Fakt, Victoria… popalała sobie czasem. A na pewno nosiła fajki w torebce. Na tyle nerwów ile miała od maja i ile generowała jej praca – nic dziwnego, ze miała czasami ochotę i potrzebę, by puścić to wszystko z dymem. Zwłaszcza, gdy do zmartwienia o siebie, dochodziło jeszcze zmartwienie o innych: o Laurenta i jego stajnię… i o Caina, o którego śmierci dowiedziała się wczoraj, choć tu już nic nie dało się zrobić – tylko się pogodzić. Zrzucała to póki co na bok, dusiła w sobie, a spotkanie z siostrą skutecznie przynajmniej chwilowo oderwało jej myśli od tych mocno negatywnych, od tych związanych z końcem.
Ciemnooka spojrzała na Sauriela niemalże z politowaniem i przewróciła oczami, nie zamierzając tego bardziej komentować. Temat jej kuzyna rozmył się więc w powietrzu, a przynajmniej na ten moment.
– Aaale czaad! – zapiszczała z podniecenia, uradowana z takiej odpowiedzi. Cóż z tego, że nie robił kariery, nie o to chodziło. Liczyło się to, że grał w drużynie. – Może musisz sobie przypomnieć! – widać, że młodą nosiło od tego tematu o miotłach, a potem odrobinkę spochmurniała. – Niee, nie mam. No ale nie jestem w drużynie, pierwszoroczniaków nie przyjmują, ale teeeraaaz… – teraz, kiedy miała być na drugim roku, mogła się zgłosić do kapitana Ślizgonów i może, przy odrobinie szczęścia… – Vikusia? – ależ słodki głosik, ależ słodkie, proszące, niebieskie oczka.
– Słucham? – odwróciła głowę do młodej, czując już w kościach to, co się tu święciło.
– A jak mnie przyjmą do drużyny, to kupisz mi miotłę?
I co ona miała zrobić, odmówić? To od początku było skazane na porażkę, ale dla zachowania efektu milczała, jakby się nad tym zastanawiała. Jakby w ogóle było się nad czym zastanawiać. I nie chodziło tu o żadne pytanie matki, bo oczywiste było, że córki miały mieć wszystko co najlepsze.
– Niech będzie. Jak cię przyjmą, to dostaniesz miotłę – powiedziała w końcu po chwili.
– Jest! – ucieszyła się Liv i mało brakowało, by niczym piłeczka kauczukowa, zaczęła się odbijać od ścian i mebli ze szczęścia. Była jednak damą, wiec tylko zacisnęła w pieści swoje dłonie, a potem chrząknęła i rozprostowała swoją sukieneczkę na udach.
Victoria prawie pokazała Saurielowi język, ale to było przecież ponad nią, więc tylko zmrużyła oczy, jakby tym gestem próbowała go przedrzeźniać.
– Tiara przydziału się nie myli, Sauriel – odparła za to po prostu i wzruszyła ramionami, bo doskonale wiedziała, że może i nie wyglądał, ale w duszy był Krukonem. Był inteligentny, miał łatwość w przyswajaniu wiedzy, nie miał problemu z łamigłówkami, absolutnie był daleki od bycia głupim. Owszem, miał problemy z agresją, ale jeśli to wychodziło również na czas Hogwartu, to być może po prostu już wtedy odreagowywał to, co działo się w domu, to, jak traktował go ojciec. A to wszystko nie sprawiało, że był głupszy, absolutnie nie.
– Naprawdę? – Livia zrobiła wielkie oczy, okrągłe jak galeony, a potem pokręciła głową, jakby mierzyła jego obraz i zachowanie z Krukonami, których znała.
– Po prostu znacie się za krótko. Sauriel to wzdłuż i wszerz Krukon całym sercem, serio. A twojej odpowiedzi nie przyjmuję do wiadomości – tu już zwróciła się do Sauriela, bo latarnia jego inteligencji świeciła mocno. A przynajmniej według niej.
Livia w tym czasie wstała, żeby pozbierać swoje podręczniki i wsadzić je do torby stojącej przy kominku. I Victoria też wstała, żeby się upewnić, że młoda wszystko zgarnęła i nic nie zapomniała, a potem przytuliła ją jeszcze raz. Siostry pożegnały się, życząc sobie dobrej nocy, a potem Liv wrzuciła w ogień proszek, płomień zmienił kolor na zielony i młoda Lestrange weszła w płomienie, a Victoria podała jej torby i kolejną z garści proszku, tym razem, żeby faktycznie mogła się przenieść.
– Papaaa. Fajnie cię było w końcu poznać! – rzuciła jeszcze do Sauriela i pomachała mu, nim rzuciła proszek raz jeszcze i wypowiedziała nazwę celu swojej podróży.
– Tak, papa – powiedziała jej Victoria, a gdy Livia zniknęła w ogniu, dopiero się odwróciła do Sauriela. – I jak wrażenia? – chciała wiedzieć, co myślał o spotkaniu z jej najmłodszą siostrą. Bo wcale nie wydawał się być niezadowolony czy przerażony.