04.01.2025, 12:16 ✶
Według Crowa ta kolejność była odwrotna, dlatego odsunięte papiery zrobiły miejsce sałatce z burakiem, serem, zielskiem którego nie potrafił zidentyfikować i słonecznikiem. I tak szczerze, to kiedy Levi mu to dawał, Edge pomyślał, że gdyby miał to zjeść, to wyjadłby z niej co najwyżej słonecznik. I naprawdę - modlił się o to, że nie zaliczył tutaj skuchy - bo gdyby mu teraz powiedziano o kolejności jaką wymyślił sobie Laurent, to zaśmiałby się gorzko. Wcale by nie zasnął i nie odpoczął, bo czuł się brudny. Ktoś by go obudził natrętnym pukaniem do drzwi, a on by wstał i zaczął załatwiać jakieś rzeczy zapominając o tym, że miał coś zjeść. Nie musiał żyć z nim długo żeby przewidywać takie scenariusze.
- Smacznego - powiedział, dostawiając do tego kubek z naparem z ziół. Wszystko to ugotowane przez kucharza, który na widok żywego Crowa poczuł olbrzymią ulgę i ta ulga, radość wymieszana ze spokojem, napięcie uciekające z mięśni, to wszystko było w tym zawarte.
Pocałował go w skroń. Wystarczyło kilka minut poza New Forest żeby zapach spalenizny irytował nawet jego, ale nie dał tego po sobie poznać. Już miał stąd wyjść żeby przygotować mu na siłę resztę rzeczy, ale Laurent mówił. To dobrze, że mówił. Paplanina z jego strony kojarzyła się Crowowi ze zdrowiem.
- Masz na myśli wymierzenie ci ciosu z liścia czy konkretnie podpalenie stajni? - Uniósł w górę jedną z brwi. - Polityka - bo to nie było niczym innym - to nie jest moja mocna strona, ale Laurent... Mówisz o Śmierciożercach i o Dante jak o odrębnych bytach, ale wszystko co o nim pamiętam mówi, że codziennie podaje sobie z nimi rękę. Gdybyś tam został, to bzykaliby cię codziennie ludzie idący później mordować przypadkowych mugoli niemających nawet strzelby żeby się obronić. - Bo Śmierciożercy to przecież byli wspaniali, luksusowi klienci. Okej, nie znał nikogo kto biegał po Londynie z tą obciachową maską na mordzie, ale posiadał sprawnie pracujący mózg. Przyklejając na drzwi Ministerstwa takie postulaty jak Lord Voldemort koleś nie musiał mówić wiele - wszyscy wiedzieli, że nawet jeżeli nie jest z jednego z tych popierdolonych rodów, to te popierdolone rody go opłacają. I jeżeli nie chodzą do Rose Noire sami, to dają kasę na dziwki swoim wynajętym żołnierzykom. Wyrażał się o nich pogardliwie i nie bał się tego. - Co da ci ogłoszenie, że zrobili to oni?
Z tego wszystkiego ten cholerny kod jakoś nie potrafił zapaść mu w pamięć, więc powtórzył go głośno stawiając na końcu znak zapytania w postaci zmęczonych oczu i pochylenia się nad nim, z nadzieją, że to się jakkolwiek udało.
- Skoro jutro będzie tu dużo ludzi, a ja dostałem jakieś zadanie - a tym samym nikt nie kazał mu stąd wypierdalać - kim jestem? - Pytał o to jak ma się właściwie przedstawić, co ma niby zrobić z jakimś sugestywnym spojrzeniem łysego typa, który jak na złość musiał nazywać się jak jego najbliższy brat. A może jednak miał sobie stąd iść? Nie obraziłby się o to i wcale nie budował wrażenia, jakby jakakolwiek odpowiedź miała go urazić. Ze wszystkich partnerów jakich posiadał w życiu, przyznawały się do niego chyba tylko Fontaine i Avelina.
A później? Później zamierzał pokierować go do łazienki. Przynieść mu coś czystego do ubrania na na noc, żeby nie przywitał ewentualnego gościa z gołym tyłkiem. Przygotować mu obok łóżka cokolwiek w miarę poważnego co mógłby założyć, nawet jeżeli zamierzał przejść obok, zignorować to i wybrać coś sam. Ale teraz stał tu i czekał na odpowiedź.
- Smacznego - powiedział, dostawiając do tego kubek z naparem z ziół. Wszystko to ugotowane przez kucharza, który na widok żywego Crowa poczuł olbrzymią ulgę i ta ulga, radość wymieszana ze spokojem, napięcie uciekające z mięśni, to wszystko było w tym zawarte.
Pocałował go w skroń. Wystarczyło kilka minut poza New Forest żeby zapach spalenizny irytował nawet jego, ale nie dał tego po sobie poznać. Już miał stąd wyjść żeby przygotować mu na siłę resztę rzeczy, ale Laurent mówił. To dobrze, że mówił. Paplanina z jego strony kojarzyła się Crowowi ze zdrowiem.
- Masz na myśli wymierzenie ci ciosu z liścia czy konkretnie podpalenie stajni? - Uniósł w górę jedną z brwi. - Polityka - bo to nie było niczym innym - to nie jest moja mocna strona, ale Laurent... Mówisz o Śmierciożercach i o Dante jak o odrębnych bytach, ale wszystko co o nim pamiętam mówi, że codziennie podaje sobie z nimi rękę. Gdybyś tam został, to bzykaliby cię codziennie ludzie idący później mordować przypadkowych mugoli niemających nawet strzelby żeby się obronić. - Bo Śmierciożercy to przecież byli wspaniali, luksusowi klienci. Okej, nie znał nikogo kto biegał po Londynie z tą obciachową maską na mordzie, ale posiadał sprawnie pracujący mózg. Przyklejając na drzwi Ministerstwa takie postulaty jak Lord Voldemort koleś nie musiał mówić wiele - wszyscy wiedzieli, że nawet jeżeli nie jest z jednego z tych popierdolonych rodów, to te popierdolone rody go opłacają. I jeżeli nie chodzą do Rose Noire sami, to dają kasę na dziwki swoim wynajętym żołnierzykom. Wyrażał się o nich pogardliwie i nie bał się tego. - Co da ci ogłoszenie, że zrobili to oni?
Z tego wszystkiego ten cholerny kod jakoś nie potrafił zapaść mu w pamięć, więc powtórzył go głośno stawiając na końcu znak zapytania w postaci zmęczonych oczu i pochylenia się nad nim, z nadzieją, że to się jakkolwiek udało.
Rzut TakNie 1d2 - 1
Tak
Tak
- Skoro jutro będzie tu dużo ludzi, a ja dostałem jakieś zadanie - a tym samym nikt nie kazał mu stąd wypierdalać - kim jestem? - Pytał o to jak ma się właściwie przedstawić, co ma niby zrobić z jakimś sugestywnym spojrzeniem łysego typa, który jak na złość musiał nazywać się jak jego najbliższy brat. A może jednak miał sobie stąd iść? Nie obraziłby się o to i wcale nie budował wrażenia, jakby jakakolwiek odpowiedź miała go urazić. Ze wszystkich partnerów jakich posiadał w życiu, przyznawały się do niego chyba tylko Fontaine i Avelina.
A później? Później zamierzał pokierować go do łazienki. Przynieść mu coś czystego do ubrania na na noc, żeby nie przywitał ewentualnego gościa z gołym tyłkiem. Przygotować mu obok łóżka cokolwiek w miarę poważnego co mógłby założyć, nawet jeżeli zamierzał przejść obok, zignorować to i wybrać coś sam. Ale teraz stał tu i czekał na odpowiedź.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.