Znów to pokiwanie głową. Nie potrafił się skupić na sobie, na nim, na tym, że jest "my", że to wszystko nie jest migotliwym światełkiem świecy wystawionym na wiatr. Jesteś tu? Jestem ja? Jesteśmy my, kochanie, ale nawet "my" zapisane na kartce wyjątkowo mocnym tuszem niknie, kiedy kartkę wrzucisz do płomienia. Flynn był żywym ogniem. Działało to na niego rozwijająco i destrukcyjnie. Więc brał czasem śliczne wazony i ciskał nimi o kamień. Albo o drewno? Drewno było życiem - wyrastały zeń zielone liście, które potem Ogień mógł zgniatać w swoich palcach. Doprowadzał do wrzenia ich soki, jak wrzała krew, kiedy rozpalał swoimi ustami skórę na udach. Albo niszczył wszystko, na co ciężko pracowałeś, zaledwie w kilka godzin. W kilka chwil. Nie, w tym chaosie nie było "my", bo nie odnajdował nawet "ja". Było "muszę", był cały spis imion i powinności kroków, jakie powinny zostać wykonane przed oczami, na które opadały ociężałe powieki. I było też zimno. Tylko w miejscu, w którym dotykał go Płomień było ciepło. Na dłoni, na której bandaż, teraz brzydko szary, nie zasłaniał pięknej pamiątki po Caroline.
Mów mi o winach, a ja odwdzięczę się pocałunkiem.
Albo całuj mnie, a ja nauczę się na nowo oddychać.
Odetchnął i pozwolił, by to pióro wyślizgnęło się z palców. Dokąd? Dokądkolwiek. Plasnęło, piękne i ozdobne, o papier, powstał kleks, zrodził się fałszywy rys atramentu tam, gdzie powinna cieszyć oczy eleganckie pismo. Oparł się na krześle i oparł dłoń na ciepłym przedramieniu Flynna. Wszystko cuchnęło tym ogniem. W swędzący w nos sposób, ale miał go tak zawalonego dymem, że już tego nie czuł. Zamknął powieki razem z nim. Nie wyprowadziło ich to do lepszego świata, gdzie umykała odpowiedzialność i ból. Niepewność i niezgoda ustępowałaby tam miejsca możliwości rozmowy bez żadnych przeszkód. Veritaserum byłoby rzeką sunącą po lśniących kafelkach jak ozdobny wodospad w ogrodach wielkich rezydencji. Szlibyśmy gdzieś obok, nie bojąc się zdrady ani wypeplanych tajemnic. Z wiarą, nadzieją, napełnieni obsesyjną miłością pozwalającą zamknąć ten świat do tego wątku. Jednych realiów, w które sami chcielibyśmy wierzyć. Świat wyśniony - ideał, co skapnąłby z boskiego stołu.
Zamiast tego była tylko niepewność i gorycz. A może nie..? Jeszcze mogliśmy tu mówić o miłości. Takiej bez ale.
Znów pokiwał ugodowo głową. Twierdząco. Mógłby, chciałby, preferowałby. Na pewno? Zostawiałby sytuację znów do ostatniej chwili, by Flynn nie musiał ryzykować. Lecz może ryzykowałby mniej wiedząc o czymś wcześniej? Rozsypane ziarna fasoli prowadziły do jakiegoś rozwiązania - tylko jeszcze nie widział sam, dokąd zmierza ta droga. Gdzieś do niego - i może to mu wystarczyło. Jakikolwiek konsensus z prawdą zapodaną jak tani zestaw w barze - pochłaniasz ją, choć ci nie smakuje, tylko po to, aby dłużej przebywać z tą jedną osobą.
Rozchylił powieki - bezsilność miał przed sobą. Biurko z atramentem, co chlapnął na pergaminy i już przejaśniające się niebo. Bóg miał wiele poczucia humoru, sięgając już po pędzel poranka.
Humor miał też Flynn mówiąc o miłości z i bez 'ale'.
Kocham Cię wypowiadane na głos nakładało się na myśli lepiej by tu było beze mnie.
- Kocham cię. - Powtórzył, przymykając znów oczy. I tak trwając, w tej pozycji, opierając na nim głowę. Dopóki nie zniknął. Dopóki nie musiał znów spojrzeć na ten papier, wyrzucić pergamin z wierzchu i zająć się pisaniem następnych listów. Wszystkich? Nie. Niektóre sprawiły, że się zatrzymał, bo wymagały zastanowienia - a tego mu teraz brakowało. Ze zmęczenia wszystko mu się rozlewało, zlewało i wypaczało. Potrzebował snu. Potrzebował snu, kąpieli i jedzenia - i to dokładnie w tej kolejności według niego samego.
- Dziękuję. - Wymamrotał, odsuwając niezdarnym ruchem ręki papiery. Nieve i małej sówki nie było. Za to miejsce Nieve zajął feniks, który wyglądał, jakby spał. Okno było zamknięte. - Dokładnie miesiąc temu prawdopodobnie coś takiego planowali Śmierciożercy. Nie udało im się, bo byłem przygotowany. - Wtedy stąd wyciągnął go Leviathan, wobec którego chyba toczyło się śledztwo. Teraz wyciągnął go Kieran. - Teraz sądzę, że był to Dante. - Zamknął jedną z kopert i zostawił ją, podnosząc się od biurka. Poustawiał koperty tak, by już były gotowe do posłania. Dopiero wtedy wstał od stołu, żeby szukając podparcia dotrzeć do salonu. - Kod, Flynn. Zapamiętasz, prawda? - I podał mu go. Usiadł na kanapie i podyktował mu kod, cyfra po cyfrze, przypatrując się jego twarzy, żeby się upewnić, że zapamiętał. - Muszę się przespać. Jutro będzie tu dużo ludzi. Zastanów się dla mnie nad jedną rzeczą... czy sądzisz, że powinienem w gazetach ogłosić to jako atak Śmierciożerców? - A Flynn jeszcze miał pozwiedzać okolicę - dlatego dobrze, by kod miał. By... czuł się zaproszony do tego miejsca. Zawsze.