• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise

[02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#22
07.01.2025, 00:52  ✶  
Tak. Zawsze sobie jakoś wspólnie radzili, ale nigdy nie było prosto. Nie było łatwo. Ich życie było naznaczone trudnościami, które wtedy traktowali jak wyzwania. Teraz to były kolejne kłody, jeszcze większe bagno. Szczególnie, gdy stali przeciwko sobie, nie grając już w jednym zespole.
- Wiem. Nienawidzę tego - przyznał kwitując to kiwnięciem głowy.
Wolał być z nią, nie przeciwko niej, ale używanie posiadanej wiedzy w kłótniach i sporach w ostatnim czasie przychodziło mu zatrważająco łatwo.
- Ależ jestem. Bardziej niż ci się wydaje. Znacznie bardziej niż sam bym się tego spodziewał. Najwyraźniej genów nie oszukasz - odparł bez konieczności zastanawiania się nad tym nawet przez pół sekundy.
Nie pocieszała go swoim podejściem. Wręcz przeciwnie. W tych okolicznościach nie istniała łagodna forma przeprowadzenia tej rozmowy, którą z jakiegoś powodu prowadzili, choć w jego oczach nie powinni tego robić.
Gdyby Geraldine zaczęła teraz na niego krzyczeć, wcale nie byłoby łatwiej. Nie był masochistą, nie chciał nic utrudniać ani sobie, ani jej. A jednak znacznie bardziej spodziewał się czegoś zupełnie przeciwnego do tego, co mu teraz dawała.
Nie wiedział jak powinien radzić sobie z tą wyrozumiałością i z tym, że postępowała wbrew wszelkiej logice (przynajmniej tej Ambroisa) będąc dla niego znacznie bardziej wyrozumiała niż on sam dla siebie.
Dołowała go tym. Dobijała go. To w żadnym razie nie było lepsze, bo sprawiało, że miał ochotę wyciągnąć ku niej rękę, złapać ją za dłoń, spleść ich palce i zamilknąć na tak długo aż wreszcie byłby w stanie skinąć głową.
Zsunąć się z zajmowanego miejsca, przyklękując tuż przy niej albo po prostu siadając na podłodze tuż obok jej krzesła. Opierając czoło o znajome miękkie ciało, składając głowę na kolanach Yaxleyówny i bez słowa mówiąc jej, że dobrze, skoro była w stanie przyjąć go w tej sposób, mogli spróbować ponownie.
Teraz by się poprawił. Nie próbowałby się zmienić, bo to było niemożliwe, ale byłby tą najlepszą wersją siebie dla niej. Wbrew wszystkiemu. Jeśli to konieczne, podpalając świat dookoła nich, gryząc się z każdym, kto by im zagroził. Tyle tylko, że musiał trwać przy swoich postanowieniach.
Były przemyślane i słuszne. Nie mógł wyrzucić ich do kosza pod wpływem alkoholu i zamotania w tym, że nie traktowała go już jak wszelkie zło. Że była wyrozumiała, wręcz bardziej czuła niż mogłaby logicznie być dla niego w tej sytuacji.
- Wtedy do końca stracę siebie - to było tak samo skomplikowane jak proste, na swój sposób nawet banalnie łatwe.
Nie miał w zwyczaju odpuszczać. Przecież to wiedziała. Był tym typem człowieka, który kurczowo trzymał się swoich postanowień, nawet jeśli paliły go w ręce, jeśli trawiły go żywym ogniem. Gdy coś sobie usrał, nieczęsto potrafił odpuścić. Nieistotne czy mu to szkodziło, czy nie. Tak kiedyś jak teraz. To się nie zmieniło.
A jeśli już to wzniosło się na wyżyny autodestrukcyjnych zapędów. Kiedyś się nawzajem hamowali. Byli dla siebie nie tylko bezpiecznymi przystaniami, lecz także głosami rozsądku. Czasami spokojnymi, czasami doprowadzającymi do żarliwych kłótni, ale Ambroise zawsze brał pod uwagę opinię Geraldine. Nawet wtedy, kiedy się z nią nie zgadzał.
Nie chciał powtórzyć tamtej parszywej nocy, gdy wrócił do domu po pięciu dniach w stanie, przez który ledwo przeżył kilkanaście następnych godzin. Nie chciał dać jej więcej powodów do lęku i niepokoju niż to wynikało z tego, czym zajmował się po swoich oficjalnych godzinach. Starał się, aby mieli stabilne życie i jak najpewniejszą przyszłość.
W pewnym momencie podjął nawet początkowe starania, aby niemal całkowicie zejść z czarnorynkowej sceny. Nadal trzymać rękę na pulsie, ale nie zajmować się tym w tak destrukcyjny sposób, w jaki to robił przez wiele lat. Nie tylko w związku z narastającą wojną, przez którą w półświatku zrobiło się niebezpiecznie.
Nie, nawet gdyby nie było tego cholernego konfliktu, nawet wtedy starałby się ugruntować swoją pozycję na tyle, aby nie musieć zbyt często kręcić się w niebezpiecznych miejscach z parszywymi ludźmi. Bowiem zdecydowanie miał po co tego unikać.
Teraz, gdy te plany już nie istniały, na nowo zatracił się w tamtym trybie życia. Ryzyko przychodziło mu wręcz banalnie prosto. Niekiedy wcale go nie ważył. Rzucał się głową wprzód w najróżniejsze sytuacje tylko po to, aby coś poczuć i zabić wrażenie przegrania życia.
Kiedy adrenalina buzowała w jego żyłach, było mu jakoś pozornie prościej radzić sobie z tym całym syfem, który go otaczał. Nie czuł się taki przyduszony swoim bagnem, gdy w nim pływał.
- To ja do tego doprowadzam. Nie możesz kontrolować moich posunięć, bo to nie ty za nie odpowiadasz - odparł zgodnie z brutalną prawdą, zupełnie nie wiedząc, czemu dziewczyna wypowiedziała te słowa.
Nie byli już dłużej ze sobą. Nie mogła mieć wpływu na podejmowane przez niego decyzję, bo go przy niej nie było. Nie pytał, nie brał pod uwagę tego, co by powiedziała na niektóre jego zachowania. Już nie. Myślenie o tym było zbyt bolesne.
- Poza tym mamy układ. Tym bardziej teraz nie oczekuję ani nie chcę, żebyś próbowała mnie pomścić czy cierpiała z powodu mojego zniknięcia - stwierdził, nie mogąc wrócić spojrzeniem do jej oczu, bo w głębi duszy i tak doskonale wiedział, co by tam zobaczył.
Nie potrzebował sobie tego udowadniać. Dostatecznie mocno ją zawiódł. Cała ta rozmowa do niczego ich nie prowadziła. Mówili o rzeczach, które dotyczyły ich już wyłącznie w teorii, bo nie byli razem. Nie byli już parą. Mogło łączyć ich to dziwne duszące połączenie, ta niewidoczna nić, ale co z tego, skoro nie mieli żadnej przyszłości?
- Możesz się przejmować albo nie. Stara wciąż będzie próbować - odpowiedział, zwracając jej uwagę na to, z czym oboje mieli już praktyczne doświadczenie.
Te wszystkie spędy. Tamta czerwona sukienka. Jennifer była niezmiernie usatysfakcjonowana, gdy to zadziałało. A teraz? Zapewne wewnątrz (a i na zewnątrz pewnie też) odchodziła od zmysłów, zgrzytając zębami ile wlezie, bo przez lata zdecydowanie liczyła na to, że wyda córkę za mąż, że będzie mieć wnuki i prawnuki.
A nie miała ich mieć.
Te słowa były jak siarczysty policzek, wywołując u niego dostrzegalny grymas na twarzy, nawet mimo przytłumienia alkoholem (i nie tylko) a także odgięcie głowy do tyłu i wypuszczenie powietrza przez zęby. Zacisnął dłonie na kolanach, siedząc tak przez stanowczo zbyt długą chwilę. Zanim spomiędzy jego warg wydostały się te ciche słowa. Znacznie spokojniejsze niż w jego własnej głowie.
- Jesteśmy przeklęci - bo czym innym to było, jeśli nie przekleństwem? - Nawet nie wiesz jak często siedzi mi to w głowie. Częściej niż powinno. Szczególnie w dni takie jak wczoraj - chyba jeszcze nigdy wcześniej nie był z nią aż tak nieświadomie szczery.
Boleśnie szczery, ale nie po to, żeby kogokolwiek ranić. Słowa same płynęły z jego ust. Formułowały się w myśli, które znajdowały ujście na zewnątrz. Chciał tego czy nie. Kiedy powiedziała to jedno zdanie, nie potrafił tego nie powiedzieć.
Zbyt długo planowali wspólną przyszłość. Za często wyobrażał sobie wtedy ich dwoje za kilka lat. Może to były bardzo ostrożne myśli, ale z perspektywy upływającego czasu stały się niemal nie do zniesienia. Szczególnie, że był dokładnie tego samego zdania. Tylko ona i tylko z nią, z nikim innym nie mógłby o tym myśleć.
- Mam wrażenie, że nas wtedy oszukiwałem. Po tym wszystkim, co wypłynęło na koniec i co nadal dzieje się dookoła mnie, nie jestem w stanie tego nie kwestionować - powinien cieszyć się ze słów Geraldine, ale kolejny raz nie potrafił tego robić. - Ale wiedz, że naprawdę się starałem. To było prawdziwe - nawet jeśli wszystko inne dało się podważyć, tu gwarantował jej tę pewność.
Nie grał ani nie zmuszał się do tego, żeby cieszyć się ze wspólnego życia. Nie potrafiłby jej okłamywać w ten sposób. Naprawdę chciał tego wszystkiego, co sobie budowali. Wydawało mu się, że zmienił się dla niej jak za machnięciem różdżki, nawet jeśli później wielokrotnie wyrzucał sobie, że może nie potrafił tego zbyt dobrze zrobić, skoro po latach wrócił do dawnych skłonności.
Jednakże były one wyłącznie czymś pustym. Udawanym wypełniaczem wrażenia osamotnienia. Czymś, co nie przynosiło mu satysfakcji. Mógł kwestionować to, czy tacy ludzie jak on potrafili się trwale zmienić, ale przecież to kiedyś było dla niego znacznie bardziej kolorowe, barwne i przychodziło mu ochoczo. Teraz było żałosne, choć konieczne dla zabicia pustki.
Nie chciał żyć w zawieszeniu. Chciał wrócić do domu. Tyle tylko, że wbrew temu, przy czym upierdała się Yaxleyówna, to nie była decyzja, którą mogli wspólnie podejmować. Nawet teraz w jego oczach nie dyskutowali na ten temat. Jedynie mówili. To nie zmieniało jego podejścia.
- Możesz ruszyć dalej. Nie bronię ci tego, choć wierz mi, że chciałbym, bo ta myśl boli - stwierdził, przenosząc wzrok na sufit.
Już jej to powiedział, prawda? Był psem ogrodnika. Chciał tego czy nie, nie potrafił nie myśleć w ten sposób. Egoistycznie chciał mieć ją dla siebie i tylko dla siebie, jednocześnie nie będąc w stanie zagwarantować jej tego, czego oboje chcieli i potrzebowali. Nie w zewnętrznym świecie, bo tutaj?
Im dłużej o tym rozmawiali, tym bardziej jasne było to, co się działo i co miało się dziać.
- Wiem. Dlatego tu zostaliśmy, nie? Poprzedniej nocy to spierdoliliśmy, żegnając się w drzwiach salonu, ale zamiary były jasne. Potrzebujemy dać sobie popłynąć - wypowiedział dokładnie to, co chyba powinno paść już na głos, bo jak do tej pory nie mieli żadnej jasności.
A chyba wobec tego powinni być ze sobą szczerzy, żeby nie miotać się w jedną czy w drugą stronę. Nie mówili o datach, nie wrzucali się w te ramy, w które powinni, zamiast tego wpychali się w inne. Te, przy których każdy krok miał być przesycony niepewnością. A teraz czuł, że chyba powinni być w tym ze sobą szczerzy.
- Wiem, ale to wciąż drugie najlepsze wyjście, może nawet pierwsze - stwierdził bez wahania, opróżniając szklankę jednym zachłannym haustem.
Jak do tej pory pierwszym wyjściem było trzymanie się na dystans w taki sposób, w jaki to robili przez ostatnie półtora roku. Ale to już nie mogło działać. Sami to sobie udowodnili i powiedzieli. A więc co innego im pozostało?
Gdyby brał pod uwagę słowa Geraldine, zostałby bez chwili zawahania. Tymczasem to nie wchodziło w grę. Kręcili się w kółko. Nie wiedział jak powinien postąpić, aby zamknąć ten temat bez jednoczesnego czucia się jak czarny charakter tej historii. To chyba było niemożliwe.
- Nie - odpowiedział krótko, kręcąc głową; oczywiście, że na pewno chciała to robić, przecież ją znał. - Za to wiem, że nie spodobałyby ci się te metody ani tamten widok. Nie patrzyłabyś na mnie po tym w ten sam sposób. I nie, nie patrzysz na mnie z boku. Widzisz mnie przez pryzmat wyobrażeń. W istocie to, kim jestem... ...byłem... ...dla ciebie w naszym domu a to, kim potrafię być tam w świecie. To dwie zupełnie różne osoby - on też nie miał pojęcia, czemu go tak wybielała.
Tak. Jasne. To była domena miłości. Będąc ze sobą w związku, planując razem przyszłość, patrzyli na siebie przez różowe okulary, ale to klepanie go po głowie i adwokatyzowanie go przed nim samym wyłącznie go dołowało.
Chciał, żeby miała o nim jak najlepsze mniemanie. Dążył do tego przez lata. Tyle tylko, że to wiązało się z narastającym lękiem przed tym, co mogłoby się stać, gdyby kiedyś odkryła jego gorszą stronę. Tą, która byłaby w stanie ciepnąć w nią zaklęciem tej nocy w salonie.
- Nie rozumiem czemu cały czas sobie ujmujesz - a przecież przez lata próbował to zrobić, pojąć jej mechanizmy i sprawić, że dostrzegłaby w sobie to, co on widział w niej gołym okiem.
To wszystko było pojebane. Skomplikowane. Trudne. Prowadzenie tej rozmowy przychodziło im zadziwiająco łatwo, więc powinien być podejrzliwy wobec tej kwestii, ale w istocie we wnętrzu jego własnej głowy, Greengrassowi wydawało się, że szło mu trudniej, że bardziej opornie mówił te wszystkie słowa.
- A jak to inaczej nazwiesz? Pożyczalibyśmy sobie z przyszłości w imię teraźniejszości - nie mieli tu żadnej zgody.
Ich zdania były diametralnie różne. Nawet nie próbował tego kwestionować. Dla niego sprawa była aż za jasna - Geraldine nie musiała świadomie wybierać narażania się przy nim na niebezpieczeństwo. Mogła mieć inne, lepsze życie. On nie.
Podjął decyzje. Paradoksalnie bardzo zbliżone do tego obecnego podejścia jego byłej dziewczyny. W tym momencie jakby sam się słyszał, niemal zgrzytając przez to zębami. Adaptacja mu w dupę.
- Wiem. Kto jak kto, ale ty akurat masz w swoim bliskim otoczeniu co najmniej jedną inną taką osobę. Tyle tylko, że to wciąż chujowy pomysł - odparł, nie będąc w stanie zaakceptować żadnego dalszego mówienia mu o tym jak dobrze byłoby, gdyby nagle zaczęła stawiać swoje pierwsze kroki na tej ścieżce.
Dobrymi intencjami było okupione naprawdę wiele strasznych, godnych pożałowania uczynków. Dobre intencje i chęć bronienia się przed coraz mroczniejszą rzeczywistością były dobrym pomysłem wyłącznie w teorii. Na papierze brzmiały jak coś, co może działać. I z początku naprawdę tak było.
Tyle tylko, że tak jak to usiłował przedstawić Rinie, choć ta za cholerę nie chciała go słuchać: nie dało się tak po prostu zejść z tej drogi. Z czasem stawała się coraz bardziej kręta i podstępna, pełna pokus i potencjalnych przejść na skróty w celu szybszego, niby to łatwiejszego osiągnięcia tego, czego się chciało.
Nie zamierzał przyklaskiwać podejściu dziewczyny, nawet jeśli aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że nie mógł mieć już nic do powiedzenia w tym zakresie. Chciał o nią dbać, usiłował w jakiś sposób w dalszym ciągu opiekować się swoją Riną, tyle tylko, że ona wcale nie musiała go przy tym słuchać.
I nie słuchała. Nie pozostawiała żadnych wątpliwości.
- Nie, nie mamy tutaj jasności. Wręcz odnoszę wrażenie, że nie tylko tego nam tutaj brakuje, brak jasności nie jest naszym największym problemem i wkurwia mnie myśl, że mówisz o tym w taki sposób. Zupełnie tak, jakbyś naprawdę sądziła, że możesz pójść do jednej czy drugiej znajomej osoby, wypytać je o ich nielegalne, czarnomagiczne czy nekromanckie techniki i oczekiwać, że będą cię uczyć zamiast rzucić ci się do gardła - nie wierzył w podejście, jakie próbowała mu wciskać Geraldine, bo to było naprawdę absurdalne myślenie, nawet jak na nią.
Nie sądził przy tym, żeby miała zaskoczyć go czymś jeszcze bardziej niedorzecznym.
I srogo się przy tym pomylił, niemal przypłacając to płucie alkoholem, choć skończył tylko z gwałtownym atakiem kaszlu. Oczywiście, że poderwał się na równe nogi, szczególnie słysząc te kuriozalnie lekkie słowa, które padły z ust dziewczyny. Co prawda chwilę później ponownie opadł na krzesło, ale tym razem bezwiednie wkraczając w jej sferę osobistą. Całkowicie zniwelował dystans po to, aby intensywnie się w nią wpatrywać, mając wrażenie, że robiła sobie z tego jaja.
- To moment czekał, kurwa, na mnie. I to, kurwa, nieodpowiedni moment. Nie, Rina, za chuja o tym nie wiedziałem - mógłby się zaśmiać, nerwowo, szaleńczo, desperacko, ale jakimś cudem tak się nie stało; czuł się otumaniony, przyduszony. - I to mnie, kurwa, zżerało od środka. Ta... ...ułomność - prawie wypluł to słowo - na którą żadne z nas się nie pisało. Nie wiedziałem jak mam z tym funkcjonować, w jaki sposób ci to powiedzieć, jak na to zareagujesz, bo to jest, kurwa, przerażające. A ty mi teraz mówisz, że tak po prostu wiedziałaś, bo macie jakieś specjalne łowcze zmysły? - Nie wierzył, po prostu nie wierzył.
Łapiąc się na zaciskaniu dłoni na kolanach Yaxleyówny, odruchowo zrobił jedną rzecz, jaka przyszła mu do głowy. Bez uprzedzenia machinalnie wyjął jej papierosa z ust, wsadzając go między własne wargi i zaciągając się czymś, czego poprzysiągł nigdy nie palić.
Kurwa mać.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (19954), Geraldine Greengrass-Yaxley (16306)




Wiadomości w tym wątku
[02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.01.2025, 11:06
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.01.2025, 13:06
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.01.2025, 15:30
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.01.2025, 16:22
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.01.2025, 17:46
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.01.2025, 19:00
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.01.2025, 01:55
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.01.2025, 02:38
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.01.2025, 14:29
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.01.2025, 15:29
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.01.2025, 16:34
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.01.2025, 17:50
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.01.2025, 19:29
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.01.2025, 21:02
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.01.2025, 23:00
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.01.2025, 00:48
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.01.2025, 02:06
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.01.2025, 04:16
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.01.2025, 00:11
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.01.2025, 01:47
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.01.2025, 22:59
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.01.2025, 00:52
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.01.2025, 15:10
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.01.2025, 17:00
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.01.2025, 23:58
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.01.2025, 01:03
RE: [02.09.1972 - południe] life update: still a mess | Geraldine & Ambroise - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 10.01.2025, 00:38

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa