04.01.2025, 17:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.01.2025, 18:48 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Powinien zaoponować, ale zamiast machnąć na to ręką, wzruszyć ramionami i powiedzieć coś, co już przecież wielokrotnie słyszała, bezwiednie rozchylił wargi, nabierając głęboki wdech i ponownie zabierając głos.
- Tak, to jest ta jedna rzecz, którą chyba rzeczywiście musimy zrobić - przyznał po chwili, zadziwiająco bez oporów przed wypowiedzeniem tych słów na głos, choć tak naprawdę czy w rzeczywistości opuściły jego usta?
Nie zwrócił na to uwagi. Tak jak nie odniósł się do śmierdzących fajek Geraldine ani do tego, co zazwyczaj mówił w podobnej sytuacji. Nie zaoferował jej swoich papierosów tak samo jak nie zaczął zapętlać się na upartym powtarzaniu, że ich rozmowa nie ma sensu.
W istocie naprawdę czuł się zawieszony w jakiejś dziwnej próżni, bo to chyba nawet nie była pustka. Jeszcze nie. Wrażenie pustki dopiero miało nadejść. Zapewne już za kilka chwil wraz ze świadomością, że nic, co powiedzą nie będzie w stanie zmienić czegokolwiek w ich życiu, bo ich życie przestało istnieć lata temu.
A jednak w pewnym sensie chyba w dalszym ciągu obowiązywała ich choćby mała cząstka tamtych reguł i prawd. Zbyt długo tłumione słowa miały tendencję do wypływania w najmniej oczekiwanym momencie pod postacią niszczycielskiej fali porywającej ze sobą wszystko, bez wyjątku. Sekrety zamiatane pod dywan w końcu piętrzyły się tak bardzo, że musiały wyleźć na powierzchnię.
To był jeden z takich momentów? Może zbyt wiele wypił, nie do końca ogarniając rzeczywistość? Wydawało mu się, jakkolwiek by to nie brzmiało, że znał swoje limity i w barze w wiosce miarkował się na tyle, aby ich nie przekroczyć. Może liznąć granicę jak brzeg posolonej cytryny, ale nie zrobić niczego, co sprawiłoby, że ledwo wróci do domu (ich dom) i od razu padnie na podłogę.
Chciał trzymać się na nogach, przekazując kwiaty. Unikać prowadzenia zbyt głębokich rozmów, jednak w jakiś sposób ją przeprosić. Nie ugłaskać, bo to raczej nie było możliwe, ale odzyskać choćby trochę spokoju między nimi. Bez konieczności mówienia, bo rozmowa...
- Obawiam się, że jeśli to zrobimy, to ty zaczniesz mnie unikać. A tego bym nie zniósł. Świadomości, że gardzisz mną z głębszych pobudek niż złamane serce. Może nie chciałaś tego mówić, ale to wszystko było racją, ty ją miałaś. Nie nadaję się dla ciebie - nie chciał być jej najczarniejszym charakterem, nawet jeśli bez wątpienia prędzej czy później musiał z powrotem znaleźć się na tej liście.
I to chyba była jedna z tych myśli, która jeszcze bardziej nie dawała mu odpocząć. Wraz z tym wszystkim, co działo się dookoła nich a czego nie mógł już pomijać tak jak to kiedyś robili. Nie przy świadomości, że to już nie jest ich wiecznie bezpieczne miejsce, spokojna przystań i ostoja, do której wrócą kiedykolwiek po tym, gdy stąd wyjdą. Mieli się rozstać.
- Nie wiem, dlaczego tutaj zostaliśmy, ale na pewno nie po to, żeby odpocząć. Tak samo jak nie po to, żeby coś tu naprawiać, bo kilka dni nie wystarczy, by doprowadzić ten dom do porządku - stwierdził, wykrzywiając wargi w grymasie ani trochę nie przypominającym uśmiechu, na który nie było go obecnie stać.
Wszelkie zasoby, o jakich mógłby pomyśleć. Starania i lata zaangażowania. Środki pieniężne. Kontakty i status społeczny. Renoma. Pewność siebie. Momentami wręcz ślepa dedykacja zamiarom, planom, wizjom na przyszłość. Wszystko po to, by znaleźć się tu i teraz. W tym momencie, czując, że nie ma się tak naprawdę niczego.
- Chyba po prostu chciałem się znowu poczuć jak ja - w dalszym ciągu nie spoglądał na Rinę, licząc na to, że nie spyta go, co kryło się pod tym pojęciem, bo sam nie do końca wiedział - ale to nie działa. Nie w tym dystansie, nie na zasadzie sojuszu, który jest... ...żenujący. Gorszy niż przyjaźń, bo jako przyjaciele mieliśmy jeszcze jakieś szanse - zakończył z nutą goryczy wyczuwalną w tym ze wszech miar opanowanym, cichym, ale nie zdystansowanym czy chłodnym tonie.
Przeciwnie - jeśli można było coś o nim teraz powiedzieć, z pewnością nie było to nic związanego z ich sojuszem. Mówił raczej jak ktoś nie do końca świadomy wydźwięku wypowiadanych słów. Niczym lunatyk przyłapany na nocnych ruchach, który zamiast się wybudzić, snuł coraz dłuższe dysputy.
- Tak, to jest ta jedna rzecz, którą chyba rzeczywiście musimy zrobić - przyznał po chwili, zadziwiająco bez oporów przed wypowiedzeniem tych słów na głos, choć tak naprawdę czy w rzeczywistości opuściły jego usta?
Nie zwrócił na to uwagi. Tak jak nie odniósł się do śmierdzących fajek Geraldine ani do tego, co zazwyczaj mówił w podobnej sytuacji. Nie zaoferował jej swoich papierosów tak samo jak nie zaczął zapętlać się na upartym powtarzaniu, że ich rozmowa nie ma sensu.
W istocie naprawdę czuł się zawieszony w jakiejś dziwnej próżni, bo to chyba nawet nie była pustka. Jeszcze nie. Wrażenie pustki dopiero miało nadejść. Zapewne już za kilka chwil wraz ze świadomością, że nic, co powiedzą nie będzie w stanie zmienić czegokolwiek w ich życiu, bo ich życie przestało istnieć lata temu.
A jednak w pewnym sensie chyba w dalszym ciągu obowiązywała ich choćby mała cząstka tamtych reguł i prawd. Zbyt długo tłumione słowa miały tendencję do wypływania w najmniej oczekiwanym momencie pod postacią niszczycielskiej fali porywającej ze sobą wszystko, bez wyjątku. Sekrety zamiatane pod dywan w końcu piętrzyły się tak bardzo, że musiały wyleźć na powierzchnię.
To był jeden z takich momentów? Może zbyt wiele wypił, nie do końca ogarniając rzeczywistość? Wydawało mu się, jakkolwiek by to nie brzmiało, że znał swoje limity i w barze w wiosce miarkował się na tyle, aby ich nie przekroczyć. Może liznąć granicę jak brzeg posolonej cytryny, ale nie zrobić niczego, co sprawiłoby, że ledwo wróci do domu (ich dom) i od razu padnie na podłogę.
Chciał trzymać się na nogach, przekazując kwiaty. Unikać prowadzenia zbyt głębokich rozmów, jednak w jakiś sposób ją przeprosić. Nie ugłaskać, bo to raczej nie było możliwe, ale odzyskać choćby trochę spokoju między nimi. Bez konieczności mówienia, bo rozmowa...
- Obawiam się, że jeśli to zrobimy, to ty zaczniesz mnie unikać. A tego bym nie zniósł. Świadomości, że gardzisz mną z głębszych pobudek niż złamane serce. Może nie chciałaś tego mówić, ale to wszystko było racją, ty ją miałaś. Nie nadaję się dla ciebie - nie chciał być jej najczarniejszym charakterem, nawet jeśli bez wątpienia prędzej czy później musiał z powrotem znaleźć się na tej liście.
I to chyba była jedna z tych myśli, która jeszcze bardziej nie dawała mu odpocząć. Wraz z tym wszystkim, co działo się dookoła nich a czego nie mógł już pomijać tak jak to kiedyś robili. Nie przy świadomości, że to już nie jest ich wiecznie bezpieczne miejsce, spokojna przystań i ostoja, do której wrócą kiedykolwiek po tym, gdy stąd wyjdą. Mieli się rozstać.
- Nie wiem, dlaczego tutaj zostaliśmy, ale na pewno nie po to, żeby odpocząć. Tak samo jak nie po to, żeby coś tu naprawiać, bo kilka dni nie wystarczy, by doprowadzić ten dom do porządku - stwierdził, wykrzywiając wargi w grymasie ani trochę nie przypominającym uśmiechu, na który nie było go obecnie stać.
Wszelkie zasoby, o jakich mógłby pomyśleć. Starania i lata zaangażowania. Środki pieniężne. Kontakty i status społeczny. Renoma. Pewność siebie. Momentami wręcz ślepa dedykacja zamiarom, planom, wizjom na przyszłość. Wszystko po to, by znaleźć się tu i teraz. W tym momencie, czując, że nie ma się tak naprawdę niczego.
- Chyba po prostu chciałem się znowu poczuć jak ja - w dalszym ciągu nie spoglądał na Rinę, licząc na to, że nie spyta go, co kryło się pod tym pojęciem, bo sam nie do końca wiedział - ale to nie działa. Nie w tym dystansie, nie na zasadzie sojuszu, który jest... ...żenujący. Gorszy niż przyjaźń, bo jako przyjaciele mieliśmy jeszcze jakieś szanse - zakończył z nutą goryczy wyczuwalną w tym ze wszech miar opanowanym, cichym, ale nie zdystansowanym czy chłodnym tonie.
Przeciwnie - jeśli można było coś o nim teraz powiedzieć, z pewnością nie było to nic związanego z ich sojuszem. Mówił raczej jak ktoś nie do końca świadomy wydźwięku wypowiadanych słów. Niczym lunatyk przyłapany na nocnych ruchach, który zamiast się wybudzić, snuł coraz dłuższe dysputy.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down