W głowie Reginy wreszcie kliknęło. Nazwisko czarodzieja, jego twarz i głos ułożyły się w jedną całość, kiedy to Enzo przekroczył próg. Już mniej więcej kojarzyła, że ma do czynienia z chłopaczkiem z Gryffindoru, którego wszędzie było pełno. Szkolna gazetka, mecze quidditcha, chór, przedstawienia i Merlin jeden wie, co jeszcze. Wszystko miało jeden wspólny mianownik i był nim właśnie Lorenzo Remington i jego szeroki uśmiech.
Nie kojarzyła, by kiedykolwiek uprzykrzał jej życie w czasach szkolnych, ale być może, gdzieś tam w odmętach pamięci miała to, jak śmiał się wraz z innymi z przytyków serwowanych przez jego kolegów lub innych uczniów. Czy skrywała jakąś zadrę w sercu? Nie, tam zdecydowanie starała się nie robić miejsca dla tych, którzy wyśmiewali ją w Hogwarcie. Natomiast do Enzo nie chowała żadnej urazy. W większości przeprosiła się ze swoją przeszłością, choć wygląd, a zwłaszcza wzrost był nadal drażliwym dla niej tematem. Między innymi przez to, czego doświadczyła w trakcie szkoły.
Odwzajemniła uśmiech mężczyzny, zamykając za nim drzwi. Głuche szczęknięcie zamka mogło wzbudzić u czarodzieja nieufność, jakby właśnie odcięła mu drogę ucieczki. Jednakże całkowicie temu przeczyły uśmiech oraz ciepłe spojrzenie, jakim go obdarzała.
— Dobrze, dziękuję, próbuję na nowo rozgościć się w Londynie. — odpowiedziała i skierowała wzrok na Cymbała. — Tak, to Cymbał, zupełnie niegroźny, chyba że dosięgną pana iskierki z jego ogona i tak, to właśnie jest problem mojej garderoby.
Krótkie skinienie i przeszła do niskiego stolika, jaki znajdował się na lewo od drzwi. Podniosła z niego czarną tabliczkę wielkości koperty, po czym znów spojrzała na Enzo i spytała:
— Coś do picia lub jedzenia?
W odpowiedzi ubiegł czarodzieja smoczognik, który przeciągle ni to skrzeknął, ni to zaświergotał, jakby składał zamówienie u swojej opiekunki. Regina zmarszczyła brwi i posłała mu karcące spojrzenie, mówiąc:
— Nawet o tym nie myśl, Booby, bo przysięgam, że zaraz wrócisz do klatki.
Ostrzeżenie mogło wydawać się ostre, ale rysy Reginy prędko zmiękły, a sam głos nie był taki groźny, co pupil zauważył. Mimo to przekrzywił łepek i tylko cicho prychnął, jakby dawał do zrozumienia, że tylko sobie żartował.
— Więc tak, przepraszam, wracając... Coś panu zamówić?
I ujęła w lewą dłoń kredę, gotowa napisać to, na co Remington miał ochotę. Był to prosty i szybki sposób na składanie zamówień, których treść po napisaniu na tabliczce ukazywała się na drugiej tabliczce przy barze na dole. Dzięki temu goście nie musieli chodzić w tę i z powrotem. Nieco gorsze rozwiązanie dla tych, którzy bazgrolili jak sowa pazurem...