07.01.2025, 00:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.01.2025, 22:48 przez Maeve Chang.)
Yule nie obchodziła; nawet jeśli się już zupełnie zasymilowali z tubylcami, Changowie zwyczajnie nie obchodzili lokalnych świąt z wielkim przytupem. Jeden klient przyniósł im jakąś małą śmieszną choinkę, więc stała w rogu na ladzie, ale nie bardzo mieli ją czym przystroić - przecież nikt na niej puszek z opium nie będzie wieszał. Wszyscy w domu czekali na Chiński Nowy Rok, reszta nikogo nie obchodziła. Toteż oczywiście, że nie miała dzisiaj nic lepszego roboty niż wychylenie whiskey z Saurielem, a potem wpadnięcie z nim w jakieś kłopoty. Zwykle te dwie rzeczy szły ze sobą w nierozerwalnej parze.
Maeve dostrzegła go z daleka - jak zwykle wyłaniał się z cieni, doskonale wtapiając się w zimną, nieprzyjazną scenerię Nokturna. Jej spojrzenie przesunęło się po jego sylwetce, zatrzymując się na idiotycznym przedmiocie, który trzymał w rękach. Przez ułamek sekundy zmarszczyła nos, jakby w geście niechętnego uznania. Nie zatrzymała się od razu, pozwalając mu przez chwilę smakować ciszę - zresztą, znała Sauriela wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że jakikolwiek pośpiech byłby tutaj tylko zbędną stratą energii.
- Cześć, Kotku - rzuciła w końcu, zatrzymując się przed nim. W jej głosie brzmiała lekka nuta rozbawienia, ale i dobrze znana nuta cynizmu. Przechyliła głowę, spoglądając na niego z dołu - egzotyczne rysy twarzy faktycznie nabrały ostrzejszego wyrazu w kontrastującym świetle latarni. - Nawet nie planowałam krzyczeć, co najwyżej się zastanawiałam, czy nie dać ci w mordę. Jak widać, to w końcu czas dawania - przewróciła oczami, ale sięgnęła po oferowany prezent, jakby była ciekawa, co właściwie z tego wyniknie. Obwąchała nadgryziony makaron z przerysowaną powagą.
- Rodzime strony, mówisz? - Uśmiechnęła się krzywo, przyglądając się mu spod lekko opuszczonych powiek. Następnie obróciła paczkę makaronu, aby przeczytać skład i kraj pochodzenia. Aha, no jasne. Wietnam. - Czy ty myślisz, że Wietnam to jest jakieś miasto w Chinach? Prowincja może? - Zapytała, patrząc na niego przez moment jak na rasowego debila, widocznie oburzona, po czym podniosła wzrok na śnieg wirujący leniwie nad uliczką. - Dobra, nieważne. Przecież i tak to zjem - przyznała bez bicia, a potem ugryzła suchy makaron. Nie był zły, ale chyba faktycznie poczeka na powrót do domu i spróbuje tego cuda kulinarnego na ciepło.
Przez chwilę milczała, jakby coś analizując. Można byłoby, że to maniery, bo się nie powinno mówić w trakcie jedzenia, ale to nie tak, że kiedykolwiek ta zasada Mewę powstrzymała. W końcu spojrzała na niego ponownie, unosząc lekko brwi.
- Nie obchodzisz Yule z rodziną, czy coś? - Zagaiła, marszcząc brwi nieco. Nawet jeśli nie było u Rookwoodów kolorowo, zwykle takie święta i tak przyciągały wszystkich do jednego stołu. Takie okazje działały jak magnes na toksycznych członków familii.
Maeve dostrzegła go z daleka - jak zwykle wyłaniał się z cieni, doskonale wtapiając się w zimną, nieprzyjazną scenerię Nokturna. Jej spojrzenie przesunęło się po jego sylwetce, zatrzymując się na idiotycznym przedmiocie, który trzymał w rękach. Przez ułamek sekundy zmarszczyła nos, jakby w geście niechętnego uznania. Nie zatrzymała się od razu, pozwalając mu przez chwilę smakować ciszę - zresztą, znała Sauriela wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że jakikolwiek pośpiech byłby tutaj tylko zbędną stratą energii.
- Cześć, Kotku - rzuciła w końcu, zatrzymując się przed nim. W jej głosie brzmiała lekka nuta rozbawienia, ale i dobrze znana nuta cynizmu. Przechyliła głowę, spoglądając na niego z dołu - egzotyczne rysy twarzy faktycznie nabrały ostrzejszego wyrazu w kontrastującym świetle latarni. - Nawet nie planowałam krzyczeć, co najwyżej się zastanawiałam, czy nie dać ci w mordę. Jak widać, to w końcu czas dawania - przewróciła oczami, ale sięgnęła po oferowany prezent, jakby była ciekawa, co właściwie z tego wyniknie. Obwąchała nadgryziony makaron z przerysowaną powagą.
- Rodzime strony, mówisz? - Uśmiechnęła się krzywo, przyglądając się mu spod lekko opuszczonych powiek. Następnie obróciła paczkę makaronu, aby przeczytać skład i kraj pochodzenia. Aha, no jasne. Wietnam. - Czy ty myślisz, że Wietnam to jest jakieś miasto w Chinach? Prowincja może? - Zapytała, patrząc na niego przez moment jak na rasowego debila, widocznie oburzona, po czym podniosła wzrok na śnieg wirujący leniwie nad uliczką. - Dobra, nieważne. Przecież i tak to zjem - przyznała bez bicia, a potem ugryzła suchy makaron. Nie był zły, ale chyba faktycznie poczeka na powrót do domu i spróbuje tego cuda kulinarnego na ciepło.
Przez chwilę milczała, jakby coś analizując. Można byłoby, że to maniery, bo się nie powinno mówić w trakcie jedzenia, ale to nie tak, że kiedykolwiek ta zasada Mewę powstrzymała. W końcu spojrzała na niego ponownie, unosząc lekko brwi.
- Nie obchodzisz Yule z rodziną, czy coś? - Zagaiła, marszcząc brwi nieco. Nawet jeśli nie było u Rookwoodów kolorowo, zwykle takie święta i tak przyciągały wszystkich do jednego stołu. Takie okazje działały jak magnes na toksycznych członków familii.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —