W ramach powrotu do względnej normalności jeszcze raz teatralnie wywrócił oczami.
- Jeżeli kiedyś zrobisz coś, za co będą mi się należały przeprosiny, to ci o tym powiem. - Chociaż brak tej potrzeby wynikał głównie z tego jak nisko się cenił. Nie był pierwszą osobą w jego życiu, która wyznawała mu głębokie uczucia, a później trzymała go na dystans w wielu aspektach. Jasne, że to kuło w duszę, ale po jakimś czasie człowiek uczy się to ignorować. Bycie niewygodnym wiązało się z pęknięciami jeżeli chodziło o budowanie jakichkolwiek relacji. Sam zresztą nie był od niego dużo lepszy - wciąż nie powiedział mu o swoim daltonizmie i to właściwie tylko dlatego, że ktoś mógłby z niego te informacje wyciągnąć. Przed chwilą ciągnął go w górę na wyżyny jego wytrzymałości, bo wierzył w jego siłę, a jednocześnie... ha. - To jest moja normalna pora zasypiania - przypomniał mu. Dzisiaj, podobnie jak w większość dni kiedy nie musiał załatwić nic rano, spał do czternastej. A może dłużej? W przeciwieństwie do Laurenta zegarka nie posiadał. - I nie, nic mi nie jest. - Pokręcił głową.
Uważnie, stojąc przed nim, obserwował to, jak Prewett odwraca się w stronę biurka i zaczyna coś pisać. Wpatrywał się teraz w jego plecy i ubolewał nad tym, że nie usiedli przynajmniej na moment na tej cholernej kanapie. Trzymanie go za rękę nie było wystarczające. Gubił się w tym jak był nazywany, ale nie zamierzał z tym walczyć. Ani z tym, ani z potrzebą znalezienia się blisko. Pochylił się nad blondynem, otoczył go rękoma i zatopił twarz w jego szyi, wpierw składając na niej delikatny pocałunek, ale tylko po to, by przymknąć oczy i przylgnąć do niego w bezruchu. Czuł, jak Laurent się trzęsie, powstrzymał się jednak od komentarza.
- Kocham cię, ale... - Nie powinien mówić „ale”, kto kurwa w takiej chwili mówił „ale”? Zrobiłby to tylko kompletny idiota. Niespodzianka - był kompletnym idiotą. Ugryzł się w język, nie śmiał jednak tego poprawić. - Chodzi mi o to, że... mógłbyś nie czekać ciągle do ostatniej chwili? Nie chcę kiedyś teleportować się tylko po to, żeby nie móc nic zrobić. - Już nawet nie wspominał o tym, że zwyczajnie chciałby wiedzieć co się wokół niego dzieje. Ale gdyby wzywał go odrobinę wcześniej, zanim znajdował się w ostatecznym potrzasku... - Bezsilność... Ha. Nie muszę tego tłumaczyć. - Zacisnął te ręce mocniej, odetchnął głęboko, wdychając jego zapach wymieszany z popiołem. Tak pewnie by śmierdział, gdyby się upodlił jak Fontaine. Tak minus aromat uwędzonego konia. - Kocham cię. - Powtórzył. Wielkie słowo, a on nie lubił mówić. Brzmiało w jego ustach nieco zbyt swobodnie. - Bez „ale”.
Jeżeli Laurent niczego więcej od niego nie oczekiwał, wkrótce po tym wyszedł i wrócił dopiero z porcją jedzenia.
- Jeżeli kiedyś zrobisz coś, za co będą mi się należały przeprosiny, to ci o tym powiem. - Chociaż brak tej potrzeby wynikał głównie z tego jak nisko się cenił. Nie był pierwszą osobą w jego życiu, która wyznawała mu głębokie uczucia, a później trzymała go na dystans w wielu aspektach. Jasne, że to kuło w duszę, ale po jakimś czasie człowiek uczy się to ignorować. Bycie niewygodnym wiązało się z pęknięciami jeżeli chodziło o budowanie jakichkolwiek relacji. Sam zresztą nie był od niego dużo lepszy - wciąż nie powiedział mu o swoim daltonizmie i to właściwie tylko dlatego, że ktoś mógłby z niego te informacje wyciągnąć. Przed chwilą ciągnął go w górę na wyżyny jego wytrzymałości, bo wierzył w jego siłę, a jednocześnie... ha. - To jest moja normalna pora zasypiania - przypomniał mu. Dzisiaj, podobnie jak w większość dni kiedy nie musiał załatwić nic rano, spał do czternastej. A może dłużej? W przeciwieństwie do Laurenta zegarka nie posiadał. - I nie, nic mi nie jest. - Pokręcił głową.
Uważnie, stojąc przed nim, obserwował to, jak Prewett odwraca się w stronę biurka i zaczyna coś pisać. Wpatrywał się teraz w jego plecy i ubolewał nad tym, że nie usiedli przynajmniej na moment na tej cholernej kanapie. Trzymanie go za rękę nie było wystarczające. Gubił się w tym jak był nazywany, ale nie zamierzał z tym walczyć. Ani z tym, ani z potrzebą znalezienia się blisko. Pochylił się nad blondynem, otoczył go rękoma i zatopił twarz w jego szyi, wpierw składając na niej delikatny pocałunek, ale tylko po to, by przymknąć oczy i przylgnąć do niego w bezruchu. Czuł, jak Laurent się trzęsie, powstrzymał się jednak od komentarza.
- Kocham cię, ale... - Nie powinien mówić „ale”, kto kurwa w takiej chwili mówił „ale”? Zrobiłby to tylko kompletny idiota. Niespodzianka - był kompletnym idiotą. Ugryzł się w język, nie śmiał jednak tego poprawić. - Chodzi mi o to, że... mógłbyś nie czekać ciągle do ostatniej chwili? Nie chcę kiedyś teleportować się tylko po to, żeby nie móc nic zrobić. - Już nawet nie wspominał o tym, że zwyczajnie chciałby wiedzieć co się wokół niego dzieje. Ale gdyby wzywał go odrobinę wcześniej, zanim znajdował się w ostatecznym potrzasku... - Bezsilność... Ha. Nie muszę tego tłumaczyć. - Zacisnął te ręce mocniej, odetchnął głęboko, wdychając jego zapach wymieszany z popiołem. Tak pewnie by śmierdział, gdyby się upodlił jak Fontaine. Tak minus aromat uwędzonego konia. - Kocham cię. - Powtórzył. Wielkie słowo, a on nie lubił mówić. Brzmiało w jego ustach nieco zbyt swobodnie. - Bez „ale”.
Jeżeli Laurent niczego więcej od niego nie oczekiwał, wkrótce po tym wyszedł i wrócił dopiero z porcją jedzenia.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.