27.01.2023, 00:30 ✶
Rookwood, zamiast zamknąć gębę na kłódkę – i najlepiej uderzyć się w pierś oraz nabrać rozumu – najwyraźniej wolał dalej iść w zaparte i przepychać kolanem własną wizję. Nie bacząc w najmniejszym nawet stopniu na to, iż miał przeciwko sobie kilka osób, które próbowały wskazać, iż nie, rzeczywistość nie kształtowała się dokładnie tak, jak by sobie tego życzył.
I im dłużej Chester mówił, tym mocniej stawał na odcisk Mavelle. Siłą rzeczy, miała w sobie całkiem spore pokłady cierpliwości, tak potrzebne w codziennej pracy brygadzisty – w końcu ile się trzeba było natłumaczyć czasem ludziom, że nie, nie można tu parkować miotły, a pomysł postawienia jej w tamtym miejscu jest jeszcze głupszy (lub milion innych pierdół)… albo wysłuchiwać wzajemnych oskarżeń i próbować dochodzić do sedna sprawy. I tak dalej, i tak dalej.
Ale nawet taka wyćwiczona cierpliwość miała swoje granice; Rookwood powoli do nich docierał.
Nie sprawiała teraz wrażenia tej przyjaznej Bones; teraz pojawiło się na wierzchu coś o wiele mroczniejszego, coś, co kazało się zastanowić, czy aby na pewno dobrze się robiło, brnąc dalej w swoje postępowania. Coś, od czego przechodziły dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Coś, co często sprawiało, iż ci, z którymi miała do czynienia, bardzo szybko pokornieli.
A potem oficjalnie przestała się nim interesować. Spojrzała gdzieś w bok, jakby obserwowała coś, co przykuło jej uwagę, wydając się całkiem nie słuchać tego, co mówił. Ale przynajmniej milczała dość długo, choć biorąc pod uwagę, że zaczęła traktować Rookwooda jak coś, co po prostu zostało postawione w tym konkretnym miejscu, nie wiadomo kiedy, po co, ale niech sobie będzie, niekoniecznie to znaczyło, że się go posłuchała. Zresztą, w zasadzie nie musiała nic mówić, w samo sedno utrafiła zarówno Brenna, jak i Erik – kolejne słowa w tym temacie były zbędne. Zwłaszcza że „pan dofutca” zdawał się mieć zbyt zakuty łeb, żeby coś do niego trafiło.
W istocie jednak obserwowała mężczyznę kątem oka, gotowa do szybkiego wyciągnięcia różdżki, gdyby strzeliło mu do głowy coś bardzo, bardzo głupiego. I nie, nie miałaby najmniejszych skrupułów, by udzielić bardzo brutalnej odpowiedzi.
- W porządku, Erik – zaakceptowała przydzielone zadanie, skupiając spojrzenie na kuzynie. Posłała mu lekki uśmiech, aczkolwiek ten w tej chwili bynajmniej nie sięgał oczu – na to najwyraźniej była zbyt wkurwiona.
Pokręciła powoli głową, gdy Lucy wyskoczyła ze swoimi przeprosinami. Były całkiem zbędne; gest miły, owszem, ale to nie ona powinna się tłumaczyć.
- Nie ty powinnaś przepraszać – stwierdziła tylko, łagodząc ton swego głosu, po czym odwróciła się na pięcie i poszła za Brenną.
I im dłużej Chester mówił, tym mocniej stawał na odcisk Mavelle. Siłą rzeczy, miała w sobie całkiem spore pokłady cierpliwości, tak potrzebne w codziennej pracy brygadzisty – w końcu ile się trzeba było natłumaczyć czasem ludziom, że nie, nie można tu parkować miotły, a pomysł postawienia jej w tamtym miejscu jest jeszcze głupszy (lub milion innych pierdół)… albo wysłuchiwać wzajemnych oskarżeń i próbować dochodzić do sedna sprawy. I tak dalej, i tak dalej.
Ale nawet taka wyćwiczona cierpliwość miała swoje granice; Rookwood powoli do nich docierał.
Nie sprawiała teraz wrażenia tej przyjaznej Bones; teraz pojawiło się na wierzchu coś o wiele mroczniejszego, coś, co kazało się zastanowić, czy aby na pewno dobrze się robiło, brnąc dalej w swoje postępowania. Coś, od czego przechodziły dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Coś, co często sprawiało, iż ci, z którymi miała do czynienia, bardzo szybko pokornieli.
A potem oficjalnie przestała się nim interesować. Spojrzała gdzieś w bok, jakby obserwowała coś, co przykuło jej uwagę, wydając się całkiem nie słuchać tego, co mówił. Ale przynajmniej milczała dość długo, choć biorąc pod uwagę, że zaczęła traktować Rookwooda jak coś, co po prostu zostało postawione w tym konkretnym miejscu, nie wiadomo kiedy, po co, ale niech sobie będzie, niekoniecznie to znaczyło, że się go posłuchała. Zresztą, w zasadzie nie musiała nic mówić, w samo sedno utrafiła zarówno Brenna, jak i Erik – kolejne słowa w tym temacie były zbędne. Zwłaszcza że „pan dofutca” zdawał się mieć zbyt zakuty łeb, żeby coś do niego trafiło.
W istocie jednak obserwowała mężczyznę kątem oka, gotowa do szybkiego wyciągnięcia różdżki, gdyby strzeliło mu do głowy coś bardzo, bardzo głupiego. I nie, nie miałaby najmniejszych skrupułów, by udzielić bardzo brutalnej odpowiedzi.
- W porządku, Erik – zaakceptowała przydzielone zadanie, skupiając spojrzenie na kuzynie. Posłała mu lekki uśmiech, aczkolwiek ten w tej chwili bynajmniej nie sięgał oczu – na to najwyraźniej była zbyt wkurwiona.
Pokręciła powoli głową, gdy Lucy wyskoczyła ze swoimi przeprosinami. Były całkiem zbędne; gest miły, owszem, ale to nie ona powinna się tłumaczyć.
- Nie ty powinnaś przepraszać – stwierdziła tylko, łagodząc ton swego głosu, po czym odwróciła się na pięcie i poszła za Brenną.
404/1434