Podważanie samego siebie było zadziwiająco proste, kiedy nie było obok podpory, która zapewniała cię w tym, że robisz dobrze. Morale zadziwiająco łatwo znikało, kiedy coś się nie udawało. Wszyscy byli na swoich miejscach, każdy rozumiał instrukcje i każda z tych osób spoglądała na niego oczekując, że ON wie, co robi. Że jeśli coś się nie uda to ON będzie wiedzieć, co zrobić. Był do tego przyzwyczajony. Tak samo był przyzwyczajony do niesienia odpowiedzialności. Nie był przyzwyczajony do tego, że jego życie było rujnowane z prędkością światła i to niemal na każdym możliwym poziomie. Gdziekolwiek tylko by się dało tam były kłody. Szczęście się kiedyś wyczerpie - i tutaj się wyczerpywało. Tak..? Pierwsza próba okazała się porażką - płomienie buchnęły tylko wyżej, mocniej, intensywniej.
- Jeszcze raz! - Ty cofnij się tam, Ty się zatrzymaj, Flynn - ponownie! Nie uważał się za dowódcę. Za osobę, pod której komando wszyscy będą robić to, czego oczekuje. Owszem, był pracodawcą i oczekiwał skutków, oczekiwał wyników, ale to, co działo się tu? Zarządzanie kryzysami - nie był to pierwszy, ale na pewno pierwszy takiej natury. Pierwszy takiej skali. Gdyby ci ludzie dla niego nie pracowali - czy by go posłuchali? Chcieliby go posłuchać? Podważanie samego siebie było zadziwiająco proste, kiedy obok nie było podpory. Osuwała się jedna, druga... Laurent nie mógł się tutaj osunąć. Nie drugi raz. Nie mógł znowu polec i udowodnić wszystkim, że mieli rację, że nie ma w nim już siły.
Nie było w nim wielkich myśli, ulgi, nie było w nim pocieszenia, że las jednak nie spłonął, że dokonali tego - powstrzymali pożar przed dostaniem się do New Forest. Było wielkie nic - pozostałość po tym dymie w płucach i we włosach, na policzkach i w kieszeniach. Działał automatycznie. Powinien coś czuć. Cokolwiek. Jak po tragedii tego statku. Powinien dalej czuć smutek za tym abraksanem, wdzięczność ludziom, którzy chcieli tutaj pomóc. Powinien właśnie obściskiwać Flynna, dziękując mu i wylewać łzy wzruszenia, że był jego bohaterem. A ledwo otulił go ramieniem na poziomie biodra, ledwo spojrzał na niego i skinął głową.
- Przepraszam... powinienem zostawić ci ten szyfr, ja nie... nie pomyślałem. - Przymknął na moment oczy, ale to był zły wybór. Fałszywie mocno pociągnęło go w dół i musiał wysilić się do tego, by znów wrócić do pionu po tym jednym za niskim zgięciu nogi. Teraz mówił już tak, że gdyby nie byli tuż obok siebie to pewnie zagłuszyłby go wiatr. - I dziękuję. Naprawdę bardzo ci dziękuję, Flynn... - gdyby nie ty... Och, gdyby nie ty - tak wiele złego mogło się tutaj wydarzyć i mieć miejsce. Czy powinien sobie definitywnie powiedzieć, że to koniec? Złożyć broń i się poddać? Przyznać, że nie miał już do tego żadnej siły?
Nie, nie salon. Zatrzymał się przy drzwiach swojego gabinetu - i tam oparł dłoń na klamce, by go otworzyć. Miejsce było rzeczywiście małe - nawet nie było tu za dużo przestrzeni, żeby swobodnie postawić komuś miejsca do siedzenia. Zastawione wysokimi, ciężkimi regałami z księgami, zeszytami, dziennikami. I pamiątkami. Obrazami na ścianach, pocztówkami, nawet był tu wycinek wiersza, którym obdarował go mugol. To tam osiadł ciężko na krześle. To tutaj spały dwie sowy, które, poruszone światłem, otworzyły ślepia. Jedna biała jak śnieg, druga malutka, brązowa, mieszcząca się w dłoni. Otworzył okno - i zaraz na parapecie usiadł Fuego, spoglądając znów na nich czarnymi ślepiami. Obrócił się na tym krześle tak, by być przodem do Flynna.
- Nie ma potrzeby. Sprawdź okolicę, ale nie wchodź do New Forest. Nie wiadomo, co przyciągnęła ta nocna tragedia. - W rezerwacie żyły różne istoty - i nie wszystkie były pięknymi hipogryfami czy pięknymi memortkami. - Która godzina... - Spojrzał na zegar na ścianie. Powoli robiło się widno. - Musisz... musisz też odpocząć. Zajmiesz się dla mnie przypilnowaniem jutro tej stajni. Zostawię z tobą Vincenta i Alexandra. Trzeba się zorientować, czy nikt niczego nie widział. - Drżał mu głos, kiedy mówił, tak jak cały się zresztą trząsł. Mimo to zaczął wyciągać pergaminy i przysunął do siebie kałamarz... ale zatrzymał się w tym ruchu. Obrócił głowę w kierunku Flynna. - Crow... - wyszeptał swoje zaklęcie w postaci jego pseudonimu - dobrze się czujesz? Nic ci się nie stało?