05.01.2025, 04:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.01.2025, 04:20 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Nie zawsze - pokręcił głową, naprawdę nie zamierzając ulec fałszywemu przeświadczeniu, jakie miała Yaxleyówna. - Uwierz mi, gdy mówię, że przemyślałem to od a do z. Wszystkie pierdolone możliwości i scenariusze. I nie jestem w stanie zaakceptować żadnego z nich. Ty też nie - stwierdził pomny tego, że znowu mogła mu wytknąć decydowanie i mówienie za nią, ale musiał to podkreślić w ten sposób.
Nie widział żadnej innej opcji. Dokładnie tak samo jak nie dostrzegał tej własnej nagłej rozmowności i gadatliwości zupełnie nie w jego stylu. Nie tylko otwierania się przed nią jak księga, ale też dawania Geraldine całej transkrypcji. Nie streszczenia a wszystkich szczegółów na każde pytanie, które mu zadawała. Na wszystko, co padło.
- Nie wiem, co jest zrozumiałe, ale raczej nie to. I nie wiem czy cieszy mnie to, że mi wierzysz. Nie, skoro dzień wcześniej to podważyłaś, zarzucając mi, że nigdy nie mogłem mieć takich planów i zawsze miałem spierdolić - nie próbował jej tego wytykać a jedynie przypominał inne fakty rzutujące na ich obecną rozmowę. - Najbardziej ironiczne jest to, że przewidziałaś to jeszcze zanim ja w ogóle miałem okazję dojść do wniosku, że to jedyne, co mogę zrobić. Spierdolić, zostawić wszystko, porzucić nas - mógłby poszukiwać wielu kolejnych określeń na to, co się stało, ale nie musiał ani nawet nie chciał tego robić.
Zamiast tego sięgnął po kubek, również upijając część zawartości i odruchowo sięgając, aby uzupełnić im obojgu braki w wypitym whisky. To było konieczne, choć ta butelka wyjątkowo szybko zaczęła się kończyć. No nic, bo przecież mieli drugą.
- Nasze życie nigdy nie było łatwe - odpowiedział bez wahania, krzywiąc się na kolejne słowa Geraldine. - Wiedziałem, że mogą mieć konsekwencje. Wszystkie decyzje je mają, szczególnie te tak ryzykowne. Sedno tkwi nie tu, tylko w tym, że wtedy po prostu nie planowałem... ...tego wszystkiego. I że lepiej by było, gdybyś mnie nigdy nie poznała, gdybyśmy tylko bez słowa mijali się gdzieś w tle, bo wtedy nie musiałabyś cierpieć z powodu czegoś, co nigdy nawet nie było sygnowane twoją zgodą - taka prawda.
Zgadzając się na życie z nim, nigdy nie zgadzała się na to, co szło w tej części pakietu, z której oboje nie zdawali sobie sprawy. Oczywiście, że miał się winić i uważać za czarny charakter. To było branie odpowiedzialności.
- Do usranej śmierci - ale się nie uśmiechnął, tym bardziej, że nie spodziewał się, że przyjdzie mu kiedykolwiek użyć tego określenia w podobnym kontekście - która pewnie nadejdzie całkiem szybko, zważywszy na to, że tak jak mówisz: walka w pojedynkę z całym światem jest kurewsko niemożliwa na dłuższą metę - chyba miała szczęście, że był pijany, bo mówił jej rzeczy, które normalnie raczej wyciągnąłby wyłącznie w ostateczności, najprędzej na łóżku śmierci.
Tymczasem teraz wypływały z jego ust wraz z odpowiedziami na wszystko, co potrzebowała od niego usłyszeć. W przeciwieństwie do tego, czego on miesiącami nie chciał słuchać od innych ludzi. Teraz też mając problem z mówieniem o tym, choć świadomość, że to były tylko plotki powinna mu przynieść odkupienie. Tak się nie stało.
- Tak, wiem. Rozmawialiśmy o tym nie raz i nie dwa. Stąd to wydawało się jeszcze bardziej prawdopodobne. To, że z... ...nim... ...też mogłabyś z początku tylko dawać im powód do gadania. Popisówkę, pokaz pod publiczkę - to nie był wyrzut, ale Erik też był jej przyjacielem.
Skąd miał wiedzieć, czy w istocie nie takim jak on kiedyś? Nie najlepszym kumplem z głową na jej kolanach i dłonią Geraldine na jego obojczykach, sunącą w dół, wywołującą falę nieugaszonego podniecenia? Potrzebowali pół roku. Po kolejnych sześciu miesiącach był już całkowicie ugruntowany w tym, że chce z nią spędzić życie. A ktoś inny? Mając skarb w rękach, również być może nie chciał go z nich wypuszczać. Musiała zrozumieć to podejście. Te wątpliwości i obawy, potwarz wraz z policzkiem wymierzonym na odległość.
- Nie żartowałem, gdy mówiłem ci, że jeśli to możliwe... ...jeżeli to będzie kiedykolwiek możliwe, to do tego czasu miną lata. Wręcz dekady - odmruknął, mimo woli wyginając kąciki ust w półuśmiechu.
Starzy ludzie. Nie mieli dożyć starości, ale to była ta jedyna choć trochę pozytywna wizja w ich życiu. Wszystkie inne decyzje, plany czy słowa były głównie mącące i bolesne. Tak jak to, co padło z jej ust. Coś, na czego dźwięk wreszcie przesunął palce mniej więcej do połowy długości stołu między nimi. Nie dalej, ale to zrobił, gotów na kilka chwil chwycić Yaxleyównę za rękę.
- Chcę i nie chcę - to też było skomplikowane. - Ta egoistyczna część chce to słyszeć, uwierz mi, ale nie mogę patrzeć tylko na nią, bo ja też cię kocham. Tym samym chcę dla ciebie wszystkiego, co najlepsze. A ja tym nie jestem. Nazywaj mnie jak chcesz. Czarny charakter to uproszczenie. Możliwe, że faktycznie nie pasuje. To bardziej... ...agresywny pies zerwany z łańcucha. I to pies ogrodnika. Spierdolił, ale wraca. Szarpie i gryzie, ale panoszy się po dawnym terytorium. Łaknie tego, ale czego tak właściwie? - Tu leżało główne pytanie.
Tu był pies pogrzebany.
No i od kiedy zrobił się tak kurewsko metaforyczny?
- Nie wiem jak inaczej to sobie wyobrażasz - skwitował cicho, nawet nie próbując kwestionować jej słów. - Skoro nie możemy być sojusznikami na stałe ani z doskoku. Jeżeli nie możemy mieć wspólnej przyszłości w jednym domu ani być przyjaciółmi. Jeśli nie zamierzamy być kochankami, urządzając sobie potajemne schadzki, bo to jest całkowicie absurdalne. To kim mamy być? Obcymi ludźmi? Nie chcę być dłużej twoim wrogiem - choć to było przesadzone słowo, nawet jeśli w rzeczywistości zdarzało im się słać ku sobie naprawdę żałośnie złe spojrzenia i kierować wstrętne, obrzydliwe słowa.
Gdzieś w głębi duszy wiedział, że prócz tego istniała jeszcze jedna opcja. Ta, którą już kiedyś rozważał, ale odsunął ją od siebie pod wpływem bieżących wydarzeń w Dolinie Godryka. Teraz w końcu wypowiadając to na głos.
- Mogę wyjechać. Gdy tylko skończy się sprawa widm. Zawsze znajdę pracę, najlepiej gdzieś jak najdalej stąd. Zagranicą - to nie była propozycja, tylko kolejna z prawd co do tego, co należało zrobić.
Wiedział to równie dobrze jak wiele innych rzeczy. Miał świadomość tego, że dzięki temu uniknęliby wpadania na siebie i całej tej męczarni. Być może spróbowaliby żyć jakoś ze świadomością duszenia się wspólnym co by było gdyby, ale tak. To była kolejna słuszność.
Jak tamta wtedy. Ta, o której mówili. Którą należało zrobić, nawet jeśli nie ucieszył się, że Rina podzielała jego zdanie.
- Tak. To było słuszne. Szkoda tylko, że trwało tak krótko - zgadza się, przed chwilą powiedział, że męczarnie tego człowieka były długie, ale na takie winy nie było chyba dostatecznie mocnych i długich cierpień; wszystkie miały być za krótkie.
Słysząc kolejne słowa Yaxleyówny, kolejny raz przeniósł wzrok na sufit, kręcąc głową. Nie, nie zgadzał się z tym, ale nie potrzebował tego słownie komentować. Tak, była tutaj. Żywa. To bezsprzecznie miało największe znaczenie, ale tamten atak nie mógł być bagatelizowany. Nie w obliczu tamtej drugiej tragedii.
- Chciałbym w to wierzyć tak bardzo jak ty to robisz, ale zamiast tego - urwał na sekundę, instynktownie powracając spojrzeniem do jej oczu. - Nie potrafię zrozumieć, dlaczego robisz to, co robisz. Nie kłócisz się ze mną. Nie wyrzucasz mi tego, co powinnaś mówić. Traktujesz to jak coś, co jest normalne... ...a ja nie wiem. To mi miesza w głowie. Nie chcę cię w to wciągać. Tak samo jak naszych przyjaciół. Głębiej niż wszyscy w tym siedzicie. A gdy tak o tym mówisz, kurewsko łatwo byłoby ci powiedzieć dobrze, niech tak będzie i odpuścić. Nie chcę spać na kanapie przez kolejne dni. Ani kupować sobie dostawki do pustego pokoju. Chcę cię kochać, kochać się z tobą, wziąć cię na tym stole, na którym zaczęliśmy naszą dyskusję. A potem wszędzie indziej. Przez kilka dni olać naprawdę domu tylko po to, żeby może zająć się nią w przerwie od nas. A potem znowu. Aż to znów będzie dom - stwierdził, przymykając oczy i zaraz znowu je otwierając. - Twoje słowa i reakcje są jak trucizna. Czuję się odurzony. Wiem, że nie myślę trzeźwo, ale to nic nie zmienia. Problemy wciąż z nami pozostają - przecież to wiedziała.
Nawet w tym wszystkim, co mówiła i robiła, z pewnością nie była tak głupia, aby nie wiedzieć, że nie zamierzał zmieniać podejścia. Wbrew temu, co tu padło, nie zamierzał ulegać podszeptom zwodniczego serca.
- Chcesz ode mnie pełnej szczerości? Nieocenzurowanej wersji? - Gdyby tylko wiedział, że tak i w istocie wręcz podjęła wszelkie możliwe środki, żeby przedstawił jej to w ten sposób. - Nie wiem. Nie wiem i często nie chcę wiedzieć. Mogę się domyślać, ale tego też staram się unikać - stwierdził wprost, nie spuszczając z niej wzroku. - Bezpośrednio? To nie byli dobrzy ludzie i nie zamierzam analizować, kto w tym świecie taki jest, bo ci zdecydowanie zasłużyli sobie na to, co ich spotkało. Ale pośrednio? To mógł być ktokolwiek. Przez większość czasu chodziło o zapewnienie środków do pozbycia się anonimowych osób, ale czasami, nieczęsto acz wciąż, dawka miała czynić truciznę. Wtedy zdarzało mi się wiedzieć, że nie chodzi o dorosłego typa w sile wieku. Tak samo przy spersonalizowanym... ...jak to w ogóle brzmi... ...doborze środka albo metody... ...bo wtedy po prostu musiałem wiedzieć więcej, żeby tego nie spierdolić - powiedział w pełni świadomy tego, że to nie było tak czarno białe jak Rina usiłowała to interpretować.
Ona też powinna to wiedzieć. Być może część jego uczynków była wykonywana w białych rękawiczkach. Pośrednio nie był związany z planami pozbawienia kogoś życia, bo to nie on je w to życie wcielał. On wyłącznie wykonywał pewien etap zlecenia. Tak czy inaczej. Nie odpowiadał za dalsze wykorzystanie tego, co zapewniał.
Zatem nie dopisywał tego sobie do listy własnych duchów. Przewinień również nie. To była wyłącznie praca. Źródło zarobku, nie satysfakcji czy spełnienia zawodowego. Czysty brudny biznes i nic więcej. A jednak nie czyniło to z niego dobrego człowieka. Mało kto byłby w stanie później zrozumieć, że on wyłącznie wykonywał swoje zlecenie, nie żywił zupełnie żadnych uczuć w stosunku do tego, na kogo padło. Ba. Często nawet nie znał tej osoby.
Ich bliscy wciąż mogli dociekać prawdy. Nadal mogli chcieć mścić się na wszystkich powiązanych. On by to zrobił. Szukałby odwetu na każdej marnej wszy związanej z personalną tragedią, więc tak naprawdę wyłącznie czekał aż taki dzień nadejdzie. Jak miałby w to mieszać Rinę? Kiedy ze sobą byli, naprawdę starał się uważnie dobierać klientów, ale teraz? Bywały momenty, gdy ponosiła go chęć robienia czegokolwiek, by zabić swoje widma.
- W tamtym momencie nie sądziłem, że świadomie mnie o to prosisz. W tym momencie, gdy masz już ogląd na sytuację, powinnaś być mądrzejsza - nie zamrugał, ale drgnęła mu powieka, bo to, co mówiła było dla niego nawet nie tyle zaskoczeniem, co kompletną profanacją wszystkich rzeczy, do których powinna dążyć.
Tak, zgadza się - idealizował ją tak jak i ona zapewne robiła to w stosunku do niego. Jednakże to nie znaczyło, że nie miał świadomości tego, że jego dziewczyna nigdy nie była święta. Przez większość czasu byli siebie warci. Przynajmniej dopóki nie wypierdolił poza skalę chujowych decyzji.
Wtedy zaczął jeszcze bardziej ją od tego odcinać. Nie chciał, żeby się tym brukała bardziej niż to konieczne. Nie, jeśli on mógł to robić za nią. Skoro i tak był już potępiony, miał ręce zbrukane krwią, czarną magią, nekromancją. Geraldine nie musiała.
- Znam kogoś, kto kiedyś też myślał w ten sposób. Komu wydawało się, że jebutne ostrzeżenia powtarzane co rusz to tylko sposób na trzymanie potęgi w rękach dla wąskiego grona wybrańców. Zatrzymywanie dla siebie całej władzy - stwierdził nieco kwaśno, unosząc jeden kącik ust, mimo że oczy w dalszym ciągu miał ni to poważne, ni to puste.
Dwa ciemne, podkrążone okręgi pociemniałych zielonych tęczówek niemal zakrytych przez rozszerzone źrenice. Gdyby spojrzał teraz na swoje odbicie, pewnie domyśliłby się, że w tej nagłej rozmowności nie było nic naturalnego. Wyglądał jak ktoś, kto się upił a następnie naćpał, nawet jeśli nie czuł zawrotów głowy ani nie plątał mu się język.
Mówił jasno i klarownie. Bardzo spokojnie, może nawet wręcz nienaturalnie monotonnym głosem. Więcej niż kiedykolwiek w jakiejkolwiek rozmowie, którą prowadzili. To powinno go zdziwić, zszokować czy wzbudzić w nim podejrzliwość, ale tak nie było. Po prostu mówił.
- Ten człowiek miał dobre intencje, wierz mi bądź też nie. Chciał tylko chronić to, co mu najbliższe. Na szczęście... ...bądź też nie... ...mając przy okazji wszystko, czego potrzeba do tego, żeby spróbować. Wcześniejsze pozornie głupie doświadczenia. Wpływowych krewnych maczających w tym palce, więc czemu nie od razu ostrożny mentoring. Znajomości. Dojścia do źródeł pisemnych i ustnych. Kilka lat wstecz wydawało mu się, że coś go opętało i przeklęło. Szukał odpowiedzi na pytania z tym związane. Nie było ich, wyobraź to sobie, w klasycznej literaturze. Toteż pojawiła się myśl, że może należałoby szukać głębiej. Tam też tego nie było, ale inny typ informacji zdecydowanie przyciągał wzrok. Tyle tylko, że później pojawiło się coś lepszego. Jak już nie tyle się domyślasz co oboje wiemy. Coś, jakieś przekleństwo zostało zakochaniem, zakochanie miłością, dedykacją, oddaniem. Więc te wszystkie rzeczy odeszły w odstawkę na kilka lat. Raz na jakiś czas powracały wraz z interesującymi kontaktami i możliwościami. Aż do naszego punktu wyjścia. Początek wojny, plany na przyszłość. Wieczorny dyżur i nagłe wezwanie z Ministerstwa, któremu brakowało ich własnych uzdrowicieli. Zamach w znajomym miejscu. Atak na wszelką świętość, nagle zwielokrotniony widokiem ukochanej kobiety - zaczerpnął powietrza, kręcąc głową; wiedział, że jest świadoma, do czego zmierzali. - Brygadziści walczyli z nimi jak sieroty. Protego i Drętwota? Proszę cię... ...rzeczywiście. Jedyną sensowną opcją był atak tymi samymi środkami. W ten sam sposób. Bez namysłu. Bez litości. Głowa za oko, kręgosłup za ząb. To działa, faktycznie. Te metody mogą nam przynieść bezpieczeństwo. To też już skądś znam. Tylko i wyłącznie dlatego chcę z nich korzystać, nauczyć się ich. Tak będzie. Na początku na pewno. A potem, czy gdy... ...dajmy na to, taki drobny i nieszkodliwy imperius będzie w stanie wyplątać cię z kłopotów? Wystarczy, że rzucisz go w dobrej wierze, każesz komuś odejść z miejsca zdarzenia? Czy to już będzie coś złego? Exumai rzucone podczas przeciągającego się polowania, bo przecież i tak zamierzasz zabić to stworzenie? A czy stając w obliczu poświęcenia kogoś innego dla osoby, którą kochasz, zabrania jej, żeby dać szansę twojemu człowiekowi, czy to będzie taka zła decyzja? - Wcale nie potrzebował od niej odpowiedzi na te pytania, jedynie pokazywał Rinie swój ogląd na to, co mu mówiła. - Wtedy powiedziałem ci nie, teraz nie istnieje wiele argumentów, żeby przekonać mnie do zmiany zdania. To pochłania, uwierz mi. Doszczętnie zaciera granice, więc nie. Nie mogę ci powiedzieć, że jestem tu świecącym przykładem poświęcenia dla idei. Nawet jeśli masz częściową rację, bo nie, nie stosuję tak drastycznych metod w innych przypadkach niż te najbardziej konieczne. Nie robię tego dla potrzeby czy satysfakcji - ale też nie chciał się przed nią wybielać.
Nie szukał w niej adwokata, bo nie chciał stawać przed jakimkolwiek sądem. Nie szykował się na stryczek czy ścięcie. Mówił jej wyłącznie to, o co go pytała. Jedynie odpowiadał na pytania tak jak sobie tego życzyła. Wbijając w nią wzrok i znowu sięgając po kubek z alkoholem. Biorąc głęboki łyk idealnie w momencie, w którym do jego uszu doleciało to kolejne pytanie...
...zakrztusił się. Zaciągnął zbyt wiele piekącego alkoholu nie w ten otwór oddechowy, być może nie plując nim w ostentacyjny sposób, ale zanosząc się gwałtownym kaszlem. Whisky poleciało mu przy tym nosem, wypełniając go pieczeniem.
- Co? - Wydusił z siebie, sinoczerwony z chwilowego braku tchu, łapiąc przy tym powietrze jak ryba wyrwana z wody. - O... ...widmowidzenie - tak, jasne. - Skąd, kiedy, jak długo? - I dlaczego do kurwy nędzy mówiła o tym jak o porannej przebieżce w parku?
Nie widział żadnej innej opcji. Dokładnie tak samo jak nie dostrzegał tej własnej nagłej rozmowności i gadatliwości zupełnie nie w jego stylu. Nie tylko otwierania się przed nią jak księga, ale też dawania Geraldine całej transkrypcji. Nie streszczenia a wszystkich szczegółów na każde pytanie, które mu zadawała. Na wszystko, co padło.
- Nie wiem, co jest zrozumiałe, ale raczej nie to. I nie wiem czy cieszy mnie to, że mi wierzysz. Nie, skoro dzień wcześniej to podważyłaś, zarzucając mi, że nigdy nie mogłem mieć takich planów i zawsze miałem spierdolić - nie próbował jej tego wytykać a jedynie przypominał inne fakty rzutujące na ich obecną rozmowę. - Najbardziej ironiczne jest to, że przewidziałaś to jeszcze zanim ja w ogóle miałem okazję dojść do wniosku, że to jedyne, co mogę zrobić. Spierdolić, zostawić wszystko, porzucić nas - mógłby poszukiwać wielu kolejnych określeń na to, co się stało, ale nie musiał ani nawet nie chciał tego robić.
Zamiast tego sięgnął po kubek, również upijając część zawartości i odruchowo sięgając, aby uzupełnić im obojgu braki w wypitym whisky. To było konieczne, choć ta butelka wyjątkowo szybko zaczęła się kończyć. No nic, bo przecież mieli drugą.
- Nasze życie nigdy nie było łatwe - odpowiedział bez wahania, krzywiąc się na kolejne słowa Geraldine. - Wiedziałem, że mogą mieć konsekwencje. Wszystkie decyzje je mają, szczególnie te tak ryzykowne. Sedno tkwi nie tu, tylko w tym, że wtedy po prostu nie planowałem... ...tego wszystkiego. I że lepiej by było, gdybyś mnie nigdy nie poznała, gdybyśmy tylko bez słowa mijali się gdzieś w tle, bo wtedy nie musiałabyś cierpieć z powodu czegoś, co nigdy nawet nie było sygnowane twoją zgodą - taka prawda.
Zgadzając się na życie z nim, nigdy nie zgadzała się na to, co szło w tej części pakietu, z której oboje nie zdawali sobie sprawy. Oczywiście, że miał się winić i uważać za czarny charakter. To było branie odpowiedzialności.
- Do usranej śmierci - ale się nie uśmiechnął, tym bardziej, że nie spodziewał się, że przyjdzie mu kiedykolwiek użyć tego określenia w podobnym kontekście - która pewnie nadejdzie całkiem szybko, zważywszy na to, że tak jak mówisz: walka w pojedynkę z całym światem jest kurewsko niemożliwa na dłuższą metę - chyba miała szczęście, że był pijany, bo mówił jej rzeczy, które normalnie raczej wyciągnąłby wyłącznie w ostateczności, najprędzej na łóżku śmierci.
Tymczasem teraz wypływały z jego ust wraz z odpowiedziami na wszystko, co potrzebowała od niego usłyszeć. W przeciwieństwie do tego, czego on miesiącami nie chciał słuchać od innych ludzi. Teraz też mając problem z mówieniem o tym, choć świadomość, że to były tylko plotki powinna mu przynieść odkupienie. Tak się nie stało.
- Tak, wiem. Rozmawialiśmy o tym nie raz i nie dwa. Stąd to wydawało się jeszcze bardziej prawdopodobne. To, że z... ...nim... ...też mogłabyś z początku tylko dawać im powód do gadania. Popisówkę, pokaz pod publiczkę - to nie był wyrzut, ale Erik też był jej przyjacielem.
Skąd miał wiedzieć, czy w istocie nie takim jak on kiedyś? Nie najlepszym kumplem z głową na jej kolanach i dłonią Geraldine na jego obojczykach, sunącą w dół, wywołującą falę nieugaszonego podniecenia? Potrzebowali pół roku. Po kolejnych sześciu miesiącach był już całkowicie ugruntowany w tym, że chce z nią spędzić życie. A ktoś inny? Mając skarb w rękach, również być może nie chciał go z nich wypuszczać. Musiała zrozumieć to podejście. Te wątpliwości i obawy, potwarz wraz z policzkiem wymierzonym na odległość.
- Nie żartowałem, gdy mówiłem ci, że jeśli to możliwe... ...jeżeli to będzie kiedykolwiek możliwe, to do tego czasu miną lata. Wręcz dekady - odmruknął, mimo woli wyginając kąciki ust w półuśmiechu.
Starzy ludzie. Nie mieli dożyć starości, ale to była ta jedyna choć trochę pozytywna wizja w ich życiu. Wszystkie inne decyzje, plany czy słowa były głównie mącące i bolesne. Tak jak to, co padło z jej ust. Coś, na czego dźwięk wreszcie przesunął palce mniej więcej do połowy długości stołu między nimi. Nie dalej, ale to zrobił, gotów na kilka chwil chwycić Yaxleyównę za rękę.
- Chcę i nie chcę - to też było skomplikowane. - Ta egoistyczna część chce to słyszeć, uwierz mi, ale nie mogę patrzeć tylko na nią, bo ja też cię kocham. Tym samym chcę dla ciebie wszystkiego, co najlepsze. A ja tym nie jestem. Nazywaj mnie jak chcesz. Czarny charakter to uproszczenie. Możliwe, że faktycznie nie pasuje. To bardziej... ...agresywny pies zerwany z łańcucha. I to pies ogrodnika. Spierdolił, ale wraca. Szarpie i gryzie, ale panoszy się po dawnym terytorium. Łaknie tego, ale czego tak właściwie? - Tu leżało główne pytanie.
Tu był pies pogrzebany.
No i od kiedy zrobił się tak kurewsko metaforyczny?
- Nie wiem jak inaczej to sobie wyobrażasz - skwitował cicho, nawet nie próbując kwestionować jej słów. - Skoro nie możemy być sojusznikami na stałe ani z doskoku. Jeżeli nie możemy mieć wspólnej przyszłości w jednym domu ani być przyjaciółmi. Jeśli nie zamierzamy być kochankami, urządzając sobie potajemne schadzki, bo to jest całkowicie absurdalne. To kim mamy być? Obcymi ludźmi? Nie chcę być dłużej twoim wrogiem - choć to było przesadzone słowo, nawet jeśli w rzeczywistości zdarzało im się słać ku sobie naprawdę żałośnie złe spojrzenia i kierować wstrętne, obrzydliwe słowa.
Gdzieś w głębi duszy wiedział, że prócz tego istniała jeszcze jedna opcja. Ta, którą już kiedyś rozważał, ale odsunął ją od siebie pod wpływem bieżących wydarzeń w Dolinie Godryka. Teraz w końcu wypowiadając to na głos.
- Mogę wyjechać. Gdy tylko skończy się sprawa widm. Zawsze znajdę pracę, najlepiej gdzieś jak najdalej stąd. Zagranicą - to nie była propozycja, tylko kolejna z prawd co do tego, co należało zrobić.
Wiedział to równie dobrze jak wiele innych rzeczy. Miał świadomość tego, że dzięki temu uniknęliby wpadania na siebie i całej tej męczarni. Być może spróbowaliby żyć jakoś ze świadomością duszenia się wspólnym co by było gdyby, ale tak. To była kolejna słuszność.
Jak tamta wtedy. Ta, o której mówili. Którą należało zrobić, nawet jeśli nie ucieszył się, że Rina podzielała jego zdanie.
- Tak. To było słuszne. Szkoda tylko, że trwało tak krótko - zgadza się, przed chwilą powiedział, że męczarnie tego człowieka były długie, ale na takie winy nie było chyba dostatecznie mocnych i długich cierpień; wszystkie miały być za krótkie.
Słysząc kolejne słowa Yaxleyówny, kolejny raz przeniósł wzrok na sufit, kręcąc głową. Nie, nie zgadzał się z tym, ale nie potrzebował tego słownie komentować. Tak, była tutaj. Żywa. To bezsprzecznie miało największe znaczenie, ale tamten atak nie mógł być bagatelizowany. Nie w obliczu tamtej drugiej tragedii.
- Chciałbym w to wierzyć tak bardzo jak ty to robisz, ale zamiast tego - urwał na sekundę, instynktownie powracając spojrzeniem do jej oczu. - Nie potrafię zrozumieć, dlaczego robisz to, co robisz. Nie kłócisz się ze mną. Nie wyrzucasz mi tego, co powinnaś mówić. Traktujesz to jak coś, co jest normalne... ...a ja nie wiem. To mi miesza w głowie. Nie chcę cię w to wciągać. Tak samo jak naszych przyjaciół. Głębiej niż wszyscy w tym siedzicie. A gdy tak o tym mówisz, kurewsko łatwo byłoby ci powiedzieć dobrze, niech tak będzie i odpuścić. Nie chcę spać na kanapie przez kolejne dni. Ani kupować sobie dostawki do pustego pokoju. Chcę cię kochać, kochać się z tobą, wziąć cię na tym stole, na którym zaczęliśmy naszą dyskusję. A potem wszędzie indziej. Przez kilka dni olać naprawdę domu tylko po to, żeby może zająć się nią w przerwie od nas. A potem znowu. Aż to znów będzie dom - stwierdził, przymykając oczy i zaraz znowu je otwierając. - Twoje słowa i reakcje są jak trucizna. Czuję się odurzony. Wiem, że nie myślę trzeźwo, ale to nic nie zmienia. Problemy wciąż z nami pozostają - przecież to wiedziała.
Nawet w tym wszystkim, co mówiła i robiła, z pewnością nie była tak głupia, aby nie wiedzieć, że nie zamierzał zmieniać podejścia. Wbrew temu, co tu padło, nie zamierzał ulegać podszeptom zwodniczego serca.
- Chcesz ode mnie pełnej szczerości? Nieocenzurowanej wersji? - Gdyby tylko wiedział, że tak i w istocie wręcz podjęła wszelkie możliwe środki, żeby przedstawił jej to w ten sposób. - Nie wiem. Nie wiem i często nie chcę wiedzieć. Mogę się domyślać, ale tego też staram się unikać - stwierdził wprost, nie spuszczając z niej wzroku. - Bezpośrednio? To nie byli dobrzy ludzie i nie zamierzam analizować, kto w tym świecie taki jest, bo ci zdecydowanie zasłużyli sobie na to, co ich spotkało. Ale pośrednio? To mógł być ktokolwiek. Przez większość czasu chodziło o zapewnienie środków do pozbycia się anonimowych osób, ale czasami, nieczęsto acz wciąż, dawka miała czynić truciznę. Wtedy zdarzało mi się wiedzieć, że nie chodzi o dorosłego typa w sile wieku. Tak samo przy spersonalizowanym... ...jak to w ogóle brzmi... ...doborze środka albo metody... ...bo wtedy po prostu musiałem wiedzieć więcej, żeby tego nie spierdolić - powiedział w pełni świadomy tego, że to nie było tak czarno białe jak Rina usiłowała to interpretować.
Ona też powinna to wiedzieć. Być może część jego uczynków była wykonywana w białych rękawiczkach. Pośrednio nie był związany z planami pozbawienia kogoś życia, bo to nie on je w to życie wcielał. On wyłącznie wykonywał pewien etap zlecenia. Tak czy inaczej. Nie odpowiadał za dalsze wykorzystanie tego, co zapewniał.
Zatem nie dopisywał tego sobie do listy własnych duchów. Przewinień również nie. To była wyłącznie praca. Źródło zarobku, nie satysfakcji czy spełnienia zawodowego. Czysty brudny biznes i nic więcej. A jednak nie czyniło to z niego dobrego człowieka. Mało kto byłby w stanie później zrozumieć, że on wyłącznie wykonywał swoje zlecenie, nie żywił zupełnie żadnych uczuć w stosunku do tego, na kogo padło. Ba. Często nawet nie znał tej osoby.
Ich bliscy wciąż mogli dociekać prawdy. Nadal mogli chcieć mścić się na wszystkich powiązanych. On by to zrobił. Szukałby odwetu na każdej marnej wszy związanej z personalną tragedią, więc tak naprawdę wyłącznie czekał aż taki dzień nadejdzie. Jak miałby w to mieszać Rinę? Kiedy ze sobą byli, naprawdę starał się uważnie dobierać klientów, ale teraz? Bywały momenty, gdy ponosiła go chęć robienia czegokolwiek, by zabić swoje widma.
- W tamtym momencie nie sądziłem, że świadomie mnie o to prosisz. W tym momencie, gdy masz już ogląd na sytuację, powinnaś być mądrzejsza - nie zamrugał, ale drgnęła mu powieka, bo to, co mówiła było dla niego nawet nie tyle zaskoczeniem, co kompletną profanacją wszystkich rzeczy, do których powinna dążyć.
Tak, zgadza się - idealizował ją tak jak i ona zapewne robiła to w stosunku do niego. Jednakże to nie znaczyło, że nie miał świadomości tego, że jego dziewczyna nigdy nie była święta. Przez większość czasu byli siebie warci. Przynajmniej dopóki nie wypierdolił poza skalę chujowych decyzji.
Wtedy zaczął jeszcze bardziej ją od tego odcinać. Nie chciał, żeby się tym brukała bardziej niż to konieczne. Nie, jeśli on mógł to robić za nią. Skoro i tak był już potępiony, miał ręce zbrukane krwią, czarną magią, nekromancją. Geraldine nie musiała.
- Znam kogoś, kto kiedyś też myślał w ten sposób. Komu wydawało się, że jebutne ostrzeżenia powtarzane co rusz to tylko sposób na trzymanie potęgi w rękach dla wąskiego grona wybrańców. Zatrzymywanie dla siebie całej władzy - stwierdził nieco kwaśno, unosząc jeden kącik ust, mimo że oczy w dalszym ciągu miał ni to poważne, ni to puste.
Dwa ciemne, podkrążone okręgi pociemniałych zielonych tęczówek niemal zakrytych przez rozszerzone źrenice. Gdyby spojrzał teraz na swoje odbicie, pewnie domyśliłby się, że w tej nagłej rozmowności nie było nic naturalnego. Wyglądał jak ktoś, kto się upił a następnie naćpał, nawet jeśli nie czuł zawrotów głowy ani nie plątał mu się język.
Mówił jasno i klarownie. Bardzo spokojnie, może nawet wręcz nienaturalnie monotonnym głosem. Więcej niż kiedykolwiek w jakiejkolwiek rozmowie, którą prowadzili. To powinno go zdziwić, zszokować czy wzbudzić w nim podejrzliwość, ale tak nie było. Po prostu mówił.
- Ten człowiek miał dobre intencje, wierz mi bądź też nie. Chciał tylko chronić to, co mu najbliższe. Na szczęście... ...bądź też nie... ...mając przy okazji wszystko, czego potrzeba do tego, żeby spróbować. Wcześniejsze pozornie głupie doświadczenia. Wpływowych krewnych maczających w tym palce, więc czemu nie od razu ostrożny mentoring. Znajomości. Dojścia do źródeł pisemnych i ustnych. Kilka lat wstecz wydawało mu się, że coś go opętało i przeklęło. Szukał odpowiedzi na pytania z tym związane. Nie było ich, wyobraź to sobie, w klasycznej literaturze. Toteż pojawiła się myśl, że może należałoby szukać głębiej. Tam też tego nie było, ale inny typ informacji zdecydowanie przyciągał wzrok. Tyle tylko, że później pojawiło się coś lepszego. Jak już nie tyle się domyślasz co oboje wiemy. Coś, jakieś przekleństwo zostało zakochaniem, zakochanie miłością, dedykacją, oddaniem. Więc te wszystkie rzeczy odeszły w odstawkę na kilka lat. Raz na jakiś czas powracały wraz z interesującymi kontaktami i możliwościami. Aż do naszego punktu wyjścia. Początek wojny, plany na przyszłość. Wieczorny dyżur i nagłe wezwanie z Ministerstwa, któremu brakowało ich własnych uzdrowicieli. Zamach w znajomym miejscu. Atak na wszelką świętość, nagle zwielokrotniony widokiem ukochanej kobiety - zaczerpnął powietrza, kręcąc głową; wiedział, że jest świadoma, do czego zmierzali. - Brygadziści walczyli z nimi jak sieroty. Protego i Drętwota? Proszę cię... ...rzeczywiście. Jedyną sensowną opcją był atak tymi samymi środkami. W ten sam sposób. Bez namysłu. Bez litości. Głowa za oko, kręgosłup za ząb. To działa, faktycznie. Te metody mogą nam przynieść bezpieczeństwo. To też już skądś znam. Tylko i wyłącznie dlatego chcę z nich korzystać, nauczyć się ich. Tak będzie. Na początku na pewno. A potem, czy gdy... ...dajmy na to, taki drobny i nieszkodliwy imperius będzie w stanie wyplątać cię z kłopotów? Wystarczy, że rzucisz go w dobrej wierze, każesz komuś odejść z miejsca zdarzenia? Czy to już będzie coś złego? Exumai rzucone podczas przeciągającego się polowania, bo przecież i tak zamierzasz zabić to stworzenie? A czy stając w obliczu poświęcenia kogoś innego dla osoby, którą kochasz, zabrania jej, żeby dać szansę twojemu człowiekowi, czy to będzie taka zła decyzja? - Wcale nie potrzebował od niej odpowiedzi na te pytania, jedynie pokazywał Rinie swój ogląd na to, co mu mówiła. - Wtedy powiedziałem ci nie, teraz nie istnieje wiele argumentów, żeby przekonać mnie do zmiany zdania. To pochłania, uwierz mi. Doszczętnie zaciera granice, więc nie. Nie mogę ci powiedzieć, że jestem tu świecącym przykładem poświęcenia dla idei. Nawet jeśli masz częściową rację, bo nie, nie stosuję tak drastycznych metod w innych przypadkach niż te najbardziej konieczne. Nie robię tego dla potrzeby czy satysfakcji - ale też nie chciał się przed nią wybielać.
Nie szukał w niej adwokata, bo nie chciał stawać przed jakimkolwiek sądem. Nie szykował się na stryczek czy ścięcie. Mówił jej wyłącznie to, o co go pytała. Jedynie odpowiadał na pytania tak jak sobie tego życzyła. Wbijając w nią wzrok i znowu sięgając po kubek z alkoholem. Biorąc głęboki łyk idealnie w momencie, w którym do jego uszu doleciało to kolejne pytanie...
...zakrztusił się. Zaciągnął zbyt wiele piekącego alkoholu nie w ten otwór oddechowy, być może nie plując nim w ostentacyjny sposób, ale zanosząc się gwałtownym kaszlem. Whisky poleciało mu przy tym nosem, wypełniając go pieczeniem.
- Co? - Wydusił z siebie, sinoczerwony z chwilowego braku tchu, łapiąc przy tym powietrze jak ryba wyrwana z wody. - O... ...widmowidzenie - tak, jasne. - Skąd, kiedy, jak długo? - I dlaczego do kurwy nędzy mówiła o tym jak o porannej przebieżce w parku?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down