27.01.2023, 01:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.01.2023, 01:42 przez Patrick Steward.)
Patrick był obserwatorem. Chociaż zdarzało mu się przy tym pozostawać głośnym, hałaśliwym, żartującym i udającym głupszego niż był w rzeczywistości, tak naprawdę zawsze stał z boku i patrzył nie tylko na ludzi, ale też wydarzenia, w których ci brali udział. Może dlatego najłatwiej było mu nabrać dystansu do tego, co się właśnie stało.
Nie miał pojęcia, co tego dnia ugryzło Rookwooda i zamiast zachować się jak przyzwoity służbista, zachowywał się jak małostkowy furiat. Najpierw wszczął zupełnie niepotrzebną awanturę o to, kto był ważniejszy w zebranym zespole. Gdyby jeszcze Brenna, Mavelle, Heather lub Thomas pieprzyli farmazony… ale właściwie wszystko co zaproponowali, Chester przyklepał bez mrugnięcia okiem. Tylko wcześniej popsuł atmosferę a później nie wiedział, kiedy zamilknąć. Potem był ten zupełnie niewłaściwy pokaz nienawiści wobec Harwicka... Jeśli Rookwood marzył o awansie w pracy to takie wyskoki pokazywały, że na ten awans nie był nijak gotowy. Nie z takimi poglądami w głowie. Nie w czasie, gdy Czarny Pan organizował się ze swoimi zwolennikami. W tych dniach nawet średnio rozgarnięty krab nie dopuściłby do tego, by czarodziej tak otwarcie deklarujący niechęć wobec mugolaków mógł cokolwiek znaczyć w Ministerstwie Magii. Chyba, że władzę przejęliby tam śmierciożercy – ale Patrick miał nadzieję, że Rookwood przynajmniej w ich sprawie stał po tej właściwej stronie barykady.
Pokręcił głową, spoglądając za oddalającym się starszym aurorem. Naprawdę nie spodziewał się, że to spotkanie pójdzie aż tak źle. Niby ustalili wszystko, co powinni ustalić, ale wątpił by po tym, co się tu wydarzyło, miała jeszcze nastać między Chesterem a resztą atmosfera potrzebna do owocnej współpracy. A to źle rokowało nie tylko na czas Beltaine ale i na przyszłość.
- Zdaje się, że wszyscy potrzebujemy teraz chwili czasu by odetchnąć – zauważył, spoglądając na tych, którzy jeszcze nie odeszli. Posłał im nawet krzywy uśmiech. I chociaż całej sytuacji nie dało się specjalnie obrócić w żart, to liczył na to, że przynajmniej odrobinę zejdzie z nich para. – Nie przejmujcie się nim. Nie mam pojęcia, co mu się dzisiaj stało, ale pamiętajcie, że jesteście dobrymi brygadzistami – i w większości również członkami Zakonu Feniksa, dodał w myślach. – Wiecie na czym polega wasza praca i co musicie robić. A teraz… Mavelle, chodźmy już zająć się tym poszerzaniem przejść. Thomas, gdybyście z góry zauważyli z Heather coś niepokojącego, dajcie znać. Lucy, jak się pośpieszysz, jeszcze dogonisz Brennę, zanim zacznie wasze zadanie – zauważył, a potem razem z brygadzistką Bones poszli wykonać to, które zostało przydzielone im.
Nie miał pojęcia, co tego dnia ugryzło Rookwooda i zamiast zachować się jak przyzwoity służbista, zachowywał się jak małostkowy furiat. Najpierw wszczął zupełnie niepotrzebną awanturę o to, kto był ważniejszy w zebranym zespole. Gdyby jeszcze Brenna, Mavelle, Heather lub Thomas pieprzyli farmazony… ale właściwie wszystko co zaproponowali, Chester przyklepał bez mrugnięcia okiem. Tylko wcześniej popsuł atmosferę a później nie wiedział, kiedy zamilknąć. Potem był ten zupełnie niewłaściwy pokaz nienawiści wobec Harwicka... Jeśli Rookwood marzył o awansie w pracy to takie wyskoki pokazywały, że na ten awans nie był nijak gotowy. Nie z takimi poglądami w głowie. Nie w czasie, gdy Czarny Pan organizował się ze swoimi zwolennikami. W tych dniach nawet średnio rozgarnięty krab nie dopuściłby do tego, by czarodziej tak otwarcie deklarujący niechęć wobec mugolaków mógł cokolwiek znaczyć w Ministerstwie Magii. Chyba, że władzę przejęliby tam śmierciożercy – ale Patrick miał nadzieję, że Rookwood przynajmniej w ich sprawie stał po tej właściwej stronie barykady.
Pokręcił głową, spoglądając za oddalającym się starszym aurorem. Naprawdę nie spodziewał się, że to spotkanie pójdzie aż tak źle. Niby ustalili wszystko, co powinni ustalić, ale wątpił by po tym, co się tu wydarzyło, miała jeszcze nastać między Chesterem a resztą atmosfera potrzebna do owocnej współpracy. A to źle rokowało nie tylko na czas Beltaine ale i na przyszłość.
- Zdaje się, że wszyscy potrzebujemy teraz chwili czasu by odetchnąć – zauważył, spoglądając na tych, którzy jeszcze nie odeszli. Posłał im nawet krzywy uśmiech. I chociaż całej sytuacji nie dało się specjalnie obrócić w żart, to liczył na to, że przynajmniej odrobinę zejdzie z nich para. – Nie przejmujcie się nim. Nie mam pojęcia, co mu się dzisiaj stało, ale pamiętajcie, że jesteście dobrymi brygadzistami – i w większości również członkami Zakonu Feniksa, dodał w myślach. – Wiecie na czym polega wasza praca i co musicie robić. A teraz… Mavelle, chodźmy już zająć się tym poszerzaniem przejść. Thomas, gdybyście z góry zauważyli z Heather coś niepokojącego, dajcie znać. Lucy, jak się pośpieszysz, jeszcze dogonisz Brennę, zanim zacznie wasze zadanie – zauważył, a potem razem z brygadzistką Bones poszli wykonać to, które zostało przydzielone im.