06.01.2025, 01:47 ✶
- Czyli nic nowego - odparł gładko, skoro to od jakiegoś czasu było ich karykaturalną domeną.
Tak. Zgadza się. Mieli problem, ale to nie było nic nowego ani tym bardziej odkrywczego, bo w ostatnich latach mieli chyba niemal wyłącznie same kłopoty. Coraz to nowsze i bardziej popaprane. Los zdecydowanie im ich nie oszczędzał. Wręcz fundował im swój luksusowy pakiet dla najdzielniejszych wojowników. Miesiąc w miesiąc, rok w rok. Ile jeszcze? Nie mogli wiedzieć, ale nie zapowiadało się na żadne pozytywne zmiany.
- No to mi dojebałaś - choć chciał, nie mógł przyznać, że tego nie zrobiła, bo poczuł się tym naprawdę kurewsko ugodzony. - Ale poniekąd trafiłaś przy tym w sedno, bo to chyba u nas rodzinne. Spierdalanie, gdy robi się ciężko - tego też wcale nie chciał mówić, bo przecież naprawdę usiłował nie zachowywać się jak ta część swojej rodziny, ale w ostatnim czasie zaczynał coraz bardziej w to wierzyć.
W końcu z Kniei też wtedy spierdolił. Wycofał się z jaskini dopplegangera. Walczył ze sobą czy nie zostawić Thomasa na pastwę losu, brnąc dalej wgłąb tuneli dla dobrych intencji, ale poniekąd to też było porzucenie. Rzucał wszystko i wszystkich. Może w istocie miał w sobie znacznie więcej po matce niżeli tylko to jebane widmowidzenie czy kolor oczu.
- Co nie znaczy, że nie próbuję go mieć i tego robić. Jak do tej pory oboje widzimy jak chujowo to wychodzi - odparł dla siebie samego ponuro, choć ton jego głosu w istocie nie zmienił się ani odrobinę.
Twarz Ambroisa również pozostała dokładnie taka sama. Nie drgnął mu żaden mięsień a jego wzrok nie cofnął się ani na jotę od dalekiego punktu za oknem, w którym był utkwiony.
Zawsze starał się myśleć na swój sposób perspektywicznie. Tyle tylko, że jako młody i zbuntowany czarodziej tuż po szkole bez wizji kariery w tym, w czym widział się przez kilka lat, za to z wizją raczej dosyć krótkiego życia robił dokładnie to, co za chwilę zamierzała mu zasugerować jego dziewczyna. Starał się czerpać garściami z życia. Po prostu robić wszystko, aby żyć tu i teraz. Osiągnąć sukces w jak najkrótszym czasie. Nażyć się na zapas, nie przewidując, że to odbije mu się czkawką tyle lat później.
- Sama wiesz. Sama widziałaś. Nie próbuj oszukiwać ani mnie, ani siebie - pokręcił głową. - Tu już nawet nie chodzi o moją przypadłość, bo nie dożyję czasów, gdy będzie mi naprawdę przeszkadzać - nie używał słowa najpewniej, bo był o tym przekonany. - Prędzej czy później wykończy mnie moja własna działalność. Nieuważność albo noce takie jak tamta, może jedno z drugim. Brak skrupułów, brak powodu do tego, żeby odpuścić, bo do czego mam wracać? Kochaliśmy się, Bruyère, uprawialiśmy seks. Doskonale widziałaś, co zrobił ze mną ten czas. Wiem, że to zauważyłaś. Nie mydlmy sobie oczu. Prędzej czy później zostanę Farciarzem. Kto wie, może on też miał kiedyś perspektywy, zanim nie było nikogo, kto by go szukał? - To była ponura i czarna myśl, lecz zgodna z tym, o czym czasami myślał, gdy noce stawały się zbyt ciężkie i przytłaczające.
Zazwyczaj wtedy ostatecznie rzucał się na Londyn, korzystając z nocnego życia tylko po to, żeby przygruchać sobie byle kogoś. Jakąś dzierlatkę, która otoczyłaby go ramionami, aby nie czuł się zupełnie samotny i opuszczony. To było tragiczne, to tak naprawdę nie było żadnym lekiem na wszystko, co czuł. Nie mogło nim być, ale było lepsze niż wrażenie, że może niegdyś w istocie zabił swoją przyszłą-teraźniejszą wersję.
- A rodzina? Co im wtedy powiesz? Jak to wytłumaczysz matce, która z roku na rok będzie coraz bardziej zdesperowana, by wydać cię za mąż i mieć wnuki? Astaroth im ich nie da. Wasz najstarszy brat też nie. Poza tym dzieci. Sama mówiłaś, że ich chciałaś. Odbierzesz to sobie, żeby za dekady związać się z jakimś niedołężnym starcem, który pewnie nawet tego nie dożyje? - Nie wierzył w to, bo nie chciał w to uwierzyć.
Nie powinna skazywać się na tego rodzaju samotność. Na bycie tą oziębłą damą. Kimś, kto czekał. Nie chciał tego dla niej. To było poświęcenie, którego nie mógł od niej przyjąć.
- I tak. Wiem. Nigdy nie było mi lepiej jak wtedy, kiedy byliśmy razem, ale nie rozumiem, dlaczego? Dlaczego po tym wszystkim, co nam zrobiłem, dalej upierasz się, że byłem dla ciebie dobry? - Jednocześnie potrzebował i nie chciał tego wiedzieć.
To było skomplikowane i porypane. Popierdolone, choć znał odpowiedź na to kolejne pytanie. Choć on sam również przecież nie zmienił podejścia.
- Ciebie - nie musiał się zastanawiać ani dodawać cokolwiek innego, wyjaśniać i wdawać się w zawiłe dyskusje, bo odpowiedź na to pytanie była zatrważająco prosta.
A on gdzieś w głębi duszy był tego cholernie świadomy. Aż za bardzo, zważywszy na to, co działo się dookoła. Na podjęte decyzje i to, że nie mogli już powrócić do przeszłości. Jednakże to nie zmieniało prawdy. Nie miało zmienić. Niezależnie od upływu czasu, nawet jeśli ten czas...
...czas zdecydowanie nie był ich sprzymierzeńcem.
- Nie mogę dać ci czasu na przemyślenia. Ta decyzja została podjęta. Możesz być za to zła czy sfrustrowana, możesz tego nie akceptować, ale nie mówimy tu o naszych opcjach zapasowych - stwierdził mając świadomość tego jak brzmiała ta ich rozmowa (w rzeczywistości chuja miał, nie świadomość), jednak pewne decyzje zostały podjęte a on nadal nie chciał ich cofać.
Wyższe dobro. Tym to dla niego było. Cierpieniem - rzeczywiście, ale po to, aby zapobiec czemuś znacznie gorszemu od krwawiącego serca i wymuszonego dystansu. Przecież jej to tłumaczył.
- Oboje wiemy, że potrzebujemy ram, żeby nie popłynąć, bo bez nich prędzej czy później znowu dojdziemy do tego, o co też nie musisz pytać. Popłyniemy. Gwarantuję ci, że pierwszego dnia bywania obok siebie, zanim się w ogóle obejrzymy, skończymy na sobie albo pod sobą. Wszędzie, tylko nie z kulturalnym dystansem - prawdopodobnie wcale nie było potrzeby jej o tym uświadamiać, ale jakimś cudem usiłowała zgrywać w tym niedoinformowane niewiniątko.
Nie sądził, żeby w ogóle wyobrażała to sobie w jakikolwiek inaczej funkcjonujący sposób. Mieli się ze sobą pożreć. Raz, dwa, dziesięć razy. Mieli wracać razem do domu, sypiać w jednym łóżku, zachowywać się jak pogubieni, ale w dalszym ciągu lgnący do siebie ludzie. Powodować konflikty na tle przekonań, może nie nazywać tego po imieniu, ale co z tego, skoro schematy byłyby takie same?
Tylko pod kątem narzucanych sobie ram zaszłoby coś nowego. Tyle tylko, że to byłaby żałosna, idiotyczna degradacja.
- Nie dla mnie. Dla mnie to jedna z lepszych możliwości - a przecież w żadnym momencie tak naprawdę nie pytał Yaxleyówny o zdanie.
Jedynie mówił jej tak o tym jak o wszystkim innym. Stwierdzał fakt. Wyobrażał sobie, że to mogło być jedną z bardziej słusznych dróg, nawet jeśli miałoby ich to ponownie zapiec i zaboleć. Tym bardziej, że przecież już zaczął kwestionować także swoje dotychczasowe oficjalne miejsce pracy. Czemuż miałby zatem nie zmienić go na inne, gdy zakończy tu kryzysowe sprawy? Po to, aby na dłuższą metę przynieść im ulgę? Bezpieczeństwo?
- Znęcać się - powtórzył po niej, nie rozwijając tego określenia, ale chyba też nie musząc tego robić.
Powiedziała to tak, jakby maltretowali kogoś w szkolnym kiblu. Naigrywali się z kolegi w pracy albo jakiegoś frajera na ulicy a nie torturowali człowieka aż sam zaczął błagać o śmierć. Była w tym drobna różnica.
- Nie wiem, Rina. Nie usprawiedliwiać mnie przede mną, skoro sam tego nie robię. Nie klepać mnie po głowie. Nie uważać mnie za ofiarę narracji, gdy w rzeczywistości jestem jej pierwszym katem i oprawcą - czy to miało sens, czy też było bezsensowne jak wszystko, co mówił? - A ja sądzę, że to ty siebie nie doceniasz. Nie widzisz swoich dobrych stron. Swojego światła. Tego, że błyszczysz. Nie mam o tobie mylnego wyobrażenia, bo cię znam. Znam i wiem, gdzie oboje stoimy na tej skali - wtedy na wiosnę chyba osiągając najdalszy stopień oddalenia.
Teraz? Nie wiedział, już nie, ale mógł się tylko domyślać, że znowu zbyt surowo się oceniała. Tym bardziej przy słyszanych słowach innych ludzi. Przy tamtych komentarzach, które zdecydowanie mogli sobie darować, ale tego nie zrobili. Ciężko było wierzyć w siebie, gdy ktoś cały czas to krytykował. On sam zresztą też nie zachowywał się wtedy w porządku w stosunku do Geraldine, miał tego świadomość i teraz chyba próbował naprawić to tymi wypowiadanymi słowami.
Zaraz potem znowu musząc się z nią nie zgodzić. Ponownie usiłując trwać przy swoim, ale to wszystko było ze sobą powiązane, prawda? Jedno wynikało z drugiego. Był zmuszony postępować tak a nie inaczej.
- Nie, nie zamierzam tego robić. Nie będę żyć twoim kosztem. Zapomnij - odparł praktycznie w tej samej chwili.
Nie. To nie wchodziło w grę. Może się plątał, być może był zagubiony, ale nie mógł zachowywać się jak egoista. Nie, gdy miał świadomość kosztu, jaki oboje by ponieśli. Jego życie chwilą nie było tego warte. Ba. Jego życie nie było tego warte.
- Znowu jesteś moim adwokatem - zauważył, na co pewnie mógłby się nawet uśmiechnąć, gdyby nie to, że nie było mu do śmiechu.
Na każde jego słowo miała trzy kolejne. Na każdy powód swoją kontrodpowiedź. Nieważne, co mówił, zachowywała się tak, jakby rozmawiali o czymś trywialnym jak wrzucenie czerwonej skarpetki do białego prania a nie krwawienie na ich rzeczywistość. Nie wyciąganie ku niej splugawionych rąk. Nie rozumiał tego. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
Ba. Tego, że chciała dołączyć do niego w tym bagnie.
- To nie jest poświęcenie, które musisz robić. Jesteś sprytna i bez tego - odpowiedział, nie wahając się przed tym, aby uściślić to wszystko, co miał przy tym na myśli.
Usiłował przemówić dziewczynie do rozsądku. Naprawdę.
- Chuja a nie mi się udało - odpowiedział bez chwili namysłu; chyba zresztą w tej ich rozmowie w ogóle nie zastanawiał się nad tym, co opuszczało jego usta. - To, że usiłuję się miarkować nie oznacza, że to mnie nie kręci. To, że próbuję mieć nad tym jeszcze jakąś kontrolę nie oznacza, że mnie nie ponosi. Że nie przekraczam granicy, że nie dobieram najmniej dysfunkcyjnych metod osiągania tego, na czym mi zależy, że nie bywam... ...nazbyt kurewsko kreatywny - zmrużył oczy, odginając głowę do tyłu i zaczerpując wdech. - Nie twierdzę, że jesteś ode mnie słabsza albo masz mniej silną wolę. Za to nie wyobrażam sobie konieczności, byś się tym brukała. Ani tym bardziej nie pod moim mentoringiem, wybacz - w istocie to było całkiem niepotrzebne proszenie o wybaczenie, bo nie czuł poczucia winy z powodu odmawiania jej tego, co mu sugerowała.
Jasne. Chciał, aby umiała się bronić przed narastającym niebezpieczeństwem. Tym bardziej, że on sam nie był jej już w stanie chronić. Nie, jeśli nie miałby być zaangażowany w jej codzienne życie a przecież już o tym rozmawiali. Poruszyli ten temat nawet w ich bieżącej rozmowie. Byli w kropce. Nie. To on w niej był, bo Geraldine aż nazbyt dobrze wiedziała czego chce. Tyle tylko, że ich podejścia były skrajnie różne i sprzeczne.
A potem dodała do tego coś jeszcze. Jakby mało było tego, o czym rozmawiali, postanowiła spuścić na niego bombę, przez którą niemal udławił się pitym alkoholem. Zaś te kolejne słowa i jej uszczegółowiona odpowiedź?
- Do kurwy nędzy - wymsknęło mu się, co ciekawe, wciąż dokładnie tym samym neutralnym tonem, gdy posłał jej kolejne spojrzenie. - Jak to od zawsze? - Spytał bądź też poniekąd powtórzył po niej, mrugając parokrotnie zanim otrzymał i tę odpowiedź.
Tym razem nie był w stanie się powstrzymać. Na kolejne słowa poderwał się na równe nogi. Początkowo chyba zamierzając zacząć krążyć po kuchni, jednakże w ostateczności jakimś cudem ponownie kończąc na krześle. Tyle tylko, że z głośnym zgrzytem dosuniętym do Geraldine. Tak, że gdy na nim usiadł ich kolana momentalnie się zetknęły.
Mimowolnie wychylił się do przodu, nieświadomie na nią napierając. Opierając dłonie nie na swoich, lecz na jej kolanach. Wychylając się do przodu i mierząc ją spojrzeniem. W teorii bez złości czy irytacji, w praktyce pełnym najróżniejszych kłębiących się w nim emocji. Wszystkie dostrzegalne w rozszerzonych źrenicach, w zmęczonych, lekko poczerwieniałych oczach.
- Słucham? - Nie przesłyszał się, zdawał sobie z tego sprawę, ale nie o to mu teraz chodziło. - Sądziłaś, że kiedyś ci o tym powiem, więc nie dopytywałaś? Jednocześnie wiedząc od zawsze, czyli... ...kurwa... ...pięć razy dłużej ode mnie? Bo ja tego nie wiedziałem, Rina, wyobraź to sobie. Ja tego nie wiedziałem od zawsze, bo możesz wątpić bądź nie, ale chyba mnie znasz i wiesz, że bym ci o tym powiedział - bo na dłuższą metę nie mieli przed sobą sekretów, szczególnie takich.
A teraz mówiła mu coś podobnego. Coś tak absurdalnego, że dopiero po chwili dotarło do niego także znaczenie reszty wypowiedzianych przez nią słów, powodując kolejne zmrużenie oczu.
- Nie, nie wiem. Nie wiem, że posiadasz pewne zdolności. O tym też mi nigdy nie powiedziałaś - to był kolejny punkt wyjścia.
Mieli ich tu zatrzęsienie, a jednak jakimś cudem czuł, że żadne z nich z tego nie wychodzi. A szczególnie nie z twarzą.
Tak. Zgadza się. Mieli problem, ale to nie było nic nowego ani tym bardziej odkrywczego, bo w ostatnich latach mieli chyba niemal wyłącznie same kłopoty. Coraz to nowsze i bardziej popaprane. Los zdecydowanie im ich nie oszczędzał. Wręcz fundował im swój luksusowy pakiet dla najdzielniejszych wojowników. Miesiąc w miesiąc, rok w rok. Ile jeszcze? Nie mogli wiedzieć, ale nie zapowiadało się na żadne pozytywne zmiany.
- No to mi dojebałaś - choć chciał, nie mógł przyznać, że tego nie zrobiła, bo poczuł się tym naprawdę kurewsko ugodzony. - Ale poniekąd trafiłaś przy tym w sedno, bo to chyba u nas rodzinne. Spierdalanie, gdy robi się ciężko - tego też wcale nie chciał mówić, bo przecież naprawdę usiłował nie zachowywać się jak ta część swojej rodziny, ale w ostatnim czasie zaczynał coraz bardziej w to wierzyć.
W końcu z Kniei też wtedy spierdolił. Wycofał się z jaskini dopplegangera. Walczył ze sobą czy nie zostawić Thomasa na pastwę losu, brnąc dalej wgłąb tuneli dla dobrych intencji, ale poniekąd to też było porzucenie. Rzucał wszystko i wszystkich. Może w istocie miał w sobie znacznie więcej po matce niżeli tylko to jebane widmowidzenie czy kolor oczu.
- Co nie znaczy, że nie próbuję go mieć i tego robić. Jak do tej pory oboje widzimy jak chujowo to wychodzi - odparł dla siebie samego ponuro, choć ton jego głosu w istocie nie zmienił się ani odrobinę.
Twarz Ambroisa również pozostała dokładnie taka sama. Nie drgnął mu żaden mięsień a jego wzrok nie cofnął się ani na jotę od dalekiego punktu za oknem, w którym był utkwiony.
Zawsze starał się myśleć na swój sposób perspektywicznie. Tyle tylko, że jako młody i zbuntowany czarodziej tuż po szkole bez wizji kariery w tym, w czym widział się przez kilka lat, za to z wizją raczej dosyć krótkiego życia robił dokładnie to, co za chwilę zamierzała mu zasugerować jego dziewczyna. Starał się czerpać garściami z życia. Po prostu robić wszystko, aby żyć tu i teraz. Osiągnąć sukces w jak najkrótszym czasie. Nażyć się na zapas, nie przewidując, że to odbije mu się czkawką tyle lat później.
- Sama wiesz. Sama widziałaś. Nie próbuj oszukiwać ani mnie, ani siebie - pokręcił głową. - Tu już nawet nie chodzi o moją przypadłość, bo nie dożyję czasów, gdy będzie mi naprawdę przeszkadzać - nie używał słowa najpewniej, bo był o tym przekonany. - Prędzej czy później wykończy mnie moja własna działalność. Nieuważność albo noce takie jak tamta, może jedno z drugim. Brak skrupułów, brak powodu do tego, żeby odpuścić, bo do czego mam wracać? Kochaliśmy się, Bruyère, uprawialiśmy seks. Doskonale widziałaś, co zrobił ze mną ten czas. Wiem, że to zauważyłaś. Nie mydlmy sobie oczu. Prędzej czy później zostanę Farciarzem. Kto wie, może on też miał kiedyś perspektywy, zanim nie było nikogo, kto by go szukał? - To była ponura i czarna myśl, lecz zgodna z tym, o czym czasami myślał, gdy noce stawały się zbyt ciężkie i przytłaczające.
Zazwyczaj wtedy ostatecznie rzucał się na Londyn, korzystając z nocnego życia tylko po to, żeby przygruchać sobie byle kogoś. Jakąś dzierlatkę, która otoczyłaby go ramionami, aby nie czuł się zupełnie samotny i opuszczony. To było tragiczne, to tak naprawdę nie było żadnym lekiem na wszystko, co czuł. Nie mogło nim być, ale było lepsze niż wrażenie, że może niegdyś w istocie zabił swoją przyszłą-teraźniejszą wersję.
- A rodzina? Co im wtedy powiesz? Jak to wytłumaczysz matce, która z roku na rok będzie coraz bardziej zdesperowana, by wydać cię za mąż i mieć wnuki? Astaroth im ich nie da. Wasz najstarszy brat też nie. Poza tym dzieci. Sama mówiłaś, że ich chciałaś. Odbierzesz to sobie, żeby za dekady związać się z jakimś niedołężnym starcem, który pewnie nawet tego nie dożyje? - Nie wierzył w to, bo nie chciał w to uwierzyć.
Nie powinna skazywać się na tego rodzaju samotność. Na bycie tą oziębłą damą. Kimś, kto czekał. Nie chciał tego dla niej. To było poświęcenie, którego nie mógł od niej przyjąć.
- I tak. Wiem. Nigdy nie było mi lepiej jak wtedy, kiedy byliśmy razem, ale nie rozumiem, dlaczego? Dlaczego po tym wszystkim, co nam zrobiłem, dalej upierasz się, że byłem dla ciebie dobry? - Jednocześnie potrzebował i nie chciał tego wiedzieć.
To było skomplikowane i porypane. Popierdolone, choć znał odpowiedź na to kolejne pytanie. Choć on sam również przecież nie zmienił podejścia.
- Ciebie - nie musiał się zastanawiać ani dodawać cokolwiek innego, wyjaśniać i wdawać się w zawiłe dyskusje, bo odpowiedź na to pytanie była zatrważająco prosta.
A on gdzieś w głębi duszy był tego cholernie świadomy. Aż za bardzo, zważywszy na to, co działo się dookoła. Na podjęte decyzje i to, że nie mogli już powrócić do przeszłości. Jednakże to nie zmieniało prawdy. Nie miało zmienić. Niezależnie od upływu czasu, nawet jeśli ten czas...
...czas zdecydowanie nie był ich sprzymierzeńcem.
- Nie mogę dać ci czasu na przemyślenia. Ta decyzja została podjęta. Możesz być za to zła czy sfrustrowana, możesz tego nie akceptować, ale nie mówimy tu o naszych opcjach zapasowych - stwierdził mając świadomość tego jak brzmiała ta ich rozmowa (w rzeczywistości chuja miał, nie świadomość), jednak pewne decyzje zostały podjęte a on nadal nie chciał ich cofać.
Wyższe dobro. Tym to dla niego było. Cierpieniem - rzeczywiście, ale po to, aby zapobiec czemuś znacznie gorszemu od krwawiącego serca i wymuszonego dystansu. Przecież jej to tłumaczył.
- Oboje wiemy, że potrzebujemy ram, żeby nie popłynąć, bo bez nich prędzej czy później znowu dojdziemy do tego, o co też nie musisz pytać. Popłyniemy. Gwarantuję ci, że pierwszego dnia bywania obok siebie, zanim się w ogóle obejrzymy, skończymy na sobie albo pod sobą. Wszędzie, tylko nie z kulturalnym dystansem - prawdopodobnie wcale nie było potrzeby jej o tym uświadamiać, ale jakimś cudem usiłowała zgrywać w tym niedoinformowane niewiniątko.
Nie sądził, żeby w ogóle wyobrażała to sobie w jakikolwiek inaczej funkcjonujący sposób. Mieli się ze sobą pożreć. Raz, dwa, dziesięć razy. Mieli wracać razem do domu, sypiać w jednym łóżku, zachowywać się jak pogubieni, ale w dalszym ciągu lgnący do siebie ludzie. Powodować konflikty na tle przekonań, może nie nazywać tego po imieniu, ale co z tego, skoro schematy byłyby takie same?
Tylko pod kątem narzucanych sobie ram zaszłoby coś nowego. Tyle tylko, że to byłaby żałosna, idiotyczna degradacja.
- Nie dla mnie. Dla mnie to jedna z lepszych możliwości - a przecież w żadnym momencie tak naprawdę nie pytał Yaxleyówny o zdanie.
Jedynie mówił jej tak o tym jak o wszystkim innym. Stwierdzał fakt. Wyobrażał sobie, że to mogło być jedną z bardziej słusznych dróg, nawet jeśli miałoby ich to ponownie zapiec i zaboleć. Tym bardziej, że przecież już zaczął kwestionować także swoje dotychczasowe oficjalne miejsce pracy. Czemuż miałby zatem nie zmienić go na inne, gdy zakończy tu kryzysowe sprawy? Po to, aby na dłuższą metę przynieść im ulgę? Bezpieczeństwo?
- Znęcać się - powtórzył po niej, nie rozwijając tego określenia, ale chyba też nie musząc tego robić.
Powiedziała to tak, jakby maltretowali kogoś w szkolnym kiblu. Naigrywali się z kolegi w pracy albo jakiegoś frajera na ulicy a nie torturowali człowieka aż sam zaczął błagać o śmierć. Była w tym drobna różnica.
- Nie wiem, Rina. Nie usprawiedliwiać mnie przede mną, skoro sam tego nie robię. Nie klepać mnie po głowie. Nie uważać mnie za ofiarę narracji, gdy w rzeczywistości jestem jej pierwszym katem i oprawcą - czy to miało sens, czy też było bezsensowne jak wszystko, co mówił? - A ja sądzę, że to ty siebie nie doceniasz. Nie widzisz swoich dobrych stron. Swojego światła. Tego, że błyszczysz. Nie mam o tobie mylnego wyobrażenia, bo cię znam. Znam i wiem, gdzie oboje stoimy na tej skali - wtedy na wiosnę chyba osiągając najdalszy stopień oddalenia.
Teraz? Nie wiedział, już nie, ale mógł się tylko domyślać, że znowu zbyt surowo się oceniała. Tym bardziej przy słyszanych słowach innych ludzi. Przy tamtych komentarzach, które zdecydowanie mogli sobie darować, ale tego nie zrobili. Ciężko było wierzyć w siebie, gdy ktoś cały czas to krytykował. On sam zresztą też nie zachowywał się wtedy w porządku w stosunku do Geraldine, miał tego świadomość i teraz chyba próbował naprawić to tymi wypowiadanymi słowami.
Zaraz potem znowu musząc się z nią nie zgodzić. Ponownie usiłując trwać przy swoim, ale to wszystko było ze sobą powiązane, prawda? Jedno wynikało z drugiego. Był zmuszony postępować tak a nie inaczej.
- Nie, nie zamierzam tego robić. Nie będę żyć twoim kosztem. Zapomnij - odparł praktycznie w tej samej chwili.
Nie. To nie wchodziło w grę. Może się plątał, być może był zagubiony, ale nie mógł zachowywać się jak egoista. Nie, gdy miał świadomość kosztu, jaki oboje by ponieśli. Jego życie chwilą nie było tego warte. Ba. Jego życie nie było tego warte.
- Znowu jesteś moim adwokatem - zauważył, na co pewnie mógłby się nawet uśmiechnąć, gdyby nie to, że nie było mu do śmiechu.
Na każde jego słowo miała trzy kolejne. Na każdy powód swoją kontrodpowiedź. Nieważne, co mówił, zachowywała się tak, jakby rozmawiali o czymś trywialnym jak wrzucenie czerwonej skarpetki do białego prania a nie krwawienie na ich rzeczywistość. Nie wyciąganie ku niej splugawionych rąk. Nie rozumiał tego. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.
Ba. Tego, że chciała dołączyć do niego w tym bagnie.
- To nie jest poświęcenie, które musisz robić. Jesteś sprytna i bez tego - odpowiedział, nie wahając się przed tym, aby uściślić to wszystko, co miał przy tym na myśli.
Usiłował przemówić dziewczynie do rozsądku. Naprawdę.
- Chuja a nie mi się udało - odpowiedział bez chwili namysłu; chyba zresztą w tej ich rozmowie w ogóle nie zastanawiał się nad tym, co opuszczało jego usta. - To, że usiłuję się miarkować nie oznacza, że to mnie nie kręci. To, że próbuję mieć nad tym jeszcze jakąś kontrolę nie oznacza, że mnie nie ponosi. Że nie przekraczam granicy, że nie dobieram najmniej dysfunkcyjnych metod osiągania tego, na czym mi zależy, że nie bywam... ...nazbyt kurewsko kreatywny - zmrużył oczy, odginając głowę do tyłu i zaczerpując wdech. - Nie twierdzę, że jesteś ode mnie słabsza albo masz mniej silną wolę. Za to nie wyobrażam sobie konieczności, byś się tym brukała. Ani tym bardziej nie pod moim mentoringiem, wybacz - w istocie to było całkiem niepotrzebne proszenie o wybaczenie, bo nie czuł poczucia winy z powodu odmawiania jej tego, co mu sugerowała.
Jasne. Chciał, aby umiała się bronić przed narastającym niebezpieczeństwem. Tym bardziej, że on sam nie był jej już w stanie chronić. Nie, jeśli nie miałby być zaangażowany w jej codzienne życie a przecież już o tym rozmawiali. Poruszyli ten temat nawet w ich bieżącej rozmowie. Byli w kropce. Nie. To on w niej był, bo Geraldine aż nazbyt dobrze wiedziała czego chce. Tyle tylko, że ich podejścia były skrajnie różne i sprzeczne.
A potem dodała do tego coś jeszcze. Jakby mało było tego, o czym rozmawiali, postanowiła spuścić na niego bombę, przez którą niemal udławił się pitym alkoholem. Zaś te kolejne słowa i jej uszczegółowiona odpowiedź?
- Do kurwy nędzy - wymsknęło mu się, co ciekawe, wciąż dokładnie tym samym neutralnym tonem, gdy posłał jej kolejne spojrzenie. - Jak to od zawsze? - Spytał bądź też poniekąd powtórzył po niej, mrugając parokrotnie zanim otrzymał i tę odpowiedź.
Tym razem nie był w stanie się powstrzymać. Na kolejne słowa poderwał się na równe nogi. Początkowo chyba zamierzając zacząć krążyć po kuchni, jednakże w ostateczności jakimś cudem ponownie kończąc na krześle. Tyle tylko, że z głośnym zgrzytem dosuniętym do Geraldine. Tak, że gdy na nim usiadł ich kolana momentalnie się zetknęły.
Mimowolnie wychylił się do przodu, nieświadomie na nią napierając. Opierając dłonie nie na swoich, lecz na jej kolanach. Wychylając się do przodu i mierząc ją spojrzeniem. W teorii bez złości czy irytacji, w praktyce pełnym najróżniejszych kłębiących się w nim emocji. Wszystkie dostrzegalne w rozszerzonych źrenicach, w zmęczonych, lekko poczerwieniałych oczach.
- Słucham? - Nie przesłyszał się, zdawał sobie z tego sprawę, ale nie o to mu teraz chodziło. - Sądziłaś, że kiedyś ci o tym powiem, więc nie dopytywałaś? Jednocześnie wiedząc od zawsze, czyli... ...kurwa... ...pięć razy dłużej ode mnie? Bo ja tego nie wiedziałem, Rina, wyobraź to sobie. Ja tego nie wiedziałem od zawsze, bo możesz wątpić bądź nie, ale chyba mnie znasz i wiesz, że bym ci o tym powiedział - bo na dłuższą metę nie mieli przed sobą sekretów, szczególnie takich.
A teraz mówiła mu coś podobnego. Coś tak absurdalnego, że dopiero po chwili dotarło do niego także znaczenie reszty wypowiedzianych przez nią słów, powodując kolejne zmrużenie oczu.
- Nie, nie wiem. Nie wiem, że posiadasz pewne zdolności. O tym też mi nigdy nie powiedziałaś - to był kolejny punkt wyjścia.
Mieli ich tu zatrzęsienie, a jednak jakimś cudem czuł, że żadne z nich z tego nie wychodzi. A szczególnie nie z twarzą.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down