04.01.2025, 13:05 ✶
– Nie jestem pewien, czy atmosfera jest odpowiednia na piknik – stwierdził Cathal, spoglądając na McGonagall, na chwilę przed tym jak znikł. Niby minę miał poważną, usta nie wygięły się w uśmiechu, ale jeden ich kącik jakby drgał lekko, a drobne zmarszczki w kącikach oczu stały się wyraźniejsze: jak gdyby ten uśmiech czaił się na jego twarzy, ledwo powstrzymywany. – W pobliżu nie ma żadnych starych szczątek ani grobów. Musielibyśmy wrócić na cmentarz.
A potem znikł.
Shafiq nie był człowiekiem, który lubił czekać.
*
Gdy Thomas się teleportował, Cathal kucał, przypatrując się tym, co zostało po ścianach domu. Figg nie był historykiem magii, Shafiq i Ginny już tak – oboje po rozejrzeniu się mogli ocenić, że chociaż to miejsce nie było aż tak stare, jak te które badali zazwyczaj, to budynek powstał – i zapewne uległ zniszczeniu – wiele wieków temu. Mogło to nastąpić sto czy dwieście lat po zagładzie wioski: musieliby przeprowadzić dokładniejsze analizy, aby zyskać pewność.
– Patrz – mruknął Cathal, wskazując na niemal zatarte już znaki, wyryte w kamieniu. Przypominały runy, chociaż nieco zmodyfikowane względem tych, których używali zwykle czarodzieje: i dla Cathala był to tylko dowód, że faktycznie mogli natknąć się na jakieś ślady Blackwoodów. W wiosce, która tak długo była odcięta od reszty świata czarodziejów, magia rozwinęła się nieco inaczej: czasem znaki, jakie widywał badając budynki w Walii, różniły się od tych, które poznał z kart szkolnych podręczników.
Tych konkretnych nie dało się odczytać ani nawet powiedzieć, jakie było ich przeznaczenie. Straciły moc dawno temu, były częściowo uszkodzone, ale mieli pewność, że mieszkał tutaj kiedyś jakichś czarodziej. Thomas nie dostrzegał i żadnych pułapek, jeśli kiedyś tu były, to prawdopodobnie czas je unicestwił.
Ginewra dołączyła do nich chwilę później: jezioro nie było bardzo wiele, a chociaż przedarcie się wzdłuż jego brzegów byłoby trudne dla człowieka i nawet kot tu i ówdzie musiał pokombinować, szukając najlepszej drogi, to zwinna i szybka w swojej zwierzęcej postaci mogła pokonać całą drogę w nie więcej niż kilka minut.
– Żadnych podejrzanych żab – rzucił Cathal, tym razem uśmiechając się do niej lekko, zanim znowu zwrócił spojrzenie na pozostałości po budynku. Nie był z pewnością tak wielki jak Dwór Cape, ani ruiny innych posiadłości, rozsianych w pobliżu Hogsmeade – i czasem kryjących takie rzeczy, jak połykające ludzi żaby. Przypominał raczej resztki po dość dużym, kamiennym domu, sądząc po ilości rozsianych w pobliżu kamieni, obrosłych przez rośliny, pewnie kiedyś dość wysokim – ale teraz z murów niedużo pozostało, a dach nie istniał. – Prawdopodobnie miałaś rację. Mieszkał tutaj ktoś z wioski. Są tu podobne runy do tych, których tam używali.
A potem znikł.
Shafiq nie był człowiekiem, który lubił czekać.
*
Gdy Thomas się teleportował, Cathal kucał, przypatrując się tym, co zostało po ścianach domu. Figg nie był historykiem magii, Shafiq i Ginny już tak – oboje po rozejrzeniu się mogli ocenić, że chociaż to miejsce nie było aż tak stare, jak te które badali zazwyczaj, to budynek powstał – i zapewne uległ zniszczeniu – wiele wieków temu. Mogło to nastąpić sto czy dwieście lat po zagładzie wioski: musieliby przeprowadzić dokładniejsze analizy, aby zyskać pewność.
– Patrz – mruknął Cathal, wskazując na niemal zatarte już znaki, wyryte w kamieniu. Przypominały runy, chociaż nieco zmodyfikowane względem tych, których używali zwykle czarodzieje: i dla Cathala był to tylko dowód, że faktycznie mogli natknąć się na jakieś ślady Blackwoodów. W wiosce, która tak długo była odcięta od reszty świata czarodziejów, magia rozwinęła się nieco inaczej: czasem znaki, jakie widywał badając budynki w Walii, różniły się od tych, które poznał z kart szkolnych podręczników.
Tych konkretnych nie dało się odczytać ani nawet powiedzieć, jakie było ich przeznaczenie. Straciły moc dawno temu, były częściowo uszkodzone, ale mieli pewność, że mieszkał tutaj kiedyś jakichś czarodziej. Thomas nie dostrzegał i żadnych pułapek, jeśli kiedyś tu były, to prawdopodobnie czas je unicestwił.
Ginewra dołączyła do nich chwilę później: jezioro nie było bardzo wiele, a chociaż przedarcie się wzdłuż jego brzegów byłoby trudne dla człowieka i nawet kot tu i ówdzie musiał pokombinować, szukając najlepszej drogi, to zwinna i szybka w swojej zwierzęcej postaci mogła pokonać całą drogę w nie więcej niż kilka minut.
– Żadnych podejrzanych żab – rzucił Cathal, tym razem uśmiechając się do niej lekko, zanim znowu zwrócił spojrzenie na pozostałości po budynku. Nie był z pewnością tak wielki jak Dwór Cape, ani ruiny innych posiadłości, rozsianych w pobliżu Hogsmeade – i czasem kryjących takie rzeczy, jak połykające ludzi żaby. Przypominał raczej resztki po dość dużym, kamiennym domu, sądząc po ilości rozsianych w pobliżu kamieni, obrosłych przez rośliny, pewnie kiedyś dość wysokim – ale teraz z murów niedużo pozostało, a dach nie istniał. – Prawdopodobnie miałaś rację. Mieszkał tutaj ktoś z wioski. Są tu podobne runy do tych, których tam używali.