Victoria uniosła wyżej brwi, oglądając te zmagania Sauriela i Olivii. Znaczy on pokazywał w powietrzu, a Liv powtarzała – również w powietrzu. A potem nastąpiło kopnięcie stołu, na tyle niespodziewane, że nie tylko Kwiatuszek podskoczył jak sprężynka, Tori też podskoczyła na siedząco, i mała Luna też się zerwała, aż plecki jej się wygięły w łuk, ogonek się postawił i zamiauczała z oburzeniem.
Stołu przepraszać nie trzeba było, był tylko meblem i jak Sauriel szybko się zorientował, nic się nikomu i niczemu nie stało. Może oprócz ogólnego wyrwania wszystkich z tego małego letargu (może prócz Livii, która najpierw zakryła sobie usta dłońmi, a potem się roześmiała, jak Sauriel zaczął wszystko i wszystkich przepraszać).
– Jasne, stołów nie, frajerów między nogi – powtórzyła za nim, za co zarobiła rechot od strony Victorii, która już nie wytrzymała i parsknęła, a potem próbowała zamaskować to chrząknięciem i udawanym kaszlem, czym zarobiła sobie spojrzenie od siostry. Młoda uczyła się szybko, tak od Sauriela, co od niej.
– Taa, pan – znowu parsknęła, całkowicie pewna, że to nie to chciał Sauriel powiedzieć na temat jej kuzyna, tylko nie bardzie wiedziała, co w takim razie to miało być. Pan. Pan Louvain jakoś się nie składało w ustach Sauriela – a miała w pamięci jego karteczkę, którą przeczytała już po jego wyjściu, gdy wróciła z Egiptu, odnoście Astarotha i tego, że nazywał Sauriela „PANEM”. – Pewnie się uśmieje, jak mu powiem, że mówisz o nim per pan.
– Ooch był pa… znaczy byłeś pałkarzem? – zainteresowała się szybko, znowu musząc się poprawiać, ale tym razem w drugą stronę: bo przeszli na ty. Jakoś to jedyne, co mogło jej się kojarzyć z rozwalaniem mord i najwyraźniej na ten moment nic więcej jej nie interesowało: tylko Quidditch. Victoria za to sobie słuchała, notowała, przyswajała… Zupełnie przypadkowo mogła się o Saurielu dowiedzieć więcej ponad to, co sam mówił, bo jakoś o czasach szkolnych rozmawiali rzadko. I czemu właściwie? Ale właśnie dlatego się nie odzywała i nie zadawała swoich pytań, nie przy Olivii.
– Tylko czasem? – uniosła brwi i spojrzała ubawiona na Sauriela, a Olivia się roześmiała, a potem kiwnęła kilka razy głową, przyswajając te informacje. By na koniec niż tego ni z owego przechylić się na tej kanapie, sprawiając, że Luna zeskoczyła już ostatecznie z kolan Victorii, i przytuliła się do siostry, najwyraźniej zapominając, że jest zimna jak lód, bo gdy ciemnowłosa objęła ją ręką, to Liv się mimowolnie wzdrygnęła, ale wcale nie oderwała od niej.
– Zawsze, zawsze – wymruczała, a Victoria mimowolnie się uśmiechnęła. – Która jest godzina? Nie chcę żeby mama na mnie potem buczała i zepsuła mi dzień – i było to mądre posunięcie, w końcu i Liv i Victoria wiedziały doskonale, do czego zdolna jest Isabella. I być może był to moment na spakowanie tych kupionych książek, żeby za chwilę stanąć w kominku. – A ty… – wycelowała w Sauriela palec, nadal przylepiona do Victorii. – Wyglądasz mi na gryfona – zawyrokowała.
Victoria musiała bardzo mocno ścisnąć ze sobą usta, żeby się nie roześmiać z tej wielkiej pomyłki, na szczęście Liv nie miała prawa tego widzieć. Ale Sauriel już owszem.