06.01.2025, 23:46 ✶
Gdyby Cynthia jednak zdecydowała się zerknąć na przedramię Rodolphusa, zobaczyłaby wyłącznie materiał czarnej marynarki, spod którego wyzierał mankiet śnieżnobiałej koszuli. W innych, nieco bardziej intymnych okolicznościach, gdyby mężczyzna zdecydował się odsłonić skórę... Również zobaczyłaby pustkę. Piękny, blady płat czystej skóry. Lestrange był nad wyraz ostrożny, a mroczny znak zawsze ukrywał specjalnymi zaklęciami maskującymi, nawet jeżeli nie było możliwości, by ktokolwiek miał okazję, by zerknąć w tamto miejsce. Ale przecież nie był jedyny, który tak robił, prawda? To bajka, w której wilcy wyszli na ulicę i wtopili się w tłum przy pomocy doskonałego kamuflażu. Każdy mógł być wrogiem, każdy mógł być czarnym charakterem. Każdy mógł stanąć nagle przeciwko przyjaciołom czy rodzinie - świadomie lub nie. Ta niepewność i podejrzliwość mieszała ludziom w głowach. Brat śledził brata, a siostra podejrzewała siostrę. Małżeństwa szpiegowały się nawzajem. Ludzie dzielili się, miast jednoczyć. Powstawała wyrwa, rozkoszna przepaść, której dwa brzegi miał złączyć Voldemort.
Cynthia pochodziła z samego serca Ministerstwa Magii, Rodolphus zaś: z jego głowy. Departament Tajemnic był zbudowany z mniejszych i większych sekretów, które stanowiły małe cegiełki budowli, wzbijającej się ku niebu. Poszczególnym spoiwem byli kolejni Niewymowni, eksperymenty, zachowane artefakty i... przyszłość oraz przeszłość. Kto wie, co kryło się w tym Departamencie? Nawet sami Niewymowni tego nie wiedzieli, ograniczając się wyłącznie do swoich własnych komnat. Wiedzieli jednak dużo, lecz niechętnie dzielili się swoją wiedzą. Strzegli jej niczym Cerber Tartaru, nie dopuszczając nikogo choćby na krok - nie pozwalając nikomu na zanurzenie chociażby małego palca u stopy w wodach Styksu. A teraz on, młody i ambitny, miał się dzielić z równie młodą i równie ambitną kobietą tym, co wiedział. Nie były to sekrety Ministerstwa, lecz jego własne. Jego i Roberta. Wraz ze śmiercią Mulcibera opadły kajdany, które trzymały Rodolphusa. Pękły, rozsypały się w proch i uwolniły bestię, która - spotęgowana wydarzeniami w Mauzoleum - zaczynała działać coraz śmielej. Do tej pory się wstrzymywał, lecz ostrożności nie można było mylić z głupotą. Należało działać, dlatego też nie odpuścił i zaprosił Cynthię do siebie.
- Nie chciałem, żebyś czuła się jakkolwiek zobowiązana. Poza tym dopiero się przenoszę - odpowiedział, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. Powiódł spojrzeniem tam, gdzie tkwił wzrok Cynthii: ku regałom. Były boleśnie puste, lecz nie bez powodu nie spieszył się z zapełnianiem ich na cito. Na półkach znajdowały się na ten moment wyłącznie pozycje naukowe, dotyczące anatomii i umysłu człowieka. Specjalistyczne, lecz legalne. Takie, które były na pograniczu, lecz nie zahaczały nawet o to, co powinno zostać ukryte. Cynthia nie dostrzegłaby tu żadnej książki, którą można by było określić mianem beletrystyki - czy posiadał jakąś w swoim domu na Horyzontalnej? Być może, lecz z jakiegoś powodu żadnej tu nie przeniósł.
Na pytanie, tak niewinne i zakończone lekkim przekrzywieniem głowy, uśmiechnął się. Wcześniej już to dostrzegł, lecz teraz miał pewność. Cynthia Flint była cholernie niebezpieczną osobą. Była niezwykle piękna, srebrzyste włosy, które rozsypywały się na jej ramionach, przypominały raczej pierwszogatunkowy jedwab. Nieskazitelna cera i głębokie spojrzenie, którym zdawała się kusić - to wszystko w połączeniu z inteligencją i wyuczonymi manierami oraz oszczędnością słów i gestów sprawiało, że zapewne połowa społeczeństwa z przyjemnością wpadłaby w jej otwarte ramiona, by wyszeptać w kształtne ucho wszystkie swoje sekrety. Podejrzewał, że nie musiała nawet pytać: ludzie sami śpiewali jej serenady płynące prosto z najgłębszych odmętów serca i pamięci. Przyjemnie było chociaż raz spojrzeć w lustro, nawet jeżeli pokazywało małe przekłamanie. Nie podejrzewał bowiem, by Cynthia była chociaż w połowie tak wyrachowana, jak on sam. Lecz może się mylił i sam wpadł w jej pułapkę, oceniając ją właśnie w ten sposób?
- Bezpieczeństwo miejsca zależy od doboru czynności, które się w nim wykonuje - odpowiedział spokojnie, wyciągając w stronę Cynthii rękę. - Pozwolisz?
Nie było innej drogi niż aportacja w docelowe miejsce. Jeżeli Cynthia cierpiała na nieprzyjemności, związane z teleportacją... Mogła czekać ją przykra niespodzianka, lecz przecież ktoś taki jak Rodolphus się nią zajmie, nieprawdaż?
Cynthia pochodziła z samego serca Ministerstwa Magii, Rodolphus zaś: z jego głowy. Departament Tajemnic był zbudowany z mniejszych i większych sekretów, które stanowiły małe cegiełki budowli, wzbijającej się ku niebu. Poszczególnym spoiwem byli kolejni Niewymowni, eksperymenty, zachowane artefakty i... przyszłość oraz przeszłość. Kto wie, co kryło się w tym Departamencie? Nawet sami Niewymowni tego nie wiedzieli, ograniczając się wyłącznie do swoich własnych komnat. Wiedzieli jednak dużo, lecz niechętnie dzielili się swoją wiedzą. Strzegli jej niczym Cerber Tartaru, nie dopuszczając nikogo choćby na krok - nie pozwalając nikomu na zanurzenie chociażby małego palca u stopy w wodach Styksu. A teraz on, młody i ambitny, miał się dzielić z równie młodą i równie ambitną kobietą tym, co wiedział. Nie były to sekrety Ministerstwa, lecz jego własne. Jego i Roberta. Wraz ze śmiercią Mulcibera opadły kajdany, które trzymały Rodolphusa. Pękły, rozsypały się w proch i uwolniły bestię, która - spotęgowana wydarzeniami w Mauzoleum - zaczynała działać coraz śmielej. Do tej pory się wstrzymywał, lecz ostrożności nie można było mylić z głupotą. Należało działać, dlatego też nie odpuścił i zaprosił Cynthię do siebie.
- Nie chciałem, żebyś czuła się jakkolwiek zobowiązana. Poza tym dopiero się przenoszę - odpowiedział, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. Powiódł spojrzeniem tam, gdzie tkwił wzrok Cynthii: ku regałom. Były boleśnie puste, lecz nie bez powodu nie spieszył się z zapełnianiem ich na cito. Na półkach znajdowały się na ten moment wyłącznie pozycje naukowe, dotyczące anatomii i umysłu człowieka. Specjalistyczne, lecz legalne. Takie, które były na pograniczu, lecz nie zahaczały nawet o to, co powinno zostać ukryte. Cynthia nie dostrzegłaby tu żadnej książki, którą można by było określić mianem beletrystyki - czy posiadał jakąś w swoim domu na Horyzontalnej? Być może, lecz z jakiegoś powodu żadnej tu nie przeniósł.
Na pytanie, tak niewinne i zakończone lekkim przekrzywieniem głowy, uśmiechnął się. Wcześniej już to dostrzegł, lecz teraz miał pewność. Cynthia Flint była cholernie niebezpieczną osobą. Była niezwykle piękna, srebrzyste włosy, które rozsypywały się na jej ramionach, przypominały raczej pierwszogatunkowy jedwab. Nieskazitelna cera i głębokie spojrzenie, którym zdawała się kusić - to wszystko w połączeniu z inteligencją i wyuczonymi manierami oraz oszczędnością słów i gestów sprawiało, że zapewne połowa społeczeństwa z przyjemnością wpadłaby w jej otwarte ramiona, by wyszeptać w kształtne ucho wszystkie swoje sekrety. Podejrzewał, że nie musiała nawet pytać: ludzie sami śpiewali jej serenady płynące prosto z najgłębszych odmętów serca i pamięci. Przyjemnie było chociaż raz spojrzeć w lustro, nawet jeżeli pokazywało małe przekłamanie. Nie podejrzewał bowiem, by Cynthia była chociaż w połowie tak wyrachowana, jak on sam. Lecz może się mylił i sam wpadł w jej pułapkę, oceniając ją właśnie w ten sposób?
- Bezpieczeństwo miejsca zależy od doboru czynności, które się w nim wykonuje - odpowiedział spokojnie, wyciągając w stronę Cynthii rękę. - Pozwolisz?
Nie było innej drogi niż aportacja w docelowe miejsce. Jeżeli Cynthia cierpiała na nieprzyjemności, związane z teleportacją... Mogła czekać ją przykra niespodzianka, lecz przecież ktoś taki jak Rodolphus się nią zajmie, nieprawdaż?