03.01.2025, 22:07 ✶
Wszystkiego najlepszego, Lorraine.
Wdzięcznie przyjmowała oferowane przez niego prezenty, z pewną pobłażliwością patrząc na to, jak lekką ręką gotów był trwonić pieniądze na jej próżne zachcianki: nie za uśmiech nawet, a za samą tylko obietnicę jej uśmiechu. Niewielu ludzi potrafiło ostatnimi czasy sprawić, aby Lorraine Malfoy się uśmiechnęła, ale Louvain Lestrange zdawał się traktować to jako osobiste wyzwanie. Jako grę.
Choć zasady gry były proste, Lorraine Malfoy nigdy nie mówiła nic wprost. Zawsze kazała mu zgadywać, czego chce, zostawiając poszlaki przeciągłych spojrzeń, zatrzymując się gdzieś na dłużej, kusząc go, tam jak on kusił ją zapachem perfum. Skoroś taki wprawiony w szukaniu złotego znicza, droczyła się z nim po meczu, mnie też wyszukaj coś ze złota. Zgrywała naiwną nimfę Atalantę, ulegającej pokusie złotych jabłek rzucanych jej pod nogi przez starającego się o jej względy Hippomenesa: obraz, na którym oboje zostali uwiecznieni, minęła w drodze na wieżę astronomiczną, mitologiczni kochankowie nie zwrócili jednak na nią uwagi, kłócąc się o to, kto oszukuje w ich grze. Lorraine Malfoy nie wiedziała, w jaką grę grał Louvain Lestrange. Czy grał z nią, czy o nią, zastanawiała się, klucząc szkolnymi korytarzami – bardziej podobna do upiora, zjawy, niż do istoty ze świata żywych, z rozwianymi, jasnymi włosami, w jednej z białych sukienek po kuzynce, na którą narzuciła stary, wełniany szal – czy grał z nią, czy z Atreusem, bo przecież nie z samym sobą?
Jeżeli chciał grać, nie zamierzała pozwolić, aby się nudził. Więc grali. Zimne jak odłamki lodu oczy Lorraine lśniły, zdając się śledzić każdy jego ruch. Oczy Louvaina, zimne jak klejnoty, którymi gotów był ją obsypać, także lśniły, kiedy odprowadzał ją wzrokiem. Czy to tak zdjął z jej ciała miarę dla krawca?
Niegdyś Lorraine zareagowałaby na tę myśl rozbawieniem przemieszanym z pogardą, ale teraz po prostu obracała ją w głowie, badając ostrożnie, tak, jak badała w rękach materiał podarowanej przez Louvaina sukienki. Noszenie tak drogich ubrań zakrawało o demoralizację, a sukienka, którą jej wysłał była droga, bardzo droga, droższa niż cała jej garderoba razem wzięta. Sam jej widok napełniał Lorraine dziwnym dyskomfortem. Nie mogła przestać o niej myśleć, nie mogła też na nią patrzeć, więc sukienka, starannie złożona, wylądowała na dnie kufra, tam, gdzie trzymała największe skarby. Zasuszone kwiaty, pochodzące z bukietów, które wręczał jej Atreus, starannie opisane na kartach ręcznie ilustrowanych zielników. Znaczone karty do gry, które wciąż zapominała mu oddać. Głupie, plastikowe pierścionki, które wypadły z mugolskiego automatu z zabawkami, bo Atreus włożył do niego zbyt dużo monet – "myślałam, że orientujesz się w niemagicznej walucie", rzuciła wyzywająco Lorraine, niby to od niechcenia splatając jego rękę ze swoją ręką, tylko po to, aby spośród wszystkich pierścionków wybrać ten najbardziej fikuśny, różowy, ze zdobnym oczkiem, i wcisnąć go na mały palec chłopaka – przez chwilę Lorraine wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie, a oczy półwili świeciły triumfem, jak zawsze, gdy udało jej się zawstydzić Atreusa: charakterystyczna zmarszczka między jego brwiami zniknęła jednak tak szybko, jak się pojawiła. "Na ciebie się zapatrzyłem", rzucone z tym jego głupim, nieskończenie głupim uśmiechem pokolorowało jej policzki rumieńcem. Otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła, odwzajemniając uśmiech, bo jej chłopiec był taki piękny, kiedy się uśmiechał. Uśmiechał się też na jej ulubionym zdjęciu, które wisiało wciąż przy łóżku Lorraine w żeńskim dormitorium, i na wielu innych, schowanych w pękającym już w szwach albumie.
Spóźniła się. Oczywiście, że się spóźniła.
Chociaż jej pierś wciąż wznosiła się w nierównym rytmie wdechów i wydechów po przejściu wszystkich tych schodów, jakie miała do przejścia, nie usiadła obok Louvaina, który leniwie rozkoszował się papierosem na flankach. Zbliżyła się do kamiennego muru, tylko po to, aby przerzucić zgrabnie nogi przez jego krawędź i stanąć na samym skraju wieży astronomicznej. Gwiazdy wirowały jej przed oczyma.
Wszystkiego najlepszego, Lorraine.
Stopy w delikatnych pantoflach balansowały na granicy kamiennej krawędzi. Rozłożyła ręce, próbując złapać równowagę palcami roztrzepotanymi niczym skrzydła ptaka, który jeszcze nie zdecydował, czy ma zamiar wzlecieć, czy pozwolić się porwać wichrowi. Nie było w niej zawahania, tylko chłodna kalkulacja. Zerknęła ponad ramieniem na Louvaina, mimochodem niemalże, zanim przysunęła się bliżej krawędzi, pozwalając, aby otoczył ją świst wiatru. Nawet teraz, kiedy przesunęła stopę bliżej krawędzi, czując pod nią chłód kamienia, była pewna, że noc, choć zdradliwa, nie miała władzy, by jej zagrozić.
– Jak wysoko musisz wzlecieć, żeby nie bolało, jak spadniesz? – rzuciła obojętnie w noc, zakrzyczana przez wiatr, którego mroźny powiew popieścił ciemne kosmyki opadające na przystojną twarz Louvaina. Niewiele cieplejsza była dłoń Lorraine, kiedy podczas jednej z letnich przechadzek przyjęła zaoferowane jej ramię, wsparłszy się ostrożnie o chłopaka, którego intencje pozostawały dla niej tajemnicą.
Nie patrzyła na niego wtedy, nie patrzyła na niego teraz. Nie patrzyła na jego cwany uśmiech, zuchwały, pewny siebie, odprowadzający ją wzrokiem jak kolejne złote jabłko rzucane pod stopy Atalanty. Patrzyła w rozciągającą się pod nią przepaść. Przepaść była głęboka, o wiele głębsza niż lochy, od których zaczęła się jej dzisiejsza podróż. Lorraine opuściła ramiona i odwróciła się na pięcie, pozostawiając za sobą wieżę, przepaść i całą tę niewypowiedzianą przestrzeń, którą dzieliła z Louvainem.
Stąpała wzdłuż krawędzi.
Wdzięcznie przyjmowała oferowane przez niego prezenty, z pewną pobłażliwością patrząc na to, jak lekką ręką gotów był trwonić pieniądze na jej próżne zachcianki: nie za uśmiech nawet, a za samą tylko obietnicę jej uśmiechu. Niewielu ludzi potrafiło ostatnimi czasy sprawić, aby Lorraine Malfoy się uśmiechnęła, ale Louvain Lestrange zdawał się traktować to jako osobiste wyzwanie. Jako grę.
Choć zasady gry były proste, Lorraine Malfoy nigdy nie mówiła nic wprost. Zawsze kazała mu zgadywać, czego chce, zostawiając poszlaki przeciągłych spojrzeń, zatrzymując się gdzieś na dłużej, kusząc go, tam jak on kusił ją zapachem perfum. Skoroś taki wprawiony w szukaniu złotego znicza, droczyła się z nim po meczu, mnie też wyszukaj coś ze złota. Zgrywała naiwną nimfę Atalantę, ulegającej pokusie złotych jabłek rzucanych jej pod nogi przez starającego się o jej względy Hippomenesa: obraz, na którym oboje zostali uwiecznieni, minęła w drodze na wieżę astronomiczną, mitologiczni kochankowie nie zwrócili jednak na nią uwagi, kłócąc się o to, kto oszukuje w ich grze. Lorraine Malfoy nie wiedziała, w jaką grę grał Louvain Lestrange. Czy grał z nią, czy o nią, zastanawiała się, klucząc szkolnymi korytarzami – bardziej podobna do upiora, zjawy, niż do istoty ze świata żywych, z rozwianymi, jasnymi włosami, w jednej z białych sukienek po kuzynce, na którą narzuciła stary, wełniany szal – czy grał z nią, czy z Atreusem, bo przecież nie z samym sobą?
Jeżeli chciał grać, nie zamierzała pozwolić, aby się nudził. Więc grali. Zimne jak odłamki lodu oczy Lorraine lśniły, zdając się śledzić każdy jego ruch. Oczy Louvaina, zimne jak klejnoty, którymi gotów był ją obsypać, także lśniły, kiedy odprowadzał ją wzrokiem. Czy to tak zdjął z jej ciała miarę dla krawca?
Niegdyś Lorraine zareagowałaby na tę myśl rozbawieniem przemieszanym z pogardą, ale teraz po prostu obracała ją w głowie, badając ostrożnie, tak, jak badała w rękach materiał podarowanej przez Louvaina sukienki. Noszenie tak drogich ubrań zakrawało o demoralizację, a sukienka, którą jej wysłał była droga, bardzo droga, droższa niż cała jej garderoba razem wzięta. Sam jej widok napełniał Lorraine dziwnym dyskomfortem. Nie mogła przestać o niej myśleć, nie mogła też na nią patrzeć, więc sukienka, starannie złożona, wylądowała na dnie kufra, tam, gdzie trzymała największe skarby. Zasuszone kwiaty, pochodzące z bukietów, które wręczał jej Atreus, starannie opisane na kartach ręcznie ilustrowanych zielników. Znaczone karty do gry, które wciąż zapominała mu oddać. Głupie, plastikowe pierścionki, które wypadły z mugolskiego automatu z zabawkami, bo Atreus włożył do niego zbyt dużo monet – "myślałam, że orientujesz się w niemagicznej walucie", rzuciła wyzywająco Lorraine, niby to od niechcenia splatając jego rękę ze swoją ręką, tylko po to, aby spośród wszystkich pierścionków wybrać ten najbardziej fikuśny, różowy, ze zdobnym oczkiem, i wcisnąć go na mały palec chłopaka – przez chwilę Lorraine wyglądała na bardzo zadowoloną z siebie, a oczy półwili świeciły triumfem, jak zawsze, gdy udało jej się zawstydzić Atreusa: charakterystyczna zmarszczka między jego brwiami zniknęła jednak tak szybko, jak się pojawiła. "Na ciebie się zapatrzyłem", rzucone z tym jego głupim, nieskończenie głupim uśmiechem pokolorowało jej policzki rumieńcem. Otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła, odwzajemniając uśmiech, bo jej chłopiec był taki piękny, kiedy się uśmiechał. Uśmiechał się też na jej ulubionym zdjęciu, które wisiało wciąż przy łóżku Lorraine w żeńskim dormitorium, i na wielu innych, schowanych w pękającym już w szwach albumie.
Spóźniła się. Oczywiście, że się spóźniła.
Chociaż jej pierś wciąż wznosiła się w nierównym rytmie wdechów i wydechów po przejściu wszystkich tych schodów, jakie miała do przejścia, nie usiadła obok Louvaina, który leniwie rozkoszował się papierosem na flankach. Zbliżyła się do kamiennego muru, tylko po to, aby przerzucić zgrabnie nogi przez jego krawędź i stanąć na samym skraju wieży astronomicznej. Gwiazdy wirowały jej przed oczyma.
Wszystkiego najlepszego, Lorraine.
Stopy w delikatnych pantoflach balansowały na granicy kamiennej krawędzi. Rozłożyła ręce, próbując złapać równowagę palcami roztrzepotanymi niczym skrzydła ptaka, który jeszcze nie zdecydował, czy ma zamiar wzlecieć, czy pozwolić się porwać wichrowi. Nie było w niej zawahania, tylko chłodna kalkulacja. Zerknęła ponad ramieniem na Louvaina, mimochodem niemalże, zanim przysunęła się bliżej krawędzi, pozwalając, aby otoczył ją świst wiatru. Nawet teraz, kiedy przesunęła stopę bliżej krawędzi, czując pod nią chłód kamienia, była pewna, że noc, choć zdradliwa, nie miała władzy, by jej zagrozić.
– Jak wysoko musisz wzlecieć, żeby nie bolało, jak spadniesz? – rzuciła obojętnie w noc, zakrzyczana przez wiatr, którego mroźny powiew popieścił ciemne kosmyki opadające na przystojną twarz Louvaina. Niewiele cieplejsza była dłoń Lorraine, kiedy podczas jednej z letnich przechadzek przyjęła zaoferowane jej ramię, wsparłszy się ostrożnie o chłopaka, którego intencje pozostawały dla niej tajemnicą.
Nie patrzyła na niego wtedy, nie patrzyła na niego teraz. Nie patrzyła na jego cwany uśmiech, zuchwały, pewny siebie, odprowadzający ją wzrokiem jak kolejne złote jabłko rzucane pod stopy Atalanty. Patrzyła w rozciągającą się pod nią przepaść. Przepaść była głęboka, o wiele głębsza niż lochy, od których zaczęła się jej dzisiejsza podróż. Lorraine opuściła ramiona i odwróciła się na pięcie, pozostawiając za sobą wieżę, przepaść i całą tę niewypowiedzianą przestrzeń, którą dzieliła z Louvainem.
Stąpała wzdłuż krawędzi.