03.01.2025, 22:38 ✶
Twarz Perseusa pozostała niewzruszona wobec wybuchu Millie, jakby tego właśnie się spodziewał; tak mocno opanowany, że przez chwilę wręcz nieludzki. Przynajmniej tak próbował zaprezentować się dziewczynie, bowiem tym, czego nie widziała, a za to zauważyć mógł jej towarzysz, było nerwowe skubanie skórki wokół paznokcia i ślady półksiężyców zostawiane na skórze. Chciał jej pomóc, złapać za rękę niczym zagubione we mgle dziecko i zaprowadzić ją na właściwą drogę, ale nie było to takie proste - głównie dlatego, że sam nie umiał się odnaleźć. Jej nienawiść wcale mu w tym nie pomagała, choć wiedział (a przynajmniej miał wielką nadzieję), że wcale nie gardzi nim jako Perseusem Blackiem, lecz magipsychiatrą, który z pewnością jawił jej się jako uosobienie opresji, przerażający sędzia w lekarskim fartuchu, który dobrze się bawił zadając jej kolejne męki. A przecież nie czerpał żadnej sadystycznej satysfakcji z oglądania jej bólu. Wręcz przeciwnie, cierpiał razem z nią. Nie tylko z powodu empatii będącej jego największym przekleństwem, lecz także przez własną ambicję.
Jej stan był tylko i wyłącznie jego winą. Osobistą klęską. Hańbiącą plamą na sumieniu, ostrzem tnącym proporzec ego. Po pierwsze nie szkodzić, dźwięczało mu w głowie. A przecież szkodził - był jak szarańcza niszcząca plony. Zaraza tocząca się przez miasta i bieda prześladująca wioski.
— Millie, mogę sobie tylko wyobrażać, jak trudne jest to dla ciebie... — zaczął tak neutralnie, że aż sam się wzdrygnął, gdy zdał sobie sprawę z tego, jak nienaturalnie brzmi. — Nie próbuję w żaden sposób umniejszać twoim emocjom. Chciałem tylko zwrócić ci uwagę na to, że mówisz o dziewczynie. Młodej kobiecie, tak? Linda Davies, którą znam, ma już najlepsze lata za sobą.
W odpowiedzi na pytanie Botta zmarszczył najpierw czoło, rozważając w myślach wszystkie za i przeciw. W końcu ostrożnie skinął głową.
— Możemy spróbować, ale to nie jest moja pacjentka i nie wiem jak zareaguje. Nie gwarantuję też, że cokolwiek uda nam się z jej wyciągnąć; widuję ją ciągle wpatrzoną w drzewa.
Prowadząc ich białymi korytarzami Lecznicy - choć zdawało mu się, że to Millie prowadzi jego; w końcu przez pewien czas to miejsce służyło jej za dom, podczas gdy on wracał po dyżurze do swojego wygodnego łóżka - próbował jeszcze ostrzec Moody przed ewentualnym zawodem. Wprawdzie nie miał okazji rozmawiać z Lindą, ale ze swoich przelotnych obserwacji wywnioskował, że był to przypadek... pacjenta nieobecnego duchem.
Och, jakże głupio musiał wyglądać, gdy przysłuchiwał się ich rozmowie. Miałaś rację, mówiło jego rozbiegane spojrzenie, choć sam milczał, próbując sobie wszystko ułożyć. Nie znosił tego aspektu swojej pracy, tego przywdziewania togi i decydowania, gdzie leży granica pomiędzy prawdą, a delirycznymi wizjami. Wdech. Wydech. Na Merlina, był przecież czarodziejem. Przecież spotkał czarownicę, która wróciła z Limbo, przecież wznosił modlitwy do Matki; dlaczego więc uparcie chciał znaleźć logiczne wyjaśnienie dla każdej rzeczy? Dlaczego miotał się, próbując coś wytłumaczyć w naukowy sposób, podczas gdy odpowiedź krążyła w jego żyłach - magia. Rytuały. Anomalie. Isobell Macmillan nie musiała być jedyna.
— Ufam, że nie zamierzasz tego sprawdzać na własnej skórze, Millie — zwrócił się do niej poważnym, być może nieco patronizującym tonem. A potem przeniósł wymowne spojrzenie na Bertiego, a jego usta ułożyły się w nieme pilnuj jej. Na samym końcu zwrócił się do Lindy. — Pani... Panno Davies, będę musiał porozmawiać z pani lekarzem prowadzącym. Wygląda na to, że nie obejdzie się bez ingerencji Ministerstwa...
Jej stan był tylko i wyłącznie jego winą. Osobistą klęską. Hańbiącą plamą na sumieniu, ostrzem tnącym proporzec ego. Po pierwsze nie szkodzić, dźwięczało mu w głowie. A przecież szkodził - był jak szarańcza niszcząca plony. Zaraza tocząca się przez miasta i bieda prześladująca wioski.
— Millie, mogę sobie tylko wyobrażać, jak trudne jest to dla ciebie... — zaczął tak neutralnie, że aż sam się wzdrygnął, gdy zdał sobie sprawę z tego, jak nienaturalnie brzmi. — Nie próbuję w żaden sposób umniejszać twoim emocjom. Chciałem tylko zwrócić ci uwagę na to, że mówisz o dziewczynie. Młodej kobiecie, tak? Linda Davies, którą znam, ma już najlepsze lata za sobą.
W odpowiedzi na pytanie Botta zmarszczył najpierw czoło, rozważając w myślach wszystkie za i przeciw. W końcu ostrożnie skinął głową.
— Możemy spróbować, ale to nie jest moja pacjentka i nie wiem jak zareaguje. Nie gwarantuję też, że cokolwiek uda nam się z jej wyciągnąć; widuję ją ciągle wpatrzoną w drzewa.
Prowadząc ich białymi korytarzami Lecznicy - choć zdawało mu się, że to Millie prowadzi jego; w końcu przez pewien czas to miejsce służyło jej za dom, podczas gdy on wracał po dyżurze do swojego wygodnego łóżka - próbował jeszcze ostrzec Moody przed ewentualnym zawodem. Wprawdzie nie miał okazji rozmawiać z Lindą, ale ze swoich przelotnych obserwacji wywnioskował, że był to przypadek... pacjenta nieobecnego duchem.
Och, jakże głupio musiał wyglądać, gdy przysłuchiwał się ich rozmowie. Miałaś rację, mówiło jego rozbiegane spojrzenie, choć sam milczał, próbując sobie wszystko ułożyć. Nie znosił tego aspektu swojej pracy, tego przywdziewania togi i decydowania, gdzie leży granica pomiędzy prawdą, a delirycznymi wizjami. Wdech. Wydech. Na Merlina, był przecież czarodziejem. Przecież spotkał czarownicę, która wróciła z Limbo, przecież wznosił modlitwy do Matki; dlaczego więc uparcie chciał znaleźć logiczne wyjaśnienie dla każdej rzeczy? Dlaczego miotał się, próbując coś wytłumaczyć w naukowy sposób, podczas gdy odpowiedź krążyła w jego żyłach - magia. Rytuały. Anomalie. Isobell Macmillan nie musiała być jedyna.
— Ufam, że nie zamierzasz tego sprawdzać na własnej skórze, Millie — zwrócił się do niej poważnym, być może nieco patronizującym tonem. A potem przeniósł wymowne spojrzenie na Bertiego, a jego usta ułożyły się w nieme pilnuj jej. Na samym końcu zwrócił się do Lindy. — Pani... Panno Davies, będę musiał porozmawiać z pani lekarzem prowadzącym. Wygląda na to, że nie obejdzie się bez ingerencji Ministerstwa...
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory