Niby nie miał z bachorami do czynienia, niby było „o nie, dziecko” urwane w półsłowa, by nikomu nie sprawić przykrości, ale prawdę mówiąc, to Sauriel bardzo dobrze wszedł w rolę i rozmowę z młodą Liv. Być może miało na to wpływ miejsce – znajome Saurielowi, być może obecność mruczków, albo delikatny uśmiech Victorii… A może to po prostu ciekawskie usposobienie Livii, która przecież nie była delikatną porcelaną w wieku lat sześciu, a młodą, dwunastoletnią damą, która miała już swój pierwszy rok w Hogwarcie za sobą i pierwsze dziesięć miesięcy z dala od domu i Isabelli. Albo – nie był w to tak beznadziejny, jak się podejrzewał, bo miał w końcu tendencję do tego, by bardzo sobie umniejszać. Może tylko myślał, że nie znosi dzieci, a potem… Potem okazywało się, że nie są wcale takie złe.
– No jak nie oczom, to czemu mam ufać? Nosu? – Olivia zmarszczyła zgrabny nosek, jakby chciała to właśnie zaprezentować. Ale nie trzeba było być geniuszem, by wiedzieć, że jak gdzieś śmierdzi, to się tam nie wchodzi, albo nie przebywa się obok kogoś, kto cuchnął. Już zresztą otwierała buzię, żeby dalej się kłócić z Saurielem, ale ten kontynuował, więc ją zamknęła. A potem zmrużyła oczy, przekręciła głowę w jedną, potem w drugą stronę… Potem spojrzała na Victorię, na Sauriela…
– Powinnaś ufać temu, co masz tutaj – Victoria w końcu się zlitowała i popukała się palcem po skroni. – Nie każde złoto jasno błyszczy – dodała, zupełnie nieświadomie cytując słowa przeczytane w książce, którą pożyczył jej Sauriel. Książce, którą przeczytała dla niego i z której wyciągnęła być może więcej, niż Rookwood mógł się spodziewać. – Chodzi mi o to, że–
– Że pozory mylą, wiem – przerwała siostrze i westchnęła cicho. – Są tacy? To powinno się ich… – i Livia uderzyła piąstką w otwartą dłoń, jasno wskazując na to, co powinno się robić z mężczyznami, którzy potem leją panny po pysku: ich powinno się zlać. – No to jak takich rozpoznać? – odezwała się do Sauriela, nie zwracając żadnej uwagi na to, że właśnie pił alkohol. Victoria zresztą posłała mu tylko lekki uśmiech w odpowiedzi na ten niemy toast i kiwnęła do niego głową.
– Pewnie chodzą. Niezły model swoją drogą – Victoria aż tak się tym nie przejmowała, ot rysunek, głupi i pełen stereotypów. – Mógł być chory za życia – i to była prawdopodobna odpowiedź.
A potem wbiła bardzo wymowne spojrzenie w Sauriela, który się zapomniał i znowu mówił łaciną podwórkową wśród dam – a spojrzenie miała bardzo intensywne. Najpewniej była to jedna z jej umiejętności przekazywania ludziom wiadomości bez wypowiadania słów, pewnie dlatego Stanley czasami aż się pocił ze stresu, kiedy patrzyła na niego przenikliwie, kiedy coś mocno przeskrobał. Sauriel nie przeskrobał – był po prostu… mówił brzydko. I to „spuszczanie się” – Victoria była bliska przewrócenia oczami i wysyłania mu lekko gniewnych błysków. Ale Livia się roześmiała.
– Zielony to bardzo ładny kolor – zaperzyła się, a po dwóch sekundach zmrużyła oczy. – Aha, czyli Slytherin też nie – to była łatwa dedukcja, zwłaszcza jeśli Livia miała choć ułamek umysłu Victorii i jej kojarzenia faktów.