Nie został o nic zapytany, więc nie odezwał się wcale. Pomagał im milcząco, chociaż tak naprawdę wysunięcie go dzisiaj na prowadzenie zapewne okazałoby się dla tej sytuacji korzystne - nie od wczoraj musiał radzić sobie z różnymi kataklizmami i czasami to, że udało mu się kogoś uratować, można było zaliczyć do cudów. Crow jednak nigdy nie umieściłby się w pozycji lidera z własnej, nieprzymuszonej woli. Działał sam. W cieniu innych. To Laurent chciał mieć to wszystko i Laurent powinien brać za to odpowiedzialność.
...tak?
Były takie chwile kiedy w to wątpił. Kiedy drżał mu głos albo zaciskał mocniej rękę na jego ciele. Kiedy zbywał pytające spojrzenia takim samym milczeniem jak on, chociaż gadatliwość i głos były tak ważnymi elementami jego egzystencji. Tak cholernie chciał to przerwać, nawet kiedy próby Laurenta, aby zachować zimną, krew się udawały, w nim narastał lęk. No bo co jeżeli to, co robił, to było zwyczajne chujostwo? Wiara we własne możliwości szybko u niego znikała, zwłaszcza gdy...
...nie udawały się pierwsze próby. Kiedy translokowanie dymu, żeby zgnieść go i nie pozwolić ogniowi rozprzestrzeniać się dalej, spełzło na niczym, a utworzony klosz pękł jak bańka mydlana. Nie lubił przepraszać, ale tym razem to zrobił. I rzucił zaklęcie jeszcze raz, tym razem w jeszcze większym skupieniu i przy lepszym wsparciu.
Ogień się wreszcie wypalił. Podobnie jak energia Laurenta. Chłopak wypalił się jak zapałka. To dobrze, że nie kazał nikomu zostawać tutaj i ryzykować bezpieczeństwem, żeby znaleźć przepłoszone konie. Gdyby nie to, że nie miał pojęcia jak zagnać je na powrót w te zgliszcza rezerwatu, pewnie zrobiłby to za nich, ale kompletnie nie znał się na zwierzętach. Nie był tutaj żadnym wsparciem.
- Mhm - mruknął w odpowiedzi, obejmując go ręką i pocierając po ramieniu. - Dałeś radę tutaj. To jest ten moment kiedy działasz dalej. - Następnie przyciągnął go do siebie bliżej i jednocześnie pociągnął w stronę domu - żeby zaprowadzić go do biura. Po drodze, którą oświetlał drobnym zaklęciem, doszukiwał się ewentualnych pułapek zastawionych na osoby pracujące w New Forest. Nic tu nie było? W domu na pewno nie.
- Nie byłem w stanie wejść bez szyfru, więc nikt inny też tam nie wszedł - zapewnił go, jednocześnie wyjaśniając, dlaczego pracował gdzieś daleko, a nie tutaj. Gdyby został na miejscu, wszystko mogło potoczyć się inaczej, ale całkiem sprawnie odgonił od siebie tę natrętną myśl. Wciąż pozostawał człowiekiem z mnogością wad, nie potrafił się roztroić. Przeprowadził go przez próg i pozwolił mu opaść na kanapę, świadom tego, że teraz albo za chwilę zejdzie z niego całe powietrze. Usiadł tuż obok, znów ujmując jego twarz w dłonie. - Laurent, powiedz słowo, a tutaj zostanę, ale wydaje mi się, że bardziej przydam się, sprawdzając ten teren i upewniając się, że twoi pracownicy są bezpieczni. - Przesunął palcami wzdłuż jego skroni, poprawił mu włosy. - Nie chcę zostawiać cię samego. - I nie wyglądał na szczęśliwego, mówiąc to. - Mój przyjaciel mógłby ugotować ci coś, po czym poczujesz się lepiej - zasugerował nieśmiało. - Czego potrzebujesz? - Oprócz kąpieli. Śmierdział dymem bardziej od niego.
...tak?
Były takie chwile kiedy w to wątpił. Kiedy drżał mu głos albo zaciskał mocniej rękę na jego ciele. Kiedy zbywał pytające spojrzenia takim samym milczeniem jak on, chociaż gadatliwość i głos były tak ważnymi elementami jego egzystencji. Tak cholernie chciał to przerwać, nawet kiedy próby Laurenta, aby zachować zimną, krew się udawały, w nim narastał lęk. No bo co jeżeli to, co robił, to było zwyczajne chujostwo? Wiara we własne możliwości szybko u niego znikała, zwłaszcza gdy...
Rzut Z 1d100 - 17
Akcja nieudana
Akcja nieudana
...nie udawały się pierwsze próby. Kiedy translokowanie dymu, żeby zgnieść go i nie pozwolić ogniowi rozprzestrzeniać się dalej, spełzło na niczym, a utworzony klosz pękł jak bańka mydlana. Nie lubił przepraszać, ale tym razem to zrobił. I rzucił zaklęcie jeszcze raz, tym razem w jeszcze większym skupieniu i przy lepszym wsparciu.
Rzut Z 1d100 - 91
Sukces!
Sukces!
Ogień się wreszcie wypalił. Podobnie jak energia Laurenta. Chłopak wypalił się jak zapałka. To dobrze, że nie kazał nikomu zostawać tutaj i ryzykować bezpieczeństwem, żeby znaleźć przepłoszone konie. Gdyby nie to, że nie miał pojęcia jak zagnać je na powrót w te zgliszcza rezerwatu, pewnie zrobiłby to za nich, ale kompletnie nie znał się na zwierzętach. Nie był tutaj żadnym wsparciem.
- Mhm - mruknął w odpowiedzi, obejmując go ręką i pocierając po ramieniu. - Dałeś radę tutaj. To jest ten moment kiedy działasz dalej. - Następnie przyciągnął go do siebie bliżej i jednocześnie pociągnął w stronę domu - żeby zaprowadzić go do biura. Po drodze, którą oświetlał drobnym zaklęciem, doszukiwał się ewentualnych pułapek zastawionych na osoby pracujące w New Forest. Nic tu nie było? W domu na pewno nie.
- Nie byłem w stanie wejść bez szyfru, więc nikt inny też tam nie wszedł - zapewnił go, jednocześnie wyjaśniając, dlaczego pracował gdzieś daleko, a nie tutaj. Gdyby został na miejscu, wszystko mogło potoczyć się inaczej, ale całkiem sprawnie odgonił od siebie tę natrętną myśl. Wciąż pozostawał człowiekiem z mnogością wad, nie potrafił się roztroić. Przeprowadził go przez próg i pozwolił mu opaść na kanapę, świadom tego, że teraz albo za chwilę zejdzie z niego całe powietrze. Usiadł tuż obok, znów ujmując jego twarz w dłonie. - Laurent, powiedz słowo, a tutaj zostanę, ale wydaje mi się, że bardziej przydam się, sprawdzając ten teren i upewniając się, że twoi pracownicy są bezpieczni. - Przesunął palcami wzdłuż jego skroni, poprawił mu włosy. - Nie chcę zostawiać cię samego. - I nie wyglądał na szczęśliwego, mówiąc to. - Mój przyjaciel mógłby ugotować ci coś, po czym poczujesz się lepiej - zasugerował nieśmiało. - Czego potrzebujesz? - Oprócz kąpieli. Śmierdział dymem bardziej od niego.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.