Wiosna była trudna, lato jeszcze trudniejsze, a przynajmniej dla niej, ale dla Sauriela było chyba równie pokręcone. Oboje musieli sobie dużo pokładać, coś uświadomić, z czegoś zrezygnować, a w innych miejscach starać się bardziej. Tych starań, jak szans, nie brakowało, prawda? Ona mu je dawała, bo wiedziała, że ich potrzebował i że na nie zasługiwał, chciała, by je miał, jakiekolwiek, by wiedział, że nie jest „sam w tym smutnym jak pizda świecie”, jak to sam mówił – dla każdego była jakaś nadzieja. Dla niego też.
– Mhm, widzę – jakie to typowe, nie? Facet zapomina, aż mu baba przypomni gdzie coś schował, że coś ma, co może założyć i tak dalej. Wsiąkiewka była zajebiście przydatna, nie dość, że tylko właściciel mógł do niej wsadzić rękę, to jeszcze można tam było pomieścić cały plecak i nawet jeśli upadła, to nic się tym rzeczom nie działo. Uśmiechnęła się ostatecznie i puściła do niego oko.
– To czemu mam ufać? – zapytała wyzywająco. – Oczywiście, że uczyni – Liv miała ewidentnie swoje zdanie w tym temacie, jak mogła mieć inne, skoro miała dopiero dwanaście lat i była wychowywana mocną ręką przez Isabellę Lestrange? Kolejna perfekcyjna córka… albo i nie, skoro Victoria miała cokolwiek do powiedzenia. – Tacy są właśnie dżentelmeni, dobrze ubrani i odpowiednio się zachowujący – kontynuowała niezrażona. – Przepuszczają damy w drzwiach, odsuwają dla nich krzesła, nalewają wino i proszą do tańca.
Victoria miała naprawdę twardy orzech do zgryzienia, próbując nie roześmiać się w głos – absolutnie rozbawiona tą rozmową i po części rozczulona idealizmem młodszej siostry, która co najwyżej była na jakimś weselu w rodzinie, jak była młodsza, i raczej niewiele z tego pamiętała.
– Przystojniak, nie? – zapytała, widząc, że Sauriel już znalazł odpowiednią stronę i teraz wpatrywał się w rycinę łysolca ze zbyt długimi zębami, mającego przypominać wampira. Nie uszło jej uwadze, że się ugryzł w język i jednak się poprawił. Spróbowała ukryć uśmieszek, spuszczając głowę i dając uwagę małej kici, ciągle trzymanej na rękach. – I co, uspokoiłaś się już? – w odpowiedzi padło ciche „prrruuu” i Victoria ostrożnie opuściła Lunę na własne kolana, gdzie ta zaraz przybrała pozycję małego chlebka i mruczała zadowolona.
Tym razem to Olivia wydała z siebie zduszony odgłos: roześmiała się i parsknęła, po czym zakryła sobie usta dłonią, kiedy okazało się, że to poszło na głos. Oczywiście wszystko przez komentarz o Isabelli, jaki wyrwał się z ust Sauriela. Spojrzała kątem oka na Victorię, ale ta zdawała się nie zwracać na to uwagi. Znaczy – zwróciła, ale nie zamierzała młodej za to strofować, o nie.
– Na pewno nie Hufflepuff – zawyrokowała za to.