06.01.2025, 06:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.01.2025, 06:14 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Normalnie Ambroise raczej nie kłóciłby się z Roselyn, ale dosyć stanowczo zająłby się jej obrażeniami, nawet tak niewielkimi. Istotne było to, że je miała. Że były brudne i bolące. Że to była kwestia kilku chwil, żeby się ich pozbyć, następnie mogąc upewnić się co do stanu ich drugiego towarzysza. Przynajmniej fizycznego.
Jednak w tym momencie Greengrass wyłącznie nieznacznie kiwnął głową, przyjmując tą odpowiedź. Przynajmniej na teraz, bo musiał całkiem otrzeźwieć (jeśli to w ogóle było możliwe, w co wewnętrznie wątpił) zanim zacznie zachowywać się chociaż trochę logicznie i zgodnie ze sobą.
Obecnie po prostu nie reagował na większość tego, co działo się dookoła niego. Z opóźnieniem obserwując ruchy Sama powracającego do ludzkiej formy i dając mu wyrzucić z siebie niemalże cały monolog wraz z podnoszeniem się wpierw do siadu a potem zerwaniu się na równe nogi. Zanim w ogóle zaczął przetwarzać przekaz.
- Wnioskuję, że w nie nie dotarłeś? - To było pierwsze pytanie, jakie padło z jego strony.
Ze słów mężczyzny wynikało, że leże gdzieś było, a więc w istocie raczej nie mogli polegać na dokładnej lokalizacji. Choć i tak niewiele mogliby zrobić z tą informacją, nie potrafiąc radzić sobie z zagrożeniem i cholernie niewiele o nim wiedząc. Tym bardziej, że głusza może należała do nich, lecz w tym momencie nie mogli już tak po prostu poruszać się tam w świetle dnia czy w blasku księżyca, badając sprawę.
- Wejście do Kniei jest surowo zabronione, objęte chuj wie, jakimi prawnymi konsekwencjami - nie to, żeby jakoś specjalnie się tym przejmowali, patrząc na załączony obrazek, ale otwarte gadanie o tym z dużą grupą ludzi było już czymś innym. - Nie mówiąc już o poinformowaniu wszem i wobec o tym, że zrobiliśmy to w środku nocy gnani jakimś pierwotnym instynktem - odezwał się po chwili milczenia, wodząc spojrzeniem za McGonagallem i jego nagłą ekspresyjnością.
Tak bardzo kontrastującym z obecnym stanem Ambroisa czy Roselyn, na którą Roise spojrzał przelotnie, posyłając jej niewiele mówiące spojrzenie. Nie świdrował siostry wzrokiem, nie pytał bezgłośnie, skąd wstrząsnęła kogoś kto w jednej chwili potrafił stać się ptakiem, w kolejnej niedźwiedziem a w jeszcze następnej chodzącym wulkanem energii. Tak właściwie to sam nie wiedział, czego szukał w oczach młodszej Greengrassówny, ale z pewnością tam tego nie odnalazł.
O dziwo nie próbował oceniać zachowania Samuela. Nie czuł się przytłoczony tym deptaniem po pokoju ani nagłą gadatliwością mężczyzny. Chyba wyczerpał wszelkie zasoby energii przeznaczonej na reakcje na to, co działo się dookoła niego. Bowiem nie był człowiekiem, który z łatwością przyznawał, że każdy miał prawo do okazywania swojego podenerwowania bieżącą sytuacją w taki sposób, jaki mu pasował.
Niby wiedział, że jedni stawali się wręcz nadmiernie aktywni, inni zaś (tak jak ich dwoje w tej chwili) pogrążali się w jakimś dziwnym stanie otępienia. A jednak był raczej skłonny do całkiem szybkiego wydawania powierzchownych opinii i oceniania ludzi, nawet jeśli później zazwyczaj nie miewał aż takiego problemu, aby weryfikować te osądy.
Zresztą w normalnych okolicznościach zacząłby rozważać czy nie powinien tego zrobić w przypadku Samuela, bo może jednak nie był z niego taki znowu godny pożałowania element. Nie po tym, w jaki sposób nagle się przed nimi otworzył, wydając z siebie dźwięki, które formowały się w słowa a te słowa, choć pozbawione sensu, bo mogły przynieść konsekwencje, były całkiem logiczne. Po tamtym milczeniu w drodze do Kniei, to było zaskakujące odkrycie.
A więc jaki był Sam? Dziwny? Też raczej nie. Bardziej pasowałoby tu określenie osobliwy, przyprawiający o uniesienie brwi. Chaotyczny, ale kto taki nie był w obecnym świecie? Jedyny problem tkwił w tym, że jego nieumiarkowanie w wydawaniu z siebie dźwięków przypominało zachowanie młodego chłopaczka, który nagle nauczył się mówić. I który mógł przypadkiem powiedzieć zbyt wiele, za bardzo skupiając się na chęci podzielenia się swoim głosem z resztą świata.
- Wołanie Kniei? Bezgłośny wrzask w głowie? Nawet w naszym świecie słyszenie głosów tam, gdzie inni ich nie słyszą, nie jest dobrze odbierane - przypomniał, siląc się na składną wypowiedź wbrew temu uczuciu, jakie nadal go ogarniało. - W najlepszym wypadku nam nie uwierzą, tak jak w większości nie wierzą w nasze rodzinne bajki i przesądy - celowo przytoczył właśnie te określenia, lekko kręcąc przy tym głową. - W umiarkowanym poślą nas do Lecznicy Dusz. W każdym innym? Zakładam, że żadne z nas niespecjalnie rwie się, żeby to sprawdzić? - Spytał, choć chyba nie musiał.
Przed wszystkimi tymi wydarzeniami miał wrażenie, że co najmniej jedno z nich nadawało się do tego, żeby zagrzać tam cieplutkie miejsce w ładnym białym kubraczku. W tamtym momencie wydawało mu się, że McGonagall mógłby się nawet z tego w jakimś sensie ucieszyć, bo w kaftanie bezpieczeństwa jeszcze bliżej byłoby mu do leśnego grzyba. Cały byłby jedną białą nóżką zakończoną jego potarganą czupryną.
Teraz? Teraz nie zamierzał twierdzić, że wszyscy by się tam nadawali, bo to zbyt mocno by w niego godziło, jeszcze bardziej mu dopierdalając, toteż nie chciał tam słać już nikogo. Zdecydowanie powinni unikać czegokolwiek, co mogłoby im zagwarantować pobyt na kozetce czy w pokoiku. Z oknami czy bez.
- Poza tym wybacz, Sam, ale Ministerstwo i ludzie stamtąd nie są w tym... ...domu... ...w tej rodzinie, ściślej mówiąc, traktowani jak opoka czy sojusznicy - stwierdził bez entuzjazmu, obserwując jak drugi mężczyzna opada na podłogę, skrywając twarz w dłoniach.
Nie wiedział jak powinien zareagować, więc nie reagował, pozostawiając to w rękach Roselyn, samemu zaś kończąc myśl tyczącą się zarówno Morpheusa jak i Brenny. Ministerstwo. Nie lubili Ministerstwa. Ministerstwo zaś zazwyczaj miało na nich wyjebane.
- Raczej wolimy na własną rękę radzić sobie z problemami, nieważne, jakie by one nie były - w tym momencie był zbyt mocno wewnętrznie przyduszony, żeby brzmieć tak nieuprzejmie jak mogłyby sugerować wypowiadane przez niego słowa, gdyby ktoś przytoczył je w swojej opowieści.
W istocie wcale nie usiłował być oschły czy upominający. Wręcz przeciwnie. Być może mówił bardzo powoli i neutralnie. Z pewnym oporem, ale jednocześnie zadziwiająco miękko, jakby w istocie nie patrzył na Samuela z góry tylko raczej starał się wytłumaczyć mu pewne uniwersalne prawdy. Trochę jak podekscytowanemu dziecku spodziewającemu się otrzymania listu z Hogwartu, gdy na swoje nieszczęście jest charłakiem.
- Czyli wracamy do punktu wyjścia - to chyba miało być podsumowanie, nawet jeśli nie brzmiało dostatecznie zdecydowanie. - Źródła pisane i tak dalej. Reszta krewnych, ale tu też raczej byłbym ostrożny - nie to, że nie ufał swojej rodzinie, ale ten wypad w mrok do lasu mógł nie przejść bez dodatkowego echa.
Takiego, którego żadne z nich zdecydowanie nie chciało.
Jednak w tym momencie Greengrass wyłącznie nieznacznie kiwnął głową, przyjmując tą odpowiedź. Przynajmniej na teraz, bo musiał całkiem otrzeźwieć (jeśli to w ogóle było możliwe, w co wewnętrznie wątpił) zanim zacznie zachowywać się chociaż trochę logicznie i zgodnie ze sobą.
Obecnie po prostu nie reagował na większość tego, co działo się dookoła niego. Z opóźnieniem obserwując ruchy Sama powracającego do ludzkiej formy i dając mu wyrzucić z siebie niemalże cały monolog wraz z podnoszeniem się wpierw do siadu a potem zerwaniu się na równe nogi. Zanim w ogóle zaczął przetwarzać przekaz.
- Wnioskuję, że w nie nie dotarłeś? - To było pierwsze pytanie, jakie padło z jego strony.
Ze słów mężczyzny wynikało, że leże gdzieś było, a więc w istocie raczej nie mogli polegać na dokładnej lokalizacji. Choć i tak niewiele mogliby zrobić z tą informacją, nie potrafiąc radzić sobie z zagrożeniem i cholernie niewiele o nim wiedząc. Tym bardziej, że głusza może należała do nich, lecz w tym momencie nie mogli już tak po prostu poruszać się tam w świetle dnia czy w blasku księżyca, badając sprawę.
- Wejście do Kniei jest surowo zabronione, objęte chuj wie, jakimi prawnymi konsekwencjami - nie to, żeby jakoś specjalnie się tym przejmowali, patrząc na załączony obrazek, ale otwarte gadanie o tym z dużą grupą ludzi było już czymś innym. - Nie mówiąc już o poinformowaniu wszem i wobec o tym, że zrobiliśmy to w środku nocy gnani jakimś pierwotnym instynktem - odezwał się po chwili milczenia, wodząc spojrzeniem za McGonagallem i jego nagłą ekspresyjnością.
Tak bardzo kontrastującym z obecnym stanem Ambroisa czy Roselyn, na którą Roise spojrzał przelotnie, posyłając jej niewiele mówiące spojrzenie. Nie świdrował siostry wzrokiem, nie pytał bezgłośnie, skąd wstrząsnęła kogoś kto w jednej chwili potrafił stać się ptakiem, w kolejnej niedźwiedziem a w jeszcze następnej chodzącym wulkanem energii. Tak właściwie to sam nie wiedział, czego szukał w oczach młodszej Greengrassówny, ale z pewnością tam tego nie odnalazł.
O dziwo nie próbował oceniać zachowania Samuela. Nie czuł się przytłoczony tym deptaniem po pokoju ani nagłą gadatliwością mężczyzny. Chyba wyczerpał wszelkie zasoby energii przeznaczonej na reakcje na to, co działo się dookoła niego. Bowiem nie był człowiekiem, który z łatwością przyznawał, że każdy miał prawo do okazywania swojego podenerwowania bieżącą sytuacją w taki sposób, jaki mu pasował.
Niby wiedział, że jedni stawali się wręcz nadmiernie aktywni, inni zaś (tak jak ich dwoje w tej chwili) pogrążali się w jakimś dziwnym stanie otępienia. A jednak był raczej skłonny do całkiem szybkiego wydawania powierzchownych opinii i oceniania ludzi, nawet jeśli później zazwyczaj nie miewał aż takiego problemu, aby weryfikować te osądy.
Zresztą w normalnych okolicznościach zacząłby rozważać czy nie powinien tego zrobić w przypadku Samuela, bo może jednak nie był z niego taki znowu godny pożałowania element. Nie po tym, w jaki sposób nagle się przed nimi otworzył, wydając z siebie dźwięki, które formowały się w słowa a te słowa, choć pozbawione sensu, bo mogły przynieść konsekwencje, były całkiem logiczne. Po tamtym milczeniu w drodze do Kniei, to było zaskakujące odkrycie.
A więc jaki był Sam? Dziwny? Też raczej nie. Bardziej pasowałoby tu określenie osobliwy, przyprawiający o uniesienie brwi. Chaotyczny, ale kto taki nie był w obecnym świecie? Jedyny problem tkwił w tym, że jego nieumiarkowanie w wydawaniu z siebie dźwięków przypominało zachowanie młodego chłopaczka, który nagle nauczył się mówić. I który mógł przypadkiem powiedzieć zbyt wiele, za bardzo skupiając się na chęci podzielenia się swoim głosem z resztą świata.
- Wołanie Kniei? Bezgłośny wrzask w głowie? Nawet w naszym świecie słyszenie głosów tam, gdzie inni ich nie słyszą, nie jest dobrze odbierane - przypomniał, siląc się na składną wypowiedź wbrew temu uczuciu, jakie nadal go ogarniało. - W najlepszym wypadku nam nie uwierzą, tak jak w większości nie wierzą w nasze rodzinne bajki i przesądy - celowo przytoczył właśnie te określenia, lekko kręcąc przy tym głową. - W umiarkowanym poślą nas do Lecznicy Dusz. W każdym innym? Zakładam, że żadne z nas niespecjalnie rwie się, żeby to sprawdzić? - Spytał, choć chyba nie musiał.
Przed wszystkimi tymi wydarzeniami miał wrażenie, że co najmniej jedno z nich nadawało się do tego, żeby zagrzać tam cieplutkie miejsce w ładnym białym kubraczku. W tamtym momencie wydawało mu się, że McGonagall mógłby się nawet z tego w jakimś sensie ucieszyć, bo w kaftanie bezpieczeństwa jeszcze bliżej byłoby mu do leśnego grzyba. Cały byłby jedną białą nóżką zakończoną jego potarganą czupryną.
Teraz? Teraz nie zamierzał twierdzić, że wszyscy by się tam nadawali, bo to zbyt mocno by w niego godziło, jeszcze bardziej mu dopierdalając, toteż nie chciał tam słać już nikogo. Zdecydowanie powinni unikać czegokolwiek, co mogłoby im zagwarantować pobyt na kozetce czy w pokoiku. Z oknami czy bez.
- Poza tym wybacz, Sam, ale Ministerstwo i ludzie stamtąd nie są w tym... ...domu... ...w tej rodzinie, ściślej mówiąc, traktowani jak opoka czy sojusznicy - stwierdził bez entuzjazmu, obserwując jak drugi mężczyzna opada na podłogę, skrywając twarz w dłoniach.
Nie wiedział jak powinien zareagować, więc nie reagował, pozostawiając to w rękach Roselyn, samemu zaś kończąc myśl tyczącą się zarówno Morpheusa jak i Brenny. Ministerstwo. Nie lubili Ministerstwa. Ministerstwo zaś zazwyczaj miało na nich wyjebane.
- Raczej wolimy na własną rękę radzić sobie z problemami, nieważne, jakie by one nie były - w tym momencie był zbyt mocno wewnętrznie przyduszony, żeby brzmieć tak nieuprzejmie jak mogłyby sugerować wypowiadane przez niego słowa, gdyby ktoś przytoczył je w swojej opowieści.
W istocie wcale nie usiłował być oschły czy upominający. Wręcz przeciwnie. Być może mówił bardzo powoli i neutralnie. Z pewnym oporem, ale jednocześnie zadziwiająco miękko, jakby w istocie nie patrzył na Samuela z góry tylko raczej starał się wytłumaczyć mu pewne uniwersalne prawdy. Trochę jak podekscytowanemu dziecku spodziewającemu się otrzymania listu z Hogwartu, gdy na swoje nieszczęście jest charłakiem.
- Czyli wracamy do punktu wyjścia - to chyba miało być podsumowanie, nawet jeśli nie brzmiało dostatecznie zdecydowanie. - Źródła pisane i tak dalej. Reszta krewnych, ale tu też raczej byłbym ostrożny - nie to, że nie ufał swojej rodzinie, ale ten wypad w mrok do lasu mógł nie przejść bez dodatkowego echa.
Takiego, którego żadne z nich zdecydowanie nie chciało.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down