04.01.2025, 18:42 ✶
To ja zrobiłem jemu... Rodolphus uniósł kącik ust, gdy usłyszał, że nie musiał się o niego martwić. Nie zjechał spojrzeniem w dół, by dostrzec zaczerwienione knykcie, bo wciąż studiował spojrzenie Charlesa. Nie okłamałby go, ale odruchowo chciał sprawdzić, czy wyczyta coś z jego twarzy.
- Oczywiście, że potrafisz, nigdy w to nie wątpiłem - powiedział w końcu, robiąc krok w przód, by zmniejszyć dystans. Pochylił głowę, by złożyć na czubku jego głowy pocałunek, a później objąć go w talii ramionami. - Co nie zmienia faktu, że się niepokoję, gdy może ci się stać krzywda.
Nie lubił, gdy ktoś psuł to, co jego. A zdecydowanie uznawał Mulcibera za swojego. Kimkolwiek ten znajomy był, to gdyby nawet wyrwał jeden jedyny włosek z jego głowy, straciłby rękę.
- Nie chciałbym obarczać cię dodatkowymi kosztami - czy w zasadzie jakimikolwiek kosztami. Nie tylko dlatego, że formalnie mieszkanie wciąż było jego: lecz też dlatego, że i tak powinien był je zabezpieczyć, zanim się nie wyprowadził. Nie pomyślał wtedy o tym, po prostu nałożył nietrwałe zaklęcia i tyle. Może jednak czas było pomyśleć o czymś bardziej trwałym i skutecznym?
Słysząc tę kiepską wymówkę Rodolphus pokręcił głową. Alkohol nie uspokajał, tak samo jak papierosy, lecz nie zamierzał mu prawić morałów. W końcu był u siebie, oddał mu to lokum na nieokreślony czas, starał się nie nadużywać jakichkolwiek swoich przewag w stosunku do Mulcibera. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie zareagował na alkohol, który niszczył umysł. Paskudna, ogólnodostępna używka, która trwale wyżerała dziury w mózgu, sprawiała że człowiek się upadlał i zachowywał inaczej niż zwykle.
- Pokłóciłeś się z siostrą i stanął w jej obronie? - zapytał, odsuwając się nieco. Sam miał brata, wiedział jak to było między rodzeństwem. - Jeśli tak, to pewnie chciał po prostu wyprowadzić cię z równowagi. Lub nasłała go twoja siostra. Rodzeństwo potrafi być... Cóż, sam dobrze wiesz jak jest, masz brata i siostrę.
Dodał nieco uspokajającym tonem. Nie planował stać przy stole przez cały wieczór, a skoro już upewnił się, że z paczką było wszystko w porządku, a Charlesowi nic nie groziło, nie zaszkodzi żeby został na chwilę. Ciekawiło go, czym Mulciber mógł sobie nagrabić u siostrzyczki. Usiadł na kanapie, opierając łokieć wygodnie na podłokietniku.
- Ale jeśli chcesz rady, to nie denerwuj kobiet. Obojętnie czy są z rodziny, czy nie. Mężczyźni zwykli ich nie doceniać, ale potrafią być bardzo brutalne i skuteczne w swoich działaniach - on o tym doskonale wiedział. Victoria, Bellatrix, Agatha, jego własna matka... Czy taka Chang, którą mieli okazję spotkać. Ale zdecydowanie najgorszym sortem były baby, które ukrywały swoją prawdziwą naturę pod płaszczykiem bycia słodką, niewinną istotką.
- Oczywiście, że potrafisz, nigdy w to nie wątpiłem - powiedział w końcu, robiąc krok w przód, by zmniejszyć dystans. Pochylił głowę, by złożyć na czubku jego głowy pocałunek, a później objąć go w talii ramionami. - Co nie zmienia faktu, że się niepokoję, gdy może ci się stać krzywda.
Nie lubił, gdy ktoś psuł to, co jego. A zdecydowanie uznawał Mulcibera za swojego. Kimkolwiek ten znajomy był, to gdyby nawet wyrwał jeden jedyny włosek z jego głowy, straciłby rękę.
- Nie chciałbym obarczać cię dodatkowymi kosztami - czy w zasadzie jakimikolwiek kosztami. Nie tylko dlatego, że formalnie mieszkanie wciąż było jego: lecz też dlatego, że i tak powinien był je zabezpieczyć, zanim się nie wyprowadził. Nie pomyślał wtedy o tym, po prostu nałożył nietrwałe zaklęcia i tyle. Może jednak czas było pomyśleć o czymś bardziej trwałym i skutecznym?
Słysząc tę kiepską wymówkę Rodolphus pokręcił głową. Alkohol nie uspokajał, tak samo jak papierosy, lecz nie zamierzał mu prawić morałów. W końcu był u siebie, oddał mu to lokum na nieokreślony czas, starał się nie nadużywać jakichkolwiek swoich przewag w stosunku do Mulcibera. Nie byłby jednak sobą, gdyby nie zareagował na alkohol, który niszczył umysł. Paskudna, ogólnodostępna używka, która trwale wyżerała dziury w mózgu, sprawiała że człowiek się upadlał i zachowywał inaczej niż zwykle.
- Pokłóciłeś się z siostrą i stanął w jej obronie? - zapytał, odsuwając się nieco. Sam miał brata, wiedział jak to było między rodzeństwem. - Jeśli tak, to pewnie chciał po prostu wyprowadzić cię z równowagi. Lub nasłała go twoja siostra. Rodzeństwo potrafi być... Cóż, sam dobrze wiesz jak jest, masz brata i siostrę.
Dodał nieco uspokajającym tonem. Nie planował stać przy stole przez cały wieczór, a skoro już upewnił się, że z paczką było wszystko w porządku, a Charlesowi nic nie groziło, nie zaszkodzi żeby został na chwilę. Ciekawiło go, czym Mulciber mógł sobie nagrabić u siostrzyczki. Usiadł na kanapie, opierając łokieć wygodnie na podłokietniku.
- Ale jeśli chcesz rady, to nie denerwuj kobiet. Obojętnie czy są z rodziny, czy nie. Mężczyźni zwykli ich nie doceniać, ale potrafią być bardzo brutalne i skuteczne w swoich działaniach - on o tym doskonale wiedział. Victoria, Bellatrix, Agatha, jego własna matka... Czy taka Chang, którą mieli okazję spotkać. Ale zdecydowanie najgorszym sortem były baby, które ukrywały swoją prawdziwą naturę pod płaszczykiem bycia słodką, niewinną istotką.