04.01.2025, 02:38 ✶
- No, rzeczywiście. Po prostu wyśmienicie, ty bierzesz odpowiedzialność za swoje czyny a ja? Znowu przewal to na mnie i na moją ślepotę - sarknął na nią, traktując to dokładnie w taki sam sposób, w jaki ona potraktowała jego wcześniejsze słowa.
W końcu byli siebie warci, prawda? W tym wypadku trudno byłoby to przyjmować za komplement, ale na tych też się przecież nie znał. Przynajmniej, jeśli mowa o tych prawdziwych, bo wymuszone i wyrachowane opanował wręcz do perfekcji. Kiedy czegoś chciał, zazwyczaj był to w stanie osiągnąć. Zawsze się przy tym upierał, budując na tym przekonaniu niemalże całą swoją pewność siebie, całą personę. A teraz?
Nie mógł mieć jedynej osoby, z którą widział swoją przyszłość. Nie potrafił się od niej całkowicie odsunąć, jednocześnie nie będąc też w stanie przywrócić tego, co wydawało im się, że niegdyś mieli. Nie umiał zająć się problemami z Doliny Godryka wpływającymi bezpośrednio na jego rodzinę. Nie szło mu też w tym miejscu, w którym przez lata sądził, że na stałe zapuści swoje zawodowe korzenie, bo wypierały go układy i układziki, przy których nie miał zupełnie nic do powiedzenia.
W istocie mógł mieć wszystko. Tylko nie wszystko to, na czym mu naprawdę zależało. I był cholernie zmęczony staraniami o to, aby odzyskać kontrolę w tej materii. Nawet tym wszystkim, co się teraz między nimi działo. Tym pojebanym sojuszem, dystansem i ciężką atmosferą. Powstrzymywaniem się praktycznie aż do granic możliwości i pękaniem tylko po to, żeby później odzyskać przytomność umysłu, odsuwając się w ostatniej chwili. Raniąc zarówno Geraldine, jak i siebie samego.
Czego chyba nie rozumiała albo nie chciała zrozumieć. Patrzyła na niego w taki sposób, że ciężko mu było zachować spokój. Tym bardziej, że alkohol zdążył otumanić jego zmysły. Procenty buzowały mu w głowie, mieszały i wpływały na podejmowanie kolejnych durnych decyzji.
Jakimś cudem naprawdę uroił sobie, że to może wystarczyć, przynajmniej częściowo. Da jej jeden z największych bukietów kwiatów, jakie kiedykolwiek jej ofiarował. Jasno i ciemnoczerwonych goździków. Niczego innego, żadnych innych kolorów. Tylko te dwa odcienie, nic więcej, żadnych innych zbędnych dodatków.
Wręczyłby ich więcej. Jeśli mógłby to zrobić w tamtym momencie, gdy kupował te kwiaty, dałby jej po cholernym goździku za każdy dzień tego bagna, ale to nie wystarczyło nawet ku temu, aby mogli ze sobą porozmawiać. Nie sprawiło, że dała mu szansę cokolwiek powiedzieć, nawet jeśli od samego początku nie wiedział, co miałby jej mówić, skoro nie mógł powiedzieć prawdy.
Mimo to go uraziła. Nie miał wielkich oczekiwań. Nie sądził, że dzięki temu całkowicie się ze sobą pojednają, ale nawalony umysł podsunął mu myśl o choć odrobinę szans na pojednanie. Pierwszym drobnym kroku ku temu, by jeszcze mieć cokolwiek, prócz milczenia i dystansu.
Mógł się spodziewać, że rzuci w niego tym bukietem, nie chcąc go od niego przyjmować. Może depcząc kwiaty na schodach, wyrzucając je do kosza na śmieci. Cholera, nawet podpalając je na jego oczach, ale zamachnięcie się nimi na niego? Nie przewidział tego, że użyje ich do tego, żeby go nimi kurwa pobić. Nie odsunął się zatem na czas, teraz stojąc z nią twarzą w twarz, ściskając jej nadgarstek i tym samym broniąc się przed kolejnym atakiem.
Zamiast ją całować, zaciskając dłonie na jej ciele i powracając do tego, co całkowicie niepotrzebnie przerwali, bo teraz...
...teraz pragnąłby nie musieć znosić niczego innego niż jej dotyku na nagiej piersi. Spokojnego oddechu, ciszy wypełniającej pomieszczenie, drobnych kółeczek rysowanych na jego torsie, być może cichej rozmowy wywiązującej się między nimi po kilkunastu minutach błogiego milczenia. Bez wściekłości i bez dystansu. Bez prowokacji, patrzenia na siebie z góry. Nie chciał tego.
Odpuścił. Może nie dał jej tego wprost do zrozumienia, ale gdy zniknęło ryzyko kolejnego ataku, stłumił ciężkie westchnienie i puścił jej nadgarstek. Jak zawsze pozwolił Geraldine wejść przed nim do domu, choć tym razem nie otworzył przed nią drzwi. Zamiast tego po chwili sam sztywno wszedł do domu.
Nie pytał jej o dalsze plany. Nie obserwował poszukiwań idealnego wazonu na kwiaty. Prędzej spodziewał się tego, że rzeczywiście wylądują w koszu na śmieci albo na kompoście, toteż zamiast patrzeć na ten upokarzający, godny pożałowania widok zajął się herbatą i zakupami.
Nastawił wodę zanim Geraldine zaczęła kręcić mu się za plecami, po czym przeszedł do toreb, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co robi Yaxleyówna. Wyczuwał jej obecność, ale dopóki nie rozmawiali, dopóty sam nie zwrócił ku niej wzroku.
Nic więc dziwnego, że zaskoczyła go po raz kolejny. Tym razem jednak w bardziej...
...miły sposób?
Nie spodziewał się tego gestu, choć kiedyś nie było to nic nietypowego, więc nie poczuł podejrzliwości w stosunku do niczego, co powiedziała czy zrobiła. Mimo wszystko w dalszym ciągu jej ufał. Bardziej niż komukolwiek innemu. Nieważne, co by się między nimi działo, miała jego zaufanie.
A teraz również powolne kiwnięcie głową z aprobatą.
- Dzięki - mimo wszystko chyba nie miał nic więcej do dodania, posyłając dziewczynie pierwsze spojrzenie od kilku minut i odstawiając ostatnią rzecz na miejsce. - Wlejesz mi trochę whisky? - Niby mógł to sam zrobić, ale tym razem postanowił prosić ją o zajęcie się tym od a do z, samemu wreszcie siadając przy stole nad parującym kubkiem.
Nie potrzebował wiele. Herbata z prądem była wystarczająca, przyjemnie ogarniała wnętrze gardła i sprawiała, że nawet był w stanie poczuć się trochę lepiej. Samemu nie wiedząc, kiedy opróżnił prawie trzy czwarte kubka, przez ten cały czas wpatrując się w widok za oknem.
W końcu byli siebie warci, prawda? W tym wypadku trudno byłoby to przyjmować za komplement, ale na tych też się przecież nie znał. Przynajmniej, jeśli mowa o tych prawdziwych, bo wymuszone i wyrachowane opanował wręcz do perfekcji. Kiedy czegoś chciał, zazwyczaj był to w stanie osiągnąć. Zawsze się przy tym upierał, budując na tym przekonaniu niemalże całą swoją pewność siebie, całą personę. A teraz?
Nie mógł mieć jedynej osoby, z którą widział swoją przyszłość. Nie potrafił się od niej całkowicie odsunąć, jednocześnie nie będąc też w stanie przywrócić tego, co wydawało im się, że niegdyś mieli. Nie umiał zająć się problemami z Doliny Godryka wpływającymi bezpośrednio na jego rodzinę. Nie szło mu też w tym miejscu, w którym przez lata sądził, że na stałe zapuści swoje zawodowe korzenie, bo wypierały go układy i układziki, przy których nie miał zupełnie nic do powiedzenia.
W istocie mógł mieć wszystko. Tylko nie wszystko to, na czym mu naprawdę zależało. I był cholernie zmęczony staraniami o to, aby odzyskać kontrolę w tej materii. Nawet tym wszystkim, co się teraz między nimi działo. Tym pojebanym sojuszem, dystansem i ciężką atmosferą. Powstrzymywaniem się praktycznie aż do granic możliwości i pękaniem tylko po to, żeby później odzyskać przytomność umysłu, odsuwając się w ostatniej chwili. Raniąc zarówno Geraldine, jak i siebie samego.
Czego chyba nie rozumiała albo nie chciała zrozumieć. Patrzyła na niego w taki sposób, że ciężko mu było zachować spokój. Tym bardziej, że alkohol zdążył otumanić jego zmysły. Procenty buzowały mu w głowie, mieszały i wpływały na podejmowanie kolejnych durnych decyzji.
Jakimś cudem naprawdę uroił sobie, że to może wystarczyć, przynajmniej częściowo. Da jej jeden z największych bukietów kwiatów, jakie kiedykolwiek jej ofiarował. Jasno i ciemnoczerwonych goździków. Niczego innego, żadnych innych kolorów. Tylko te dwa odcienie, nic więcej, żadnych innych zbędnych dodatków.
Wręczyłby ich więcej. Jeśli mógłby to zrobić w tamtym momencie, gdy kupował te kwiaty, dałby jej po cholernym goździku za każdy dzień tego bagna, ale to nie wystarczyło nawet ku temu, aby mogli ze sobą porozmawiać. Nie sprawiło, że dała mu szansę cokolwiek powiedzieć, nawet jeśli od samego początku nie wiedział, co miałby jej mówić, skoro nie mógł powiedzieć prawdy.
Mimo to go uraziła. Nie miał wielkich oczekiwań. Nie sądził, że dzięki temu całkowicie się ze sobą pojednają, ale nawalony umysł podsunął mu myśl o choć odrobinę szans na pojednanie. Pierwszym drobnym kroku ku temu, by jeszcze mieć cokolwiek, prócz milczenia i dystansu.
Mógł się spodziewać, że rzuci w niego tym bukietem, nie chcąc go od niego przyjmować. Może depcząc kwiaty na schodach, wyrzucając je do kosza na śmieci. Cholera, nawet podpalając je na jego oczach, ale zamachnięcie się nimi na niego? Nie przewidział tego, że użyje ich do tego, żeby go nimi kurwa pobić. Nie odsunął się zatem na czas, teraz stojąc z nią twarzą w twarz, ściskając jej nadgarstek i tym samym broniąc się przed kolejnym atakiem.
Zamiast ją całować, zaciskając dłonie na jej ciele i powracając do tego, co całkowicie niepotrzebnie przerwali, bo teraz...
...teraz pragnąłby nie musieć znosić niczego innego niż jej dotyku na nagiej piersi. Spokojnego oddechu, ciszy wypełniającej pomieszczenie, drobnych kółeczek rysowanych na jego torsie, być może cichej rozmowy wywiązującej się między nimi po kilkunastu minutach błogiego milczenia. Bez wściekłości i bez dystansu. Bez prowokacji, patrzenia na siebie z góry. Nie chciał tego.
Odpuścił. Może nie dał jej tego wprost do zrozumienia, ale gdy zniknęło ryzyko kolejnego ataku, stłumił ciężkie westchnienie i puścił jej nadgarstek. Jak zawsze pozwolił Geraldine wejść przed nim do domu, choć tym razem nie otworzył przed nią drzwi. Zamiast tego po chwili sam sztywno wszedł do domu.
Nie pytał jej o dalsze plany. Nie obserwował poszukiwań idealnego wazonu na kwiaty. Prędzej spodziewał się tego, że rzeczywiście wylądują w koszu na śmieci albo na kompoście, toteż zamiast patrzeć na ten upokarzający, godny pożałowania widok zajął się herbatą i zakupami.
Nastawił wodę zanim Geraldine zaczęła kręcić mu się za plecami, po czym przeszedł do toreb, zupełnie nie zwracając uwagi na to, co robi Yaxleyówna. Wyczuwał jej obecność, ale dopóki nie rozmawiali, dopóty sam nie zwrócił ku niej wzroku.
Nic więc dziwnego, że zaskoczyła go po raz kolejny. Tym razem jednak w bardziej...
...miły sposób?
Nie spodziewał się tego gestu, choć kiedyś nie było to nic nietypowego, więc nie poczuł podejrzliwości w stosunku do niczego, co powiedziała czy zrobiła. Mimo wszystko w dalszym ciągu jej ufał. Bardziej niż komukolwiek innemu. Nieważne, co by się między nimi działo, miała jego zaufanie.
A teraz również powolne kiwnięcie głową z aprobatą.
- Dzięki - mimo wszystko chyba nie miał nic więcej do dodania, posyłając dziewczynie pierwsze spojrzenie od kilku minut i odstawiając ostatnią rzecz na miejsce. - Wlejesz mi trochę whisky? - Niby mógł to sam zrobić, ale tym razem postanowił prosić ją o zajęcie się tym od a do z, samemu wreszcie siadając przy stole nad parującym kubkiem.
Nie potrzebował wiele. Herbata z prądem była wystarczająca, przyjemnie ogarniała wnętrze gardła i sprawiała, że nawet był w stanie poczuć się trochę lepiej. Samemu nie wiedząc, kiedy opróżnił prawie trzy czwarte kubka, przez ten cały czas wpatrując się w widok za oknem.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down