04.01.2025, 00:59 ✶
Maeve siedziała w jednym z bocznych pomieszczeń Palarni, osnuta mgiełką zapachu opium i delikatnym dymem, który leniwie wirował wokół jej twarzy. Lubiła swój dom, choć nie było to najłaskawsze miejsce - było enklawą ciszy, zbyt mroczne i ciężkie, by przyciągać przypadkowych klientów, a jednocześnie wystarczająco odosobnione, by móc w nim zniknąć na chwilę. Z jej perspektywy to idealny spot na chwilę wytchnienia od chaosu świata, nawet jeśli to wytchnienie było złudne i przesycone czarnomagiczną aurą.
Siedziała nad niewielkim stolikiem, próbując naprawić porcelanową zastawę, którą wcześniej rozbił jeden z klientów w przypływie dziwnego szału. Cichy szum rozmów z innych pomieszczeń docierał do niej jak odległy pomruk, ledwie rejestrowany przez myśli. Zamknęła na chwilę oczy, pozwalając sobie na kilka sekund spokoju po tym, jak przez dłuższą chwilę nie była w stanie dopasować drobnego odłamka, gdy nagle drzwi uchyliły się lekko, a do środka wsunęła się znajoma twarz jednej z sióstr. Chciała podzielić się sensacją, bo co jak nie sensację wzbudzały w tym miejscu srebrzyste włosy?
Kilka minut później zeszła na dół, cichymi krokami przecinając zatłoczone pomieszczenie. W powietrzu unosił się znajomy zapach opium, alkoholu i potu, mieszanka zbyt ciężka, by była przyjemna, ale w jakiś sposób na swój sposób kojąca. Szybko go zauważyła, trudno byłoby go przeoczyć. Baldwin siedział na krześle z rozgrzebanymi włosami i miną zbitego psa, wyglądając jak postać, która przypadkiem teleportowała się z jakiegoś tragikomicznego spektaklu. Mokry od alkoholu, z herbatą, której najwyraźniej nie był w stanie przełknąć, wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy.
Przystanęła kilka kroków od niego, mierząc go chłodnym spojrzeniem. Jej dłonie luźno spoczywały na biodrach, a twarz, pozbawiona jakiegokolwiek uśmiechu, wyrażała coś pomiędzy zrezygnowaniem a wyczekiwaniem.
- A kto to przyszedł? - Zaczęła spokojnie, ale w jej głosie było coś ostrego, jak klinga noża ukryta w aksamitnym etui. - Syn marnotrawny, ten sam, który się ostatnio odgrażał, że jego noga tu w życiu nie postanie. Stęskniłeś się za moją matką? - Uśmiechnęła się kwaśno, utrzymując jednak cichy ton głosu. Nie chciała obwieszczać jego odwiedzin wszem i wobec.
Zrobiła kilka kroków bliżej, zatrzymując się przed nim. Jej spojrzenie zatrzymało się na jego twarzy, dokładnie analizując każdy detal - od przemoczonych włosów po podbite oko, które najwyraźniej nadal pulsowało bólem. Złapała go bez pardonu za podbródek i uniosła do góry, żeby obejrzeć śliwę pod jego okiem w lepszym świetle. Nic personalnego, po prostu w sali dla gości panował półmrok - głównie po to, żeby nie było tak łatwo zidentyfikować tutejszą klientelę.
- Podobno blondynom się nie podskakuje - rzuciła, puszczając go wreszcie. Palce miała przyjemnie ciepłe, ale jej głos był chłodny, niemal obojętny, jakby Baldwin był dla niej tylko kolejnym problemem, który trzeba szybko i skutecznie rozwiązać. Nie czekała na odpowiedź, przysiadając na krześle naprzeciwko niego, nie kryjąc lekkiego grymasu, gdy jej spojrzenie spoczęło na mokrej podłodze wokół jego stóp. Skrzyżowała nogi i oparła łokieć o podłokietnik krzesła, opierając brodę na dłoni. - A więc komu podskoczyłeś ty? - Zapytała, przechylając głowę z nieco znudzonym spojrzeniem.
Siedziała nad niewielkim stolikiem, próbując naprawić porcelanową zastawę, którą wcześniej rozbił jeden z klientów w przypływie dziwnego szału. Cichy szum rozmów z innych pomieszczeń docierał do niej jak odległy pomruk, ledwie rejestrowany przez myśli. Zamknęła na chwilę oczy, pozwalając sobie na kilka sekund spokoju po tym, jak przez dłuższą chwilę nie była w stanie dopasować drobnego odłamka, gdy nagle drzwi uchyliły się lekko, a do środka wsunęła się znajoma twarz jednej z sióstr. Chciała podzielić się sensacją, bo co jak nie sensację wzbudzały w tym miejscu srebrzyste włosy?
Kilka minut później zeszła na dół, cichymi krokami przecinając zatłoczone pomieszczenie. W powietrzu unosił się znajomy zapach opium, alkoholu i potu, mieszanka zbyt ciężka, by była przyjemna, ale w jakiś sposób na swój sposób kojąca. Szybko go zauważyła, trudno byłoby go przeoczyć. Baldwin siedział na krześle z rozgrzebanymi włosami i miną zbitego psa, wyglądając jak postać, która przypadkiem teleportowała się z jakiegoś tragikomicznego spektaklu. Mokry od alkoholu, z herbatą, której najwyraźniej nie był w stanie przełknąć, wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy.
Przystanęła kilka kroków od niego, mierząc go chłodnym spojrzeniem. Jej dłonie luźno spoczywały na biodrach, a twarz, pozbawiona jakiegokolwiek uśmiechu, wyrażała coś pomiędzy zrezygnowaniem a wyczekiwaniem.
- A kto to przyszedł? - Zaczęła spokojnie, ale w jej głosie było coś ostrego, jak klinga noża ukryta w aksamitnym etui. - Syn marnotrawny, ten sam, który się ostatnio odgrażał, że jego noga tu w życiu nie postanie. Stęskniłeś się za moją matką? - Uśmiechnęła się kwaśno, utrzymując jednak cichy ton głosu. Nie chciała obwieszczać jego odwiedzin wszem i wobec.
Zrobiła kilka kroków bliżej, zatrzymując się przed nim. Jej spojrzenie zatrzymało się na jego twarzy, dokładnie analizując każdy detal - od przemoczonych włosów po podbite oko, które najwyraźniej nadal pulsowało bólem. Złapała go bez pardonu za podbródek i uniosła do góry, żeby obejrzeć śliwę pod jego okiem w lepszym świetle. Nic personalnego, po prostu w sali dla gości panował półmrok - głównie po to, żeby nie było tak łatwo zidentyfikować tutejszą klientelę.
- Podobno blondynom się nie podskakuje - rzuciła, puszczając go wreszcie. Palce miała przyjemnie ciepłe, ale jej głos był chłodny, niemal obojętny, jakby Baldwin był dla niej tylko kolejnym problemem, który trzeba szybko i skutecznie rozwiązać. Nie czekała na odpowiedź, przysiadając na krześle naprzeciwko niego, nie kryjąc lekkiego grymasu, gdy jej spojrzenie spoczęło na mokrej podłodze wokół jego stóp. Skrzyżowała nogi i oparła łokieć o podłokietnik krzesła, opierając brodę na dłoni. - A więc komu podskoczyłeś ty? - Zapytała, przechylając głowę z nieco znudzonym spojrzeniem.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —