04.01.2025, 18:45 ✶
Wyczuł ją obecność wcześniej niż zauważył, bo przez półmrok, ból i opary opium za nic nie był w stanie rozróżnić która z Changów się przy nim pojawiła. Momentami wszystkie wyglądały tak samo, kopie swojej matki.
Nie odwrócił się w jej stronę, ale ewidentnie odetchnął z ulgą słysząc znajomy głos. Maeve. Jak to mówią? Nie zawsze w życiu dostajesz kogoś kogo potrzebujesz, ale na pewno kogoś na kogo zasługujesz. Skulił nieco ramiona, gdy bezczelnie przypomniała mu ostatni raz, kiedy pojawił się w Palarni. Nie musiała. Doskonale to pamiętał. I próbował być uczciwy względem samego siebie! Nie jego wina, że od słowa Malfoy’a silniejsze były jego braki w teleportacji. Ukrył poczucie zażenowania pod sztucznym uśmieszkiem, przechylając głowę. Ale co ważniejsze – nie podniósł się z krzesła. Jeszcze nie kazała mu stąd spadać w podskokach.
- Syn...– Smakował przez chwilę to słowo w ustach, jak wyjątkowo niesmacznego, anyżowego cukierka. - Mówisz to tak jakby twoja matka nie abortowała wszystkiego co ma potencjał urodzić się z kutaskiem, a nie cyckami.- Nie, nie stęsknił się za wiedźmą, ba! Starał się o niej nawet teraz nie myśleć. Wolał nie kusić losu i nie ściągnąć wyleniałej matrony Nokturnu. Dlatego też mówił cicho, udając, że wcale nie jest pierdolonym Baldwinem Malfoy'em tylko kolejnym z goszczących tu ćpunów, na których zwyczajnie w świecie nie było potrzeby zwracać uwagi.
Podniósł wzrok na Maeve, starając się utrzymać tą samą zblazowaną, nonszalancką minę co zawsze. Nieważne jak tragikomicznie to teraz wyglądało.
Nie odwrócił spojrzenia, kiedy złapała go za podbródek i pociągnęła nieznacznie do góry. W każdym innym przypadku puściłby jej bezczelnie oczko ryzykując zarobienie po raz kolejny w pysk albo mruknął, żeby trzymała te rączki przy sobie, bo Lorraine będzie zazdrosna, ale teraz nawet nie miał na to ochoty. Cokolwiek zepsuło Malfoy’owi humor – było w tym zajebiście skuteczne.
Nawet nie mrugnął. W życiu by tego nie przyznał na głos, ale wpatrywanie się w twarz Chang było… kojące. Dla umysłu, który przebodźcowany wreszcie mógł się skupić na czymś co doskonale znał. Przez tą krótką chwilę skupił się na każdym drobnym szczególne, zupełnie jakby oblicze Maeve było planszą do „znajdź pięć różnic między obrazkami”. Ale nawet jeśli jej dotyk był miły, to nie mógł się opędzić od nieprzyjemnego wrażenia, że jej dłonie były wciąż nieprzyjemnie obce. Były inne niż dłonie Calanthe, do których wspomnienia lgnął jak ćma do światła lampy; inne niż delikatne dłonie Lorraine; inne nawet niż Scarlett, do której z dnia na dzień przyzwyczajał się coraz bardziej. Kolejna rzecz, do której za nic by się nie przyznał.
- Pierdolone pizdy z Horyzontalnej chyba o tym nie wiedzą.- Powiedział, kiedy wreszcie go puściła. Wsparł łokieć o blat stolika i nachylił głowę, docisnął palce do nasady nosa. Skrzywił się, gdy szurnęła krzesłem, żeby na nim usiąść. Próbował przymknąć oczy, ale to wcale nie pomagało na upierdliwy ból. Zaczynał żałować, że mu zwyczajnie w świecie nie oddał.
Baldwin rozważał coś przez chwilę i ostatecznie jakaś uszkodzona komórka w mózgu uznała, że pomysł nie jest zły. Naciągnął rękaw przemoczonej koszuli nad filiżankę i wycisnął do herbaty tyle tequili ile zdołał. Wypił wszystko na raz i skrzywił się jakby siłą mu to do gardła wlali. Ugh. Pobladł pewnie trochę, ale dzielnie zacisnął usta, żeby się jej tu nie zhaftować na podłogę.
- Nikomu szczególnemu.- Wzruszył ramionami, kiedy udało mu się odzyskać kolory na twarzy i nieco siły w głosie. Tak. Charles Mulciber był nikim na Nokturnie. Nikim na tyle istotnym, by wymieniać go z imienia i nazwiska.
Każde tu dbało o swoje interesy, a Baldwin wiedział lepiej niż się wpierdalać w środek wojenki gangów Nokturnowych. Robił swoje, kiedy trzeba było robić w Katakumbach, a potem i tak lądował przy Orfeuszu. Z dala od tego całego politycznego gówna, które wszyscy próbowali uskuteczniać.
Nie odwrócił się w jej stronę, ale ewidentnie odetchnął z ulgą słysząc znajomy głos. Maeve. Jak to mówią? Nie zawsze w życiu dostajesz kogoś kogo potrzebujesz, ale na pewno kogoś na kogo zasługujesz. Skulił nieco ramiona, gdy bezczelnie przypomniała mu ostatni raz, kiedy pojawił się w Palarni. Nie musiała. Doskonale to pamiętał. I próbował być uczciwy względem samego siebie! Nie jego wina, że od słowa Malfoy’a silniejsze były jego braki w teleportacji. Ukrył poczucie zażenowania pod sztucznym uśmieszkiem, przechylając głowę. Ale co ważniejsze – nie podniósł się z krzesła. Jeszcze nie kazała mu stąd spadać w podskokach.
- Syn...– Smakował przez chwilę to słowo w ustach, jak wyjątkowo niesmacznego, anyżowego cukierka. - Mówisz to tak jakby twoja matka nie abortowała wszystkiego co ma potencjał urodzić się z kutaskiem, a nie cyckami.- Nie, nie stęsknił się za wiedźmą, ba! Starał się o niej nawet teraz nie myśleć. Wolał nie kusić losu i nie ściągnąć wyleniałej matrony Nokturnu. Dlatego też mówił cicho, udając, że wcale nie jest pierdolonym Baldwinem Malfoy'em tylko kolejnym z goszczących tu ćpunów, na których zwyczajnie w świecie nie było potrzeby zwracać uwagi.
Podniósł wzrok na Maeve, starając się utrzymać tą samą zblazowaną, nonszalancką minę co zawsze. Nieważne jak tragikomicznie to teraz wyglądało.
Nie odwrócił spojrzenia, kiedy złapała go za podbródek i pociągnęła nieznacznie do góry. W każdym innym przypadku puściłby jej bezczelnie oczko ryzykując zarobienie po raz kolejny w pysk albo mruknął, żeby trzymała te rączki przy sobie, bo Lorraine będzie zazdrosna, ale teraz nawet nie miał na to ochoty. Cokolwiek zepsuło Malfoy’owi humor – było w tym zajebiście skuteczne.
Nawet nie mrugnął. W życiu by tego nie przyznał na głos, ale wpatrywanie się w twarz Chang było… kojące. Dla umysłu, który przebodźcowany wreszcie mógł się skupić na czymś co doskonale znał. Przez tą krótką chwilę skupił się na każdym drobnym szczególne, zupełnie jakby oblicze Maeve było planszą do „znajdź pięć różnic między obrazkami”. Ale nawet jeśli jej dotyk był miły, to nie mógł się opędzić od nieprzyjemnego wrażenia, że jej dłonie były wciąż nieprzyjemnie obce. Były inne niż dłonie Calanthe, do których wspomnienia lgnął jak ćma do światła lampy; inne niż delikatne dłonie Lorraine; inne nawet niż Scarlett, do której z dnia na dzień przyzwyczajał się coraz bardziej. Kolejna rzecz, do której za nic by się nie przyznał.
- Pierdolone pizdy z Horyzontalnej chyba o tym nie wiedzą.- Powiedział, kiedy wreszcie go puściła. Wsparł łokieć o blat stolika i nachylił głowę, docisnął palce do nasady nosa. Skrzywił się, gdy szurnęła krzesłem, żeby na nim usiąść. Próbował przymknąć oczy, ale to wcale nie pomagało na upierdliwy ból. Zaczynał żałować, że mu zwyczajnie w świecie nie oddał.
Baldwin rozważał coś przez chwilę i ostatecznie jakaś uszkodzona komórka w mózgu uznała, że pomysł nie jest zły. Naciągnął rękaw przemoczonej koszuli nad filiżankę i wycisnął do herbaty tyle tequili ile zdołał. Wypił wszystko na raz i skrzywił się jakby siłą mu to do gardła wlali. Ugh. Pobladł pewnie trochę, ale dzielnie zacisnął usta, żeby się jej tu nie zhaftować na podłogę.
- Nikomu szczególnemu.- Wzruszył ramionami, kiedy udało mu się odzyskać kolory na twarzy i nieco siły w głosie. Tak. Charles Mulciber był nikim na Nokturnie. Nikim na tyle istotnym, by wymieniać go z imienia i nazwiska.
Każde tu dbało o swoje interesy, a Baldwin wiedział lepiej niż się wpierdalać w środek wojenki gangów Nokturnowych. Robił swoje, kiedy trzeba było robić w Katakumbach, a potem i tak lądował przy Orfeuszu. Z dala od tego całego politycznego gówna, które wszyscy próbowali uskuteczniać.