06.01.2025, 22:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.01.2025, 22:29 przez Pandora Prewett.)
W powietrzu rozległ się świst, zdjęta pośpiesznie koszula przeleciała przez pokój, lądując niezgrabnie na podłodze poza szafą. Była spóźniona, a Pandora nienawidziła się spóźniać. I przez to nawet nie mogła marudzić — no, poza teatralnym wywróceniem oczami, na wiszącą na wieszaku sukienkę, którą przygotowała jej matka na tegoroczne spotkanie i którą niezgrabnie ściągała, żeby wsunąć na siebie zaraz po tym, jak zdjęła spodnie i skarpetki. Chwała temu, kto był twórcą magicznych kosmetyków, bo poprawienie makijażu zajmie jej najwyżej dwie minuty i ograniczy się do przeciągnięcia tuszem po rzęsach, a także maźnięciem ust. Trzymane wcześniej w wysokiej kitce włosy rozpuściła, pozwalając, aby falami opadały na odkryte ramiona i plecy, podbiegając do lustra i łapiąc rzucone pod szafką szpilki w dłonie.
- Nosz cholera jasna. - syknęła pod nosem, gdy dłoń zrobiła bałagan na toaletce, szukając kolczyków. Powinna była zabrać Hjalmara, ale nie był jeszcze gotów na szok, którego tu dozna. I bała się, że po prostu ją zostawi — lub skupi się na galeonach i korzyściach płynących z jej nazwiska. I nie chciała też, żeby Edward dostał ataku serca. W święta to byłoby brzydko. Jednak tak miło byłoby znosić wujków, ciotki, kuzynów i całą resztę dalszej rodziny w jego towarzystwie. Westchnęła, psikając się perfumami i pomalowała usta, a potem kontrolnie obróciła się przed lustrem. Sukienka była dobrze zapięta, nie było widać jej bielizny i wyglądała na tyle przyzwoicie, że matka uzna, że się stała. Cudnie. Nie włożyła jednak szpilek, zamiast tego łapiąc je w jedną dłoń, a w drugą kraniec sukienki i wyszła z pokoju, biegnąc schodami i korytarzem do miejsca spotkania.
Gdy jedna z obsługujących osób uniosła brew na jej widok, brunetka uśmiechnęła się tylko, puściła mu oczko pełne konspiracji i przyłożyła palec do ust, jakby łączyła ich olbrzymia tajemnica. Tak, zamierzała wkraść się mniejszym wejściem, a nie robić dramatyczne spóźnienie na całą salę. Liczyła, że nikt nie zauważy — zwłaszcza że gwiazdą takich spotkań zwykle był jej czarujący, nieprzyzwoicie przystojny brat. Wsunęła więc szpilki, poprosiła los o łaskawość i cierpliwość, a potem wygładziła jeszcze dla pewności długi materiał z rozcięciem po boku, korzystając następnie z zamieszania, wkradając się do środka.
Jak zwykle wszystkiego było za dużo, ale ładnie pachniało. Od razu zauważyła Laurenta, do którego ukradkiem podeszła, wsuwając mu dłoń pod ramię i kradnąc całusa w polik.
- Czy ten najprzystojniejszy na sali facet, to mój brat? - zapytała cicho, lustrując go wzrokiem z zaczepnym uśmiechem i trąceniem łokciem, a chwilę później, gdy dostrzegła Lorien, pociągnęła go w stronę dziewczyny, zaabsorbowanej grą w karty. Bas i Atre bawili się doskonale. Przechodzą, odsunęła się nieznacznie od Lurenta i nachyliła, aby każdego ucałować w polik na przywitanie i w końcu dotrzeć do ciemnowłosej i objąć ją pieszczotliwie, również kradnąc buziaka. - Ślicznie wyglądasz, Lori.
Przechyliła głowę na bok, wyciągając rękę do przelatującej obok tacki, z której zabrała szampana. Potrzebowała go dużo, delikatnie słodkawego i otępiającego.
- Kto wygrywa? - zapytała, przyglądając się dwójce mężczyzn i wyciągając rękę w stronę Laurenta, aby podszedł bliżej. Lubiła, gdy był obok na rodzinnych spotkaniach. Pamiętała, jak czasem się czuł przez jej mamę i nie mogła, nie chciała do tego dziś dopuszczać.