06.01.2025, 04:54 ✶
To był całkiem ładny dzień w Dolinie Godryka. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy a promienie słońca przebijały się przez liście drzew, tworząc migoczące plamy światła na bruku. To był z pozoru idealny moment na spacer, bo jesień jeszcze nie zdążyła nadejść. Wciąż było ciepło, ale już nie gorąco.
A jednak w powietrzu dało się wyczuć pewien rodzaj chłodu, który nie płynął od strony nieba czy nie pochodził z wiatru. Nie był wywołany niczym naturalnym. Żadną siłą, która powinna tu być. Chodziło o coś rodem nie z tego świata, o coś, co zaczęło się panoszyć w Kniei a teraz chyba coraz bardziej wyciągało łapska ku Dolinie.
Mimo to nie podejrzewał, aby te dwie sprawy mogły być ze sobą powiązane. Raczej wydawało mu się to mało prawdopodobne, gdy pierwszy raz usłyszał o zaginięciu jakiegoś mruczka, chyba nawet średnio zwracając na to uwagę. Miał inne problemy niż cudze zwierzęta, nie uważał się też za aspirującego członka straży sąsiedzkiej.
Ba! Gdyby nie prośba ze strony Nory, Greengrass pewnie sam z siebie nie pojawiłby się u starszej pani, z której domu właśnie wyszli, ciężsi o pakiet informacji i wciśnięte im ciastka. Bardzo mgliście znał tę kobietę, nie powiedziała im też nic szczególnego o domniemanym zaginięciu pupila, a jednak skoro Figgównie tak bardzo na tym zależało, mieli faktycznie wyruszyć na dalsze poszukiwania.
Zawsze wydawało mu się, że koty tak po prostu mają. Szczególnie te wychodzące na zewnątrz. Znikają na pewien czas, żeby zajmować się swoimi kocimi sprawami. Na jak długo? Nie wiedział, bo się na tym nie znał. Zakładał, że nie dłużej niż kilka tygodni? Od kilku minut do kilku tygodni? Tydzień? Mniej? Więcej?
No cóż. Zdecydowanie nie był kociarzem, toteż nigdy nie przywiązywał specjalnie głębokiej uwagi do tego, aby dowiedzieć się więcej o zwyczajach mruczków, nawet jeśli niedawno Nora dosłownie zasypała go informacjami, wskazówkami i faktami dotyczącymi zajmowania się jednym takim elementem.
Tyle tylko, że ten jego kot (jak to w ogóle brzmiało) raczej nie był zupełnie standardowym futrzakiem, przynajmniej jak na oko Ambroisa, który w dalszym ciągu czuł się co najmniej dziwnie, gdy wracał do już nie tak pustego domu i zastawał tam stworzenie, o którego posiadanie nigdy by się nie spodziewał.
Oczywiście, że winił Norę za ten stan rzeczy. Może wcale nie tak bardzo jak z początku udawał, bardzo teatralnie zgrywając kogoś wręcz obrażonego o wykorzystanie jego chwilowej niepoczytalności umysłowej. Bowiem w gruncie rzeczy nie było to aż takie niemiłe jak mógłby zakładać, jednak gdyby to całkowicie od niego zależało to raczej w dalszym ciągu zapierałby się przed tym rękami i nogami.
Tyle tylko, że od pewnego czasu trochę inaczej niż na początku. Trochę mniej: nie chcę kota, bo to wredne, podstępne bestie a poza tym wcale nie potrzebuję takiego ciężaru ani nie czuję się samotny bez czegoś takiego pod nogami. Zaś bardziej jak: w ostatnim czasie zdecydowanie zbyt wiele widziałem, Dolina Godryka to nie jest już bezpieczne miejsce, szczególnie nie dla kotów i nie chcę mieć żadnego na sumieniu, bo nie sądzę, że jestem w stanie go dopilnować i ochronić.
Sam nie wiedział, kiedy to stało się mniej oporne a bardziej skomplikowane. Być może wtedy, kiedy po niemalże półtora miesiąca wzajemnego dystansu wywoływanego głównie przez Greengrassa, kiciuch wreszcie po raz pierwszy uwalił się na nim w samym środku nocy? Podczas jednej z tych naprawdę dołujących chwil pozbawionych jakiegokolwiek światła i ciepła, powoli zagłuszających wszelką nadzieję.
Od tamtej pory było... ...inaczej. Zupełnie inaczej, bo nawet jeśli by tego nie przyznał, chyba nawet zawarł z kotem coś na kształt bliskiej relacji. W tym momencie nie kwapiąc się do tego, aby pozwalać zwierzakowi na wyjście z domu. Wbrew przekonaniu, że w zaginięciach innych zwierząt nie było niczego przerażającego, bo prawdziwe zło karmiło się czymś innym.
Stając z Norą na stopniach przed domem pani Swan, zamyślił się na moment, mrużąc oczy i poprawiając podwinięte rękawy lnianej koszuli w kolorze ciemnozielonego melanżu. Przeczesał włosy palcami, wbijając wzrok w płotek przy domku i machnięciem głową kierując (jak miał nadzieję) uwagę Nory właśnie w tamtą stronę.
- Tylny ogródek? Drewutnia? Szopa? Może wcale nie trzeba szukać daleko. Czasami w istocie najciemniej jest pod latarnią, nie? - Odpowiedział w pierwszej chwili, jednak moment później skierował badawcze spojrzenie w stronę Figgówny, mierząc ją nim może nie od stóp do głów, ale na pewno od podbródka do czubka głowy.
- To całkiem mroczny wniosek jak na ciebie - odezwał się, nie pozwalając sobie na uniesienie brwi, nawet jeśli miał ku temu chęć. - To na pewno nic takiego. Jakaś trywialna sprawa, większość kotów zaraz się znajdzie i problem zniknie - naprawdę starał się zabrzmieć lekko i miękko, posyłając Norze coś na kształt półuśmiechu, choć w głębi duszy nie był o tym tak przekonany.
W ostatnich dniach starał się robić dobrą minę do złej gry i teraz chyba weszło mu to na tyle głęboko, że nawet w tym wypadku nie zamierzał opuścić skrzętnie budowanych wokół siebie murów. Wszystko miało być z nim w porządku, więc było. Nawet jeśli w istocie wyglądał jak bardziej wycieńczony, wymęczony, może nawet na swój sposób udręczony cień siebie jeszcze z lipca, kiedy jakkolwiek panował nad otaczającą go rzeczywistością.
Teraz był mocno opalony tak jak zawsze latem, a jednak jednocześnie wprost chorobliwie blady. Miał jasne, rozjaśnione słońcem włosy kryjące jednak w sobie stanowczo zbyt dużo bieli, która miała tam pozostać wraz z nadejściem jesieni, zimy i kolejnych lat. Spoglądał na przyjaciółkę podkrążonymi oczami i zmatowiałymi tęczówkami nie kryjącymi w sobie tego samego uśmiechu, który próbował jej posłać.
Zawsze był z nią szczery, ale w tym momencie uciekał się do dosyć marnych prób uspokojenia jej obaw, bo nie powinna się tym zadręczać. Wiedział, czym są koty dla Figgów i dlatego tu razem byli. Mieli znaleźć Karmelka. Przy łucie szczęścia może nawet jeszcze jakąś inną futrzastą zgubę, bo za cholerę nie wiedział, czy koty nie trzymały się razem.
Tak czy inaczej, tyły domu były chyba najbardziej sensownym miejscem na rozpoczęcie spaceru poszukiwawczego, nie?
A jednak w powietrzu dało się wyczuć pewien rodzaj chłodu, który nie płynął od strony nieba czy nie pochodził z wiatru. Nie był wywołany niczym naturalnym. Żadną siłą, która powinna tu być. Chodziło o coś rodem nie z tego świata, o coś, co zaczęło się panoszyć w Kniei a teraz chyba coraz bardziej wyciągało łapska ku Dolinie.
Mimo to nie podejrzewał, aby te dwie sprawy mogły być ze sobą powiązane. Raczej wydawało mu się to mało prawdopodobne, gdy pierwszy raz usłyszał o zaginięciu jakiegoś mruczka, chyba nawet średnio zwracając na to uwagę. Miał inne problemy niż cudze zwierzęta, nie uważał się też za aspirującego członka straży sąsiedzkiej.
Ba! Gdyby nie prośba ze strony Nory, Greengrass pewnie sam z siebie nie pojawiłby się u starszej pani, z której domu właśnie wyszli, ciężsi o pakiet informacji i wciśnięte im ciastka. Bardzo mgliście znał tę kobietę, nie powiedziała im też nic szczególnego o domniemanym zaginięciu pupila, a jednak skoro Figgównie tak bardzo na tym zależało, mieli faktycznie wyruszyć na dalsze poszukiwania.
Zawsze wydawało mu się, że koty tak po prostu mają. Szczególnie te wychodzące na zewnątrz. Znikają na pewien czas, żeby zajmować się swoimi kocimi sprawami. Na jak długo? Nie wiedział, bo się na tym nie znał. Zakładał, że nie dłużej niż kilka tygodni? Od kilku minut do kilku tygodni? Tydzień? Mniej? Więcej?
No cóż. Zdecydowanie nie był kociarzem, toteż nigdy nie przywiązywał specjalnie głębokiej uwagi do tego, aby dowiedzieć się więcej o zwyczajach mruczków, nawet jeśli niedawno Nora dosłownie zasypała go informacjami, wskazówkami i faktami dotyczącymi zajmowania się jednym takim elementem.
Tyle tylko, że ten jego kot (jak to w ogóle brzmiało) raczej nie był zupełnie standardowym futrzakiem, przynajmniej jak na oko Ambroisa, który w dalszym ciągu czuł się co najmniej dziwnie, gdy wracał do już nie tak pustego domu i zastawał tam stworzenie, o którego posiadanie nigdy by się nie spodziewał.
Oczywiście, że winił Norę za ten stan rzeczy. Może wcale nie tak bardzo jak z początku udawał, bardzo teatralnie zgrywając kogoś wręcz obrażonego o wykorzystanie jego chwilowej niepoczytalności umysłowej. Bowiem w gruncie rzeczy nie było to aż takie niemiłe jak mógłby zakładać, jednak gdyby to całkowicie od niego zależało to raczej w dalszym ciągu zapierałby się przed tym rękami i nogami.
Tyle tylko, że od pewnego czasu trochę inaczej niż na początku. Trochę mniej: nie chcę kota, bo to wredne, podstępne bestie a poza tym wcale nie potrzebuję takiego ciężaru ani nie czuję się samotny bez czegoś takiego pod nogami. Zaś bardziej jak: w ostatnim czasie zdecydowanie zbyt wiele widziałem, Dolina Godryka to nie jest już bezpieczne miejsce, szczególnie nie dla kotów i nie chcę mieć żadnego na sumieniu, bo nie sądzę, że jestem w stanie go dopilnować i ochronić.
Sam nie wiedział, kiedy to stało się mniej oporne a bardziej skomplikowane. Być może wtedy, kiedy po niemalże półtora miesiąca wzajemnego dystansu wywoływanego głównie przez Greengrassa, kiciuch wreszcie po raz pierwszy uwalił się na nim w samym środku nocy? Podczas jednej z tych naprawdę dołujących chwil pozbawionych jakiegokolwiek światła i ciepła, powoli zagłuszających wszelką nadzieję.
Od tamtej pory było... ...inaczej. Zupełnie inaczej, bo nawet jeśli by tego nie przyznał, chyba nawet zawarł z kotem coś na kształt bliskiej relacji. W tym momencie nie kwapiąc się do tego, aby pozwalać zwierzakowi na wyjście z domu. Wbrew przekonaniu, że w zaginięciach innych zwierząt nie było niczego przerażającego, bo prawdziwe zło karmiło się czymś innym.
Stając z Norą na stopniach przed domem pani Swan, zamyślił się na moment, mrużąc oczy i poprawiając podwinięte rękawy lnianej koszuli w kolorze ciemnozielonego melanżu. Przeczesał włosy palcami, wbijając wzrok w płotek przy domku i machnięciem głową kierując (jak miał nadzieję) uwagę Nory właśnie w tamtą stronę.
- Tylny ogródek? Drewutnia? Szopa? Może wcale nie trzeba szukać daleko. Czasami w istocie najciemniej jest pod latarnią, nie? - Odpowiedział w pierwszej chwili, jednak moment później skierował badawcze spojrzenie w stronę Figgówny, mierząc ją nim może nie od stóp do głów, ale na pewno od podbródka do czubka głowy.
- To całkiem mroczny wniosek jak na ciebie - odezwał się, nie pozwalając sobie na uniesienie brwi, nawet jeśli miał ku temu chęć. - To na pewno nic takiego. Jakaś trywialna sprawa, większość kotów zaraz się znajdzie i problem zniknie - naprawdę starał się zabrzmieć lekko i miękko, posyłając Norze coś na kształt półuśmiechu, choć w głębi duszy nie był o tym tak przekonany.
W ostatnich dniach starał się robić dobrą minę do złej gry i teraz chyba weszło mu to na tyle głęboko, że nawet w tym wypadku nie zamierzał opuścić skrzętnie budowanych wokół siebie murów. Wszystko miało być z nim w porządku, więc było. Nawet jeśli w istocie wyglądał jak bardziej wycieńczony, wymęczony, może nawet na swój sposób udręczony cień siebie jeszcze z lipca, kiedy jakkolwiek panował nad otaczającą go rzeczywistością.
Teraz był mocno opalony tak jak zawsze latem, a jednak jednocześnie wprost chorobliwie blady. Miał jasne, rozjaśnione słońcem włosy kryjące jednak w sobie stanowczo zbyt dużo bieli, która miała tam pozostać wraz z nadejściem jesieni, zimy i kolejnych lat. Spoglądał na przyjaciółkę podkrążonymi oczami i zmatowiałymi tęczówkami nie kryjącymi w sobie tego samego uśmiechu, który próbował jej posłać.
Zawsze był z nią szczery, ale w tym momencie uciekał się do dosyć marnych prób uspokojenia jej obaw, bo nie powinna się tym zadręczać. Wiedział, czym są koty dla Figgów i dlatego tu razem byli. Mieli znaleźć Karmelka. Przy łucie szczęścia może nawet jeszcze jakąś inną futrzastą zgubę, bo za cholerę nie wiedział, czy koty nie trzymały się razem.
Tak czy inaczej, tyły domu były chyba najbardziej sensownym miejscem na rozpoczęcie spaceru poszukiwawczego, nie?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down