05.01.2025, 00:33 ✶
- Obawiam się, że moja kariera pirata byłaby krótka i zapewne skończyła się zanim postawiłabym stopę na jakimkolwiek statku.- Westchnęła. Lorien i morze było złym połączeniem. Nienawidziła wody. Już zwykłe strumienie powodowały u niej nieprzyjemne uczucie niepokoju, co dopiero wielkie otwarte zbiorniki wodne.
Spalona beza była ekscentryczną sukienką, ale widziała w niej potencjał. Może gdzieś na pokaz mody czy do rozkładówki Czarownicy, ale… Nie na pogrzeb. I już na pewno nie na pani Mulciber, która by najzwyczajniej w świecie w niej utonęła. Ale z drugiej strony – jakby tak usiadła i zniknęła pod warstwą falbanek, może pomyliliby ją z dekoracją pogrzebową?
Pisnęła cicho zaskoczona, gdy kapelusz na nowo wylądował na jej głowie, choć dźwięk jak wiele, które opuszczały gardło kobiety przypominał ptasi świergot. Wydęła lekko usta w niemal dziecinnym oburzeniu.
- Może przemówi przeze mnie wdowia zgryzota, ale nie podejrzewam mojego szwagra o troskę.- Westchnęła głęboko. Może rzeczywiście powinna zostać w tym kapeluszu. Klauniasta korona dla królowej cyrku jakim ostatnimi czasy stała się ta cała rodzina.
- To wszystko… Nie jest takie proste.- Powiedziała wreszcie, po dłuższej niż zamierzała chwili. Obeszła fotel, w którym rozsiadł się Selwyn, tym razem to jemu nakładając paskudny kapelusz na głowę. Podeszła do jednego z kolejnych wieszaków przeglądając wiszące na nim szaty.- Myślę, że jestem aktualnie najbardziej żałosną wdową w całej Wielkiej Brytanii. Jeśli wierzyć testamentowi, którego kopię dostarczono mi dziś rano, po tym jak mój szwagier go uprawomocnił bez mojej wiedzy i obecności, mój mąż nie pozostawił mi nic. Nawet złamanego knuta. Więc albo próbuje się mnie okłamać albo okpić.- Przymknęła oczy na moment. Naprawdę nie wiedziała, która opcja była w tym przypadku gorszą.
To był pierwszy moment, w którym mogła z kimkolwiek bardziej otwarcie o tym porozmawiać. Bardziej po ludzku, z pozycji zwykłej, boleśnie ugodzonej całą tą sytuacją kobiety. Nie pani Mulciber, nie wdowy po Robercie, nawet nie sędzi Wizengamotu.
- Zresztą o jego śmierci też dowiedziałam się od panny Malfoy, wiesz, Lorraine, która zajmuje się prowadzeniem zakładu pogrzebowego. Mój szwagier skontaktował się z nią osobiście, próbując za moimi plecami załatwić tyle ile się da. Wyobrażasz to sobie?- Odwróciła się od wieszaka, posyłając Jonathanowi pełne zdegustowania spojrzenie.
Miał rację. Chciała woal. Dlaczego miała go sobie odpuścić.
Wyciągnęła jedną szatę, która wpadła jej w oko. Chociaż czarna mieniła się granatowym odcieniem na miękkim atłasie i srebrną nicią. Dopasowana, jak większość sukni i szat, które Lorien nosiła nawet na co dzień. Przyłożyła ją do siebie, pokazując Jonathanowi. Czekając na opinię czy w ogóle warto ją przymierzyć.
- Życie to nie poezja, mio caro. Przynajmniej nie moje.- Pokręciła nieco boleśnie głową, jakby sama myśl była uciążliwa.- Z tego wszystkiego oddałam Anthony’emu swoje rzeczy na przechowanie, nocuję u Alexandra jak jakaś nastolatka, która uciekła z domu i rozpaczliwie zamykam wszystkie powiązania finansowe z Mulciberami, na wypadek jakby mój szwagier stwierdził, że urządzi sobie życie za moje pieniądze.- Parsknęła pozbawionym radości śmiechem, pochylając się nad absurdem sytuacji do którego to wszystko doprowadziło. Nie mogła wrócić do rodzinnego domu, zwłaszcza teraz, kiedy rodzice wyjechali na kilka miesięcy do Włoch. Nie chciała ich ściągać i niepokoić całą sytuacją. Nie mogła zostać w kamienicy, w której mieszkało aktualnie zbyt wiele irytujących, przerażających ją duchów. Czy mogła zamieszkać tymczasowo w hotelu? Mogła, ale prawda była taka, że nie czuła się tam bezpieczna. W teorii mogłaby poprosić Prewettów o pomoc – ale tego też nie chciała robić. Ani odpowiadać na pytania o Roberta i dzieciaki, które zostały w kamienicy. W Keswick pewnie znalazłoby się dla niej miejsce. Zbyt daleko do pracy, której nie planowała odpuścić pod żadnym pozorem.
- Tak wygląda ten mój odpoczynek Jonathanie. Mój mąż nie zdążył nawet spocząć w grobie, a „rodzina” zadbała, żebym poczuła się jak wyjątkowo niechciany gość.
Spalona beza była ekscentryczną sukienką, ale widziała w niej potencjał. Może gdzieś na pokaz mody czy do rozkładówki Czarownicy, ale… Nie na pogrzeb. I już na pewno nie na pani Mulciber, która by najzwyczajniej w świecie w niej utonęła. Ale z drugiej strony – jakby tak usiadła i zniknęła pod warstwą falbanek, może pomyliliby ją z dekoracją pogrzebową?
Pisnęła cicho zaskoczona, gdy kapelusz na nowo wylądował na jej głowie, choć dźwięk jak wiele, które opuszczały gardło kobiety przypominał ptasi świergot. Wydęła lekko usta w niemal dziecinnym oburzeniu.
- Może przemówi przeze mnie wdowia zgryzota, ale nie podejrzewam mojego szwagra o troskę.- Westchnęła głęboko. Może rzeczywiście powinna zostać w tym kapeluszu. Klauniasta korona dla królowej cyrku jakim ostatnimi czasy stała się ta cała rodzina.
- To wszystko… Nie jest takie proste.- Powiedziała wreszcie, po dłuższej niż zamierzała chwili. Obeszła fotel, w którym rozsiadł się Selwyn, tym razem to jemu nakładając paskudny kapelusz na głowę. Podeszła do jednego z kolejnych wieszaków przeglądając wiszące na nim szaty.- Myślę, że jestem aktualnie najbardziej żałosną wdową w całej Wielkiej Brytanii. Jeśli wierzyć testamentowi, którego kopię dostarczono mi dziś rano, po tym jak mój szwagier go uprawomocnił bez mojej wiedzy i obecności, mój mąż nie pozostawił mi nic. Nawet złamanego knuta. Więc albo próbuje się mnie okłamać albo okpić.- Przymknęła oczy na moment. Naprawdę nie wiedziała, która opcja była w tym przypadku gorszą.
To był pierwszy moment, w którym mogła z kimkolwiek bardziej otwarcie o tym porozmawiać. Bardziej po ludzku, z pozycji zwykłej, boleśnie ugodzonej całą tą sytuacją kobiety. Nie pani Mulciber, nie wdowy po Robercie, nawet nie sędzi Wizengamotu.
- Zresztą o jego śmierci też dowiedziałam się od panny Malfoy, wiesz, Lorraine, która zajmuje się prowadzeniem zakładu pogrzebowego. Mój szwagier skontaktował się z nią osobiście, próbując za moimi plecami załatwić tyle ile się da. Wyobrażasz to sobie?- Odwróciła się od wieszaka, posyłając Jonathanowi pełne zdegustowania spojrzenie.
Miał rację. Chciała woal. Dlaczego miała go sobie odpuścić.
Wyciągnęła jedną szatę, która wpadła jej w oko. Chociaż czarna mieniła się granatowym odcieniem na miękkim atłasie i srebrną nicią. Dopasowana, jak większość sukni i szat, które Lorien nosiła nawet na co dzień. Przyłożyła ją do siebie, pokazując Jonathanowi. Czekając na opinię czy w ogóle warto ją przymierzyć.
- Życie to nie poezja, mio caro. Przynajmniej nie moje.- Pokręciła nieco boleśnie głową, jakby sama myśl była uciążliwa.- Z tego wszystkiego oddałam Anthony’emu swoje rzeczy na przechowanie, nocuję u Alexandra jak jakaś nastolatka, która uciekła z domu i rozpaczliwie zamykam wszystkie powiązania finansowe z Mulciberami, na wypadek jakby mój szwagier stwierdził, że urządzi sobie życie za moje pieniądze.- Parsknęła pozbawionym radości śmiechem, pochylając się nad absurdem sytuacji do którego to wszystko doprowadziło. Nie mogła wrócić do rodzinnego domu, zwłaszcza teraz, kiedy rodzice wyjechali na kilka miesięcy do Włoch. Nie chciała ich ściągać i niepokoić całą sytuacją. Nie mogła zostać w kamienicy, w której mieszkało aktualnie zbyt wiele irytujących, przerażających ją duchów. Czy mogła zamieszkać tymczasowo w hotelu? Mogła, ale prawda była taka, że nie czuła się tam bezpieczna. W teorii mogłaby poprosić Prewettów o pomoc – ale tego też nie chciała robić. Ani odpowiadać na pytania o Roberta i dzieciaki, które zostały w kamienicy. W Keswick pewnie znalazłoby się dla niej miejsce. Zbyt daleko do pracy, której nie planowała odpuścić pod żadnym pozorem.
- Tak wygląda ten mój odpoczynek Jonathanie. Mój mąż nie zdążył nawet spocząć w grobie, a „rodzina” zadbała, żebym poczuła się jak wyjątkowo niechciany gość.