Nie znała tej części historii Sauriela, o tym, gdzie się urodził i jak wyglądały pierwsze lata jego życia, ani właściwie dlaczego jego stosunki z ojcem są tak napięte. Rookwood nigdy się nawet słowem nie zająknął odnośnie tego, jaki kiedyś był i co go spotkało, ani że może mieć jakikolwiek sentyment do dzieci – to wszystko było mgłą dopiero gotową do poznania, o ile oczywiście Czarny Kot w ogóle będzie chciał, by ta część jego przeszłości wyszła poza jego głowę. To fakt, że był nieznośny, ale dał się też poznać od tej strony, gdzie był zupełnie inny, w końcu Victoria miała do niego zadziwiającą ilość cierpliwości i bardzo rzadko się irytowała jego zachowaniem. Można nawet powiedzieć, że w jej towarzystwie był wyjątkowo mało nieznośny…
Widziała te zapasy Sauriela z Luną i rzeczywiście mogło to wyglądać groźnie, tyle że Luna nie wydawała z siebie żadnych dźwięków świadczących o strachu czy bólu, a poza tym Lestrange wiedziała, że ludzi może i Sauriel nie szanować, ale te koty… Te koty sprawiły, że sam chętnie tu przychodził – czy wypocząć psychicznie, czy spędzić tu trochę czasu, widziała te zadowolone błyski w jego oczach i ile uwagi poświęcał mruczkom (no i zdjęcia jakie jej czasem wysyłał jak siedziała w pracy…), nie mogło być więc tutaj mowy o krzywdzie.
– Kocie – zaczęła, ubawiona. – Doskonale wiem co wyciągnąłeś z loterii na Lammas, nie myślałeś, żeby ten aparat nosić we wsiąkiewce? Po pierwsze nikt ci go nie zawinie, a po drugie nic mu się nie stanie – przecież to było takie oczywiste! A poza tym znowu mówił brzydko i bliska była poprawienia go na „stanie”, ale się powstrzymała. Liv ewidentnie nadstawiała uszu.
Kiwnęła głową i ruszyła się do barku, żeby wyciągnąć stamtąd szklankę do whisky i butelkę drogiego alkoholu (bo nie trzymała w domu żadnych tanich szczyn), nalała mu na dwa palce.
– Damy nie trzeba o to pytać, to widać – padła buńczuczna odpowiedź Olivii, nawet lekko podniosła głową i założyła dłonie na biodra w tym wyzywającym geście, a potem z dygnęła, jakby należy przy zapoznaniu z nową osobą i gracją usiadła na kanapie (gdy Luna z niej już zeskoczyła), i zamknęła książkę, którą sama jeszcze niedawno przeglądała, odkładając ją na stolik. Ciemnowłosa uśmiechnęła się do siebie pod nosem, słysząc tę odpowiedź.
W tym czasie Victoria położyła szklankę whisky dla Sauriela również na stoliku, przy jednym z foteli (tym, którego wcześniej nie zajmował Kwiatuszek i jego błękitne futro) i musiała się po drodze zatrzymać, by Luna i w nią nie wpadła, a kiedy uderzyła w szafkę i Sauriel się roześmiał, ta truchtem podbiegła do małej i wzięła ją na ręce.
– I co, za dużo bodźców, tak? Przylazł i już durniejesz, bo musisz mieć atencję wszystkich, hmm? – gadała do kici, która zaraz zaczęła mruczeć w jej ramionach. – Już go przeglądałam – zwróciła się do Sauriela, podchodząc z Luną na rękach, którą ciągle głaskała. – Pewnie cię ubawi rozdział o wampirach, ale poza tym to całkiem solidna podstawa na dobry początek – zwłaszcza niezłe były obrazki.
Livia zmrużyła oczy jeszcze raz.
– Jeszcze nie wiem, mam za mało informacji – odparła bez skrępowania, nadal gapiąc się bezczelnie na Sauriela. – Mama chyba ciągle myśli, że ze sobą nie gadacie – rzuciła jak gdyby nigdy nic.
– Może sobie myśleć co chce, nic jej do tego – odparła, siadając na kanapie obok siostry.
– Hmm… Okej – Livia kiwnęła głową po czym przyłożyła sobie do ust palce i pokręciła dłonią w uniwersalnym zamykania swojej buzi, a potem udała, że wyrzuca za siebie niewidzialny kluczyk. – Nic jej nie powiem.