04.01.2025, 19:17 ✶
Wyczuwał pod palcami rozluźniające się mięśnie, czuł na ramieniu uspokajający się, coraz bardziej równo oddech. Dobrze, że Charles tak szybko odzyskiwał spokój, chociaż być może nie samodzielnie, a dzięki niemu. Lecz gdy człowiek był spokojniejszy, można było porozmawiać bez emocji, które potrafiły zaburzać osąd. Niechętnie wypuścił go ze swoich ramion, żeby usiąść. Szklankę przyjął wyłącznie z grzeczności, nie planował wypijać nawet połowy piwa, jedynie umoczyć usta, żeby nie wyjść na chama. Opanował to do perfekcji, bowiem w tym świecie gdy się nie piło alkoholu, było się uznawanym za dziwaka. I owszem, od czasu do czasu pozwalał sobie na niewielkie ilości, lecz nie robił tego na pokaz. Rozumiał więc, że Charles chciał ukoić nerwy: przecież on sam latem potrzebował tej paskudnej używki, żeby trzymać jako taki pion.
- Malfoyów znam. Baldwina nie miałem przyjemności - odpowiedział, nie kojarząc tego imienia. To znaczy kojarzył oczywiście połączenie Baldwin Malfoy, lecz nigdy nie mieli okazji, by się spotkać. Będzie musiał zapytać o niego Lorraine. - Greyback...
Nie spodziewał się tego pytania. Sięgnął po szklankę, zerkając przelotnie na Charlesa. Widział nadzieję i napięcie, które skrywały jego oczy. Umoczył usta w piwie. Połączenie Greyback i Mulciber kojarzyło mu się okropnie, okropnie źle. Ostatni Greyback był zdrajcą, przez którego musieli zająć się infiltracją tej rodziny. Nie wyszło, jak wiele z "genialnych" planów Roberta. Znowu przyszła mu na myśl Lorraine, z którą wcielili się w dzieci jednego z Greybacków. Westchnął ciężko i ostrożnie odstawił szklankę na stolik.
- Są niebezpieczni - powiedział dość dyplomatycznie, splatając swoje dłonie na kolanie. Wzrok utkwił gdzieś w przestrzeni, na pustej ścianie. - Z tego co wiem, część rodziny to wilkołaki. Nie jestem pewny, czy wszyscy, pewnie nie, chociaż kto wie? Może to klątwa rodzinna. Nie tak dawno jeden Greyback zaginął w tajemniczych okolicznościach i co prawda Ministerstwo nie wie, co się z nim stało, tak jednak niektórzy podejrzewają, że po prostu zabiła go własna rodzina. To nie są ludzie, Charles, lecz...
Rodolphus w końcu spojrzał na Mulcibera uważnie. Nie wiedział, czemu o nich pyta, ale węszył w tym okazję. Okazji by skończyć to, co zaczął z jego wujem, Robertem. W głowie kiełkował mu plan.
- Mogą być przydatni. Ponoć brylują na Nokturnie. Pewnie skrywają wiele sekretów, ale przede wszystkim: mają znajomości. Dlaczego o nich pytasz? I zanim zadasz mi kolejne pytanie: nie, nie jestem przekonany, że każdy z nich jest zły. Uważam jednak, że pewnych wartości rodzinnych nie da się wyplenić, jakkolwiek bardzo by się próbowało - trochę nic, trochę wszystko. Nie miał pojęcia, czy taką odpowiedź Charles chciał usłyszeć, ale nie mógł mu powiedzieć więcej, póki nie będzie wiedział, po co mu ta wiedza. - To tak jak z Mulciberami, Charles. Wasza rodzina ma swój core, swoją dewizę, swoje przekonania. Lecz każdy z was jest inny. I pamiętaj, że nawet wśród zgniłych odpadków potrafią się znaleźć prawdziwe perły.
Przeniósł ciężar ciała na prawą rękę i wsparł się na niej, podczas gdy lewą uniósł, by przesunąć opuszkami palców po policzku Charlesa. Czyżby mówił o nim i uważał go za perłę pośród zgniłych szczątków rodzinnych? Lestrange uśmiechnął się lekko. Jeśli tak, to kto był odpadkiem? On wiedział doskonale. Znał sporo Mulciberów, jednak najbardziej zależało mu na Charlesie. Zaraz za nim był Alexander. Reszta mogła nie istnieć i spłonąć.
- Malfoyów znam. Baldwina nie miałem przyjemności - odpowiedział, nie kojarząc tego imienia. To znaczy kojarzył oczywiście połączenie Baldwin Malfoy, lecz nigdy nie mieli okazji, by się spotkać. Będzie musiał zapytać o niego Lorraine. - Greyback...
Nie spodziewał się tego pytania. Sięgnął po szklankę, zerkając przelotnie na Charlesa. Widział nadzieję i napięcie, które skrywały jego oczy. Umoczył usta w piwie. Połączenie Greyback i Mulciber kojarzyło mu się okropnie, okropnie źle. Ostatni Greyback był zdrajcą, przez którego musieli zająć się infiltracją tej rodziny. Nie wyszło, jak wiele z "genialnych" planów Roberta. Znowu przyszła mu na myśl Lorraine, z którą wcielili się w dzieci jednego z Greybacków. Westchnął ciężko i ostrożnie odstawił szklankę na stolik.
- Są niebezpieczni - powiedział dość dyplomatycznie, splatając swoje dłonie na kolanie. Wzrok utkwił gdzieś w przestrzeni, na pustej ścianie. - Z tego co wiem, część rodziny to wilkołaki. Nie jestem pewny, czy wszyscy, pewnie nie, chociaż kto wie? Może to klątwa rodzinna. Nie tak dawno jeden Greyback zaginął w tajemniczych okolicznościach i co prawda Ministerstwo nie wie, co się z nim stało, tak jednak niektórzy podejrzewają, że po prostu zabiła go własna rodzina. To nie są ludzie, Charles, lecz...
Rodolphus w końcu spojrzał na Mulcibera uważnie. Nie wiedział, czemu o nich pyta, ale węszył w tym okazję. Okazji by skończyć to, co zaczął z jego wujem, Robertem. W głowie kiełkował mu plan.
- Mogą być przydatni. Ponoć brylują na Nokturnie. Pewnie skrywają wiele sekretów, ale przede wszystkim: mają znajomości. Dlaczego o nich pytasz? I zanim zadasz mi kolejne pytanie: nie, nie jestem przekonany, że każdy z nich jest zły. Uważam jednak, że pewnych wartości rodzinnych nie da się wyplenić, jakkolwiek bardzo by się próbowało - trochę nic, trochę wszystko. Nie miał pojęcia, czy taką odpowiedź Charles chciał usłyszeć, ale nie mógł mu powiedzieć więcej, póki nie będzie wiedział, po co mu ta wiedza. - To tak jak z Mulciberami, Charles. Wasza rodzina ma swój core, swoją dewizę, swoje przekonania. Lecz każdy z was jest inny. I pamiętaj, że nawet wśród zgniłych odpadków potrafią się znaleźć prawdziwe perły.
Przeniósł ciężar ciała na prawą rękę i wsparł się na niej, podczas gdy lewą uniósł, by przesunąć opuszkami palców po policzku Charlesa. Czyżby mówił o nim i uważał go za perłę pośród zgniłych szczątków rodzinnych? Lestrange uśmiechnął się lekko. Jeśli tak, to kto był odpadkiem? On wiedział doskonale. Znał sporo Mulciberów, jednak najbardziej zależało mu na Charlesie. Zaraz za nim był Alexander. Reszta mogła nie istnieć i spłonąć.