrobił, puszczając nadgarstek dziewczyny, ale nie po to, żeby wyciągnąć ku niej rękę. Zamiast tego przeniósł wzrok na bukiet kwiatów, nie panując nad sposępniałym spojrzeniem. Lubił to robić. Być może nie trafiła na typowego szumnego romantyka. Nie zamierzał karmić jej pięknymi słówkami, pisać wierszy czy śpiewać serenad, ale rośliny były integralną częścią jego życia.
Chciał kupować jej kwiaty. Potrafił o tym pamiętać, robić to z okazją czy bez niej. W domu niemal zawsze je mieli. Naprawdę się starał, tego dnia także usiłując odpokutować tym choć niewielki procent wszystkich swoich win. A było ich tak cholernie dużo, że poza ich piątą rocznicą, chyba nigdy nie dostała od niego tak wielkiego bukietu kwiatów.
Przetrwały, były dobrze związane, więc tylko nieliczne nosiły ślady uderzenia. Spadło trochę płatków i listków, złamało się kilka główek, parę łodyżek. Były ciężkie i zwarte, naprawdę piękne. Mimo swojego znaczenia, nic nie znaczyły, prawda?
Chyba nawet nie był już na nią zły o to uderzenie go nimi w twarz. Bolało równie mocno, co wymierzony w Dolinie siarczysty policzek, ale w znaczniejszym stopniu mentalnie niżeli fizycznie. Zawiesił spojrzenie na kwiatach, po czym bez słowa i bez ostrzeżenia obrócił się na pięcie, sięgając po torby z zakupami. W istocie - zabrzęczały tam butelki, które sam też potrzebował opróżnić, żeby znowu poczuć się choć trochę lepiej.
Odpuścił dalsze prowokacje, ale też ten drugi rodzaj podchmielonych zachowań. Zamiast tego stał się chmurny i (jeśli to w ogóle możliwe) jeszcze bardziej małomówny, gdy wszedł do domu, kierując kroki do kuchni. Nastawiając wodę na herbatę z prądem, którą zamierzał wypić, aby nie zaczynać od prostackiego pociągania łyków wprost z butelki. W ten sposób mógł to zwalić na chłód panujący na zewnątrz, nawet jeśli od środka było mu wręcz gorąco z nerwów.
Po tym zajął się rozpakowywaniem reszty zawartości toreb, ani nie patrząc w kierunku Geraldine, ani tym bardziej się do niej nie odsuwając. Jasne, nie chował urazy, bo nie zamierzał tego robić, ale w żadnym razie nie miał ochoty prowadzić z nią jakiejkolwiek rozmowy.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down