07.01.2025, 17:00 ✶
- To nie szokujące - stwierdził bez zawahania, lekko kręcąc głową, bowiem w tym wszystkim, co obecnie padało w ich dyskusji (mniej zażartej niż by się kiedykolwiek spodziewał) to było najmniej nietypowe zachowanie z jej strony.
- Nie sądzę - to było mało powiedziane, bo w praktyce sprowadzało się do sporego uogólnienia.
Nie sądził wielu rzeczy. Na przykład tego, że mogła decydować o tym, co było albo nie było w jego charakterze. Co powinien a czego nie powinien robić, bo w istocie w tym momencie stanowczo zbyt mocno się mijali. To, że nie zaczęli jeszcze na siebie warczeć było osobliwą nowością. Czymś, czego nie rozumiał, ale też nie próbował zrozumieć.
Parł do przodu, brnąc przez te wszystkie tematy nie po to, aby uzyskać jakikolwiek konsensus czy otrzymać jasność, bo ani tego, ani tego nie mogli mieć. Robił to... ...cóż... ...może sam nie do końca wiedział, czemu. Otwierał usta, mówił i odpowiadał. Patrzył na Geraldine tylko po to, aby chwilę później odwrócić wzrok, bo jej słowa, choć przez większość czasu kojące wydzierały coraz większą dziurę w piersi Greengrassa.
Zupełnie tak, jakby gdzieś tam głęboko pod jego skórą, pod warstwami ciała, mięśni i kości, pod żebrami klatki piersiowej znajdowało się coś więcej niż tylko bolące serce. To był ten egoistyczny byt, prawdziwy problem, wewnętrzny zdesperowany potwór pragnący wyrwać się na powierzchnię i przejąć kontrolę. Wziąć to wszystko, co powinno być ich.
I nie mogło.
- Myślę, że dobrze wiesz, że to nie zadziała. Nie w ten sposób - nie uważał, że tak naprawdę wierzyła w to, że mogła tak po prostu wtrącić swoje trzy knuty w to, co robił, angażując się w jego posunięcia bez jego woli czy zgody.
Jasne. Była cholernie uparta. Kiedy coś sobie uwidziała, naprawdę ciężko było ją od tego odwieść, ale w tym konkretnym przypadku nie miała takiej siły bądź też władzy, jaką chciałaby mieć. Prawie niedostrzegalnie pokręcił głową, mając wrażenie, że jego oczy ponownie mówiły zbyt wiele. To, co opuściło usta Ambroisa nie było wrogie, było po prostu smutne.
- Potrafimy się ranić. Potrafimy być dla siebie naprawdę paskudni. Wstrętni. Już to przechodziliśmy. Nie każ mi tego ponownie robić. Nie chcę uciekać się do takich zagrywek, żeby trzymać cię od siebie na dystans, bo cię kocham - już to sobie mówili, to nie była żadna nowość, lecz w tym momencie zabrzmiała ciężej, bardziej jak wyrok niż powód do radości.
Trudno było kochać kogoś na odległość. Nie budzić się tuż obok. Nie rozmawiać, nie pisać, nie widzieć się każdego dnia. Nie spędzać razem świąt i sabatów, gdy robiło się to przez wiele lat. Nagle stanąć w obliczu braku własnych tradycji, bo wszystkie były wspólne. Bo osobno nie miało się już nic z tego, co powinno być rzeczywistością.
Nowy świat był pusty. Trawiła go zarówno zewnętrzna jak i wewnętrzna wojna. Nie chciał ponownie przenosić jej jeszcze w sferę tego, co ich łączyło. Mówić rzeczy, w które nie wierzył. Tylko po to, aby przyjąć na siebie wściekłość, wymierzony policzek czy uderzenie tym debilnym bukietem kwiatów, który nie leczył ran.
Ostrzegał ją przed tym, bo w istocie nie chciał, ale mógł. Nie oczekiwał zrozumienia. Nawet nie zamierzał o nie prosić. Tak samo jak nie błagał o wybaczenie. Chodziło mu tylko o prawdę. A prawda była taka, że oboje byli bezradni względem tej całej sytuacji. Stali po przeciwnej stronie wspólnie wybudowanej barykady.
W tym momencie ona w nią uderzała. On wcale nie próbował odbijać ciosów. Nie bronił się. Zamiast tego wzmacniał fortyfikację od wewnątrz. Odsuwał się na dystans, budował kolejne mury, gotów stracić te pierwsze, bo miał świadomość tego, że będzie w stanie budować kolejne.
Bo miał świadomość tego, że wbrew ich wczorajszej kłótni, wcale nie chciał odpowiadać atakiem na atak. Nigdy nie umiał być względem niej kimś takim. Niezależnie od tego jak mocno się ze sobą poróżnili, nie próbował być przy niej kimś takim. To, że często ponosiły go nerwy nie oznaczało, że nie czuł się z tym tak chujowo, aby dążyć do złożenia broni.
Tu nie zamierzał tego robić, ale też nie miał, czego składać, bo jak do tej pory w tej rozmowie nie podniósł jeszcze różdżki. Nie zamierzał tego robić.
- Nie. Doszliśmy do wniosku, że to nie klątwa nas ku sobie pchnęła. Nie, że nie jesteśmy razem przeklęci - poprawił ją bez entuzjazmu, bez tego podejścia, które ona mu prezentowała. - Zresztą nie sądzę, że to, co się wtedy wydarzyło to było całkowicie przypadkowe opętanie. To znaczy... ...tak, zgodnie z wszelkimi informacjami, to nie było dobre miejsce. Ludzie tam ginęli, ale czy nigdy nie zastanawiało cię, co wobec tego było inne w naszym przypadku? Nie kontrolowaliśmy się. Nie znaleźliśmy się na galerii, bo ktoś nas tam teleportował. Tamte emocje nie wzięły się znikąd. Jasne, może nie mamy niemal żadnych wspomnień sprzed strzału, ale nie sądzę, że to, że tam nie zginęliśmy było całkowitym dziełem przypadku. To była klątwa. Zdjęliśmy ją? A może przenieśliśmy na siebie, uwalniając przy tym cokolwiek, co było nią przedtem spętane? - Rzucił cicho, nie zamierzając udawać, że był ekspertem w tej kwestii, ale przez wiele miesięcy zastanawiał się nad tym, co teraz powiedział.
Właściwi ludzie we właściwym miejscu a może wręcz przeciwnie? Właściwi ludzie, którzy nie dla siebie znaleźli się we właściwym miejscu. Dla siebie podpisali w nim wyrok. Kilka lat względnego spokoju, poczucia sensu, miłości. Tylko po to, żeby skończyło się to jakąś tragedią, ich osobistym dramatem. Może nie tak tragicznym jak tam wtedy, lecz z pewnością trudnym do przetrwania.
- Nie próbuj tak tego tłumaczyć. To nie ma sensu. Liczy się to, że wszystkie tamte obietnice były o dupę potłuc - żyli w kłamstwie, to naprawdę nie było coś, o czym powinni zapominać, bo przecież się starał.
Niewystarczająco.
- Wiesz, że chcę, chcę popłynąć, ale co będzie dalej? Nie mamy już po szesnaście lat. Nie możemy udawać, że to się na nas nie odbije - bycie głosem rozsądku nie było czymś, na co się pisał, ale nie mógł z tego tak łatwo zrezygnować.
Nie, gdy nie umiał się już dłużej zadowolić mrzonkami i półprawdami. Po tym, co teraz padło, powrót do tych tymczasowych ról wydawał się jeszcze bardziej niewłaściwy, bo przecież jasno powiedzieli sobie o tym, czego oboje pragnęli. To nie było płytkie. Bez znaczenia. To nie była chęć odnalezienia kilku chwil przyjemności czy nawet pożegnania się ze sobą nawzajem.
Lgnęli do siebie. Mógł próbować się oszukiwać, ale już zaczęli zbaczać ze wcześniej obranej ścieżki. Wpierw w ogóle tu wracając. Później instynktownie siadając razem na plaży w swoich objęciach. Brodząc w lodowatej wodzie, usprawiedliwiając tamten prysznic koniecznością spłukania z siebie brudu, pomocy sobie nawzajem w zmyciu śladów wydarzeń w jaskini. W rzeczywistości od samego początku chcąc zatopić się w swoich ramionach.
Nawet nie dokończyli tamtego prysznica, nie wzięli wspólnej kąpieli. Pierwszy lepszy pretekst posłużył im w znalezieniu się w łóżku w sposób świadczący o tej głębokiej tęsknocie, nie tylko fizycznej a znacznie głębszej. Pierwszy czy drugi raz. Gdyby nie siła woli, nie pożegnaliby się w drzwiach salonu. Nie spaliby osobno. I nie łudził się - zostaliby tu tak samo jak teraz, tyle tylko, że zapewne w dalszym ciągu zaplątani w pościeli.
Przesuwając wszystko o dzień. Co dzień.
Mieli problem.
- Jeśli go nie wybiorę, przypieczętuję jeszcze gorszy - odparł, mając na myśli ten konkretny los, o którym był święcie przekonany, że by im nie sprzyjał.
Bycie osobno im nie służyło. Bycie razem mogło skończyć się jeszcze większym cierpieniem. I mówiła, że nie mieli na sobie żadnej klątwy? Naprawdę w to wierzyła?
- Nie interesuje cię to, a jednak przez ten cały czas usilnie starałaś się mi tam towarzyszyć - odbił argument Geraldine, nie kryjąc tego, że nie docierały do niego jej słowa.
Nie dostrzegał sensu w tym, w jaki sposób upierała się przy swoich racjach. Nie pierwszy raz nie potrafili znaleźć wspólnego gruntu, ale chyba pierwszy raz naprawdę nie widział możliwości, aby spróbować go z nią odszukać.
To nie tak, że nie chciał. W głębi duszy naprawdę tego pragnął, ale okoliczności całkowicie to wykluczały. I tak jak to już raz powiedział - tym razem nie próbował z nimi walczyć. Już nie.
- Doskonale, że nie uważasz tego za nic złego - przytaknął, lecz bez entuzjazmu. - Za to cały czas mam wrażenie, że próbujesz licytować się ze mną nie tyle, które z nas ma więcej za uszami, co jak bardzo blisko mojego poziomu teraz jesteś. A tutaj nie mogę się z tobą zgodzić. Nie jesteś - nie wiedziała nawet o połowie rzeczy.
Nie przez to, że je przed nią teraz ukrywał. Przez to, że nie było sensu o nich mówić (bo go o nie nie zapytała, całe szczęście). Nie chciał udawać, że wszystko będzie w porządku, gdy oboje odpuszczą i pozwolą sobie na to, aby dać się ponieść.
Szczególnie, że jej kolejne słowa po prostu go zmroziły.
- Grozisz mi? - Spytał zdecydowanie zbyt spokojnie jak na faktyczny wydźwięk tych słów; bez mrugnięcia okiem i bez poruszenia jakimkolwiek mięśniem twarzy, patrząc wprost na Geraldine i wyłącznie bardzo powoli unosząc brwi. - Czy ty mi właśnie grozisz podjęciem jakiejś chujowej, zdecydowanie zbyt ryzykownej decyzji, bo nie chcę dać ci tego, czego ode mnie chcesz? Nawet się nie waż grać tak nisko, Rina. Wybij to sobie z głowy - zacisnąłby wargi, niemal zazgrzytałby zębami, ale tylko kiwnął głową, mrużąc przy tym oczy. - Tak. Dokładnie tak sądzę - z jego słów bił spokój, nienaturalny spokój i opanowanie. - Nie wiem jak ty to sobie technicznie wyobrażasz, ale to najbardziej idiotyczna rzecz, jaką usłyszałem od dłuższego czasu. Znowu się narazisz - nie był kimś kto powinien mówić jej takie rzeczy, ale wciąż zamierzał to robić.
Znał ten temat od podszewki. Znał to z autopsji. Z tego jak to u niego wyglądało. I znał tych wszystkich ludzi. Może nie do końca jej znajomych, jak dostrzegł choćby w przypadku Crowa, ale domyślał się już pokroju tych ludzi, bo przecież znał to środowisko.
I tak. Dokładnie to czuł - że mu teraz groziła, próbując wymusić na nim przytaknięcie. Gdzieś podprogowo roztaczając wizję władowania się w kurewsko głębokie bagno, które byłoby jego winą, bo odmówił jej wsparcia, bo pozwolił na to, żeby szukała go gdziekolwiek indziej.
Wewnątrz czuł się zirytowany do cna. Poruszony I zły. Na zewnątrz? Rozszerzył powieki, kręcąc głową z niedowierzaniem na to, co cisnęło mu się na usta.
- Jeden raz. Jeden raz zademonstruję ci, że to nie ma żadnego sensu - stwierdził z oporem, wypuszczając powietrze przez zaciśnięte wargi. - Ale tylko, jeśli zapewnisz mnie o tym, że nie powtórzysz tego z nikim innym - zamierzał wymusić na niej tę obietnicę.
Szczerą, faktyczną. Jeszcze nie do końca wiedział, w jaki sposób wyegzekwowaną, skoro nie mieli mieć przecież kontaktu, jednak w tej chwili o tym nie myślał. Teraz miał w głowie zupełnie inne myśli.
Chaotyczne i jeśli to tylko było możliwe - jeszcze bardziej poplątane. Było mu gorąco. Od środka poczuł falę gorąca, na zewnątrz odczuwając kłujące zimno, gdy zaczęły docierać do niego słowa Geraldine. Nie potrzebował wiele, aby się aktywować. Nie tak jak powinien, ponownie dziwnie spokojnie, ale w dalszym ciągu w jednej chwili znalazł się tuż przed nią.
- Założyłaś - powtórzył po dziewczynie, nieświadomie ściskając jej kolana, wysunięty do przodu, jakby spodziewał się znaleźć coś w oczach Geraldine, czego nie mógł dostrzec z jakiejkolwiek dalszej odległości.
Ale nic tam nie było. Nic prócz tego absurdu. Słów, które rozumiał i których nie pojmował. Tym mocniej, im dłużej mówiła. Tym bardziej, im bardziej zagłębiała się w swoje podejście do tematu.
Parsknąłby. Wyrzuciłby jej swoje pretensje. Nerwowo i chaotycznie. Prześmiewczo, gniewnie. W każdej innej sytuacji, tylko nie w tej. Czemu? Za cholerę nie wiedział, bo wewnątrz jej słowa wywołały w nim gniew.
Wyciągnął jej fajkę z ust, zaciskając wargi na papierosie, choć niemalże przegryzł go przy tym zębami. Już dawno powinien się aktywować. Dawno powinien wyrzucić z siebie słowa. Zamiast tego, gdy się ponownie odezwał, kolejny raz brzmiał monotonnie, niepokojąco spokojnie.
- Dar... ...kurwa... ...dobry mi, kurwa, dar. Wybitnie przydatny talent. Zajebisty w rujnowaniu życia sobie i swoim bliskim. Szczególnie, gdy rzucają ci przy tym krwią w twarz. A ty za chuja nie wiesz, jakie to będzie mieć konsekwencje. To naprawdę nic takiego. Każdy miewa takie małe talenty - patrzył na nią, raz po raz zaciągając się papierosem, spuszczając wzrok na jej dłonie na jego udach i mrużąc oczy. - Naprawdę ze mną ochujałaś - to nie była obelga, nie był to też komplement.
Sam nie wiedział, jak to powinien kategoryzować, ale myśl o tym, że znowu gdzieś się rozjechali była natrętna i nic nie ułatwiała.
- Nie sądzę - to było mało powiedziane, bo w praktyce sprowadzało się do sporego uogólnienia.
Nie sądził wielu rzeczy. Na przykład tego, że mogła decydować o tym, co było albo nie było w jego charakterze. Co powinien a czego nie powinien robić, bo w istocie w tym momencie stanowczo zbyt mocno się mijali. To, że nie zaczęli jeszcze na siebie warczeć było osobliwą nowością. Czymś, czego nie rozumiał, ale też nie próbował zrozumieć.
Parł do przodu, brnąc przez te wszystkie tematy nie po to, aby uzyskać jakikolwiek konsensus czy otrzymać jasność, bo ani tego, ani tego nie mogli mieć. Robił to... ...cóż... ...może sam nie do końca wiedział, czemu. Otwierał usta, mówił i odpowiadał. Patrzył na Geraldine tylko po to, aby chwilę później odwrócić wzrok, bo jej słowa, choć przez większość czasu kojące wydzierały coraz większą dziurę w piersi Greengrassa.
Zupełnie tak, jakby gdzieś tam głęboko pod jego skórą, pod warstwami ciała, mięśni i kości, pod żebrami klatki piersiowej znajdowało się coś więcej niż tylko bolące serce. To był ten egoistyczny byt, prawdziwy problem, wewnętrzny zdesperowany potwór pragnący wyrwać się na powierzchnię i przejąć kontrolę. Wziąć to wszystko, co powinno być ich.
I nie mogło.
- Myślę, że dobrze wiesz, że to nie zadziała. Nie w ten sposób - nie uważał, że tak naprawdę wierzyła w to, że mogła tak po prostu wtrącić swoje trzy knuty w to, co robił, angażując się w jego posunięcia bez jego woli czy zgody.
Jasne. Była cholernie uparta. Kiedy coś sobie uwidziała, naprawdę ciężko było ją od tego odwieść, ale w tym konkretnym przypadku nie miała takiej siły bądź też władzy, jaką chciałaby mieć. Prawie niedostrzegalnie pokręcił głową, mając wrażenie, że jego oczy ponownie mówiły zbyt wiele. To, co opuściło usta Ambroisa nie było wrogie, było po prostu smutne.
- Potrafimy się ranić. Potrafimy być dla siebie naprawdę paskudni. Wstrętni. Już to przechodziliśmy. Nie każ mi tego ponownie robić. Nie chcę uciekać się do takich zagrywek, żeby trzymać cię od siebie na dystans, bo cię kocham - już to sobie mówili, to nie była żadna nowość, lecz w tym momencie zabrzmiała ciężej, bardziej jak wyrok niż powód do radości.
Trudno było kochać kogoś na odległość. Nie budzić się tuż obok. Nie rozmawiać, nie pisać, nie widzieć się każdego dnia. Nie spędzać razem świąt i sabatów, gdy robiło się to przez wiele lat. Nagle stanąć w obliczu braku własnych tradycji, bo wszystkie były wspólne. Bo osobno nie miało się już nic z tego, co powinno być rzeczywistością.
Nowy świat był pusty. Trawiła go zarówno zewnętrzna jak i wewnętrzna wojna. Nie chciał ponownie przenosić jej jeszcze w sferę tego, co ich łączyło. Mówić rzeczy, w które nie wierzył. Tylko po to, aby przyjąć na siebie wściekłość, wymierzony policzek czy uderzenie tym debilnym bukietem kwiatów, który nie leczył ran.
Ostrzegał ją przed tym, bo w istocie nie chciał, ale mógł. Nie oczekiwał zrozumienia. Nawet nie zamierzał o nie prosić. Tak samo jak nie błagał o wybaczenie. Chodziło mu tylko o prawdę. A prawda była taka, że oboje byli bezradni względem tej całej sytuacji. Stali po przeciwnej stronie wspólnie wybudowanej barykady.
W tym momencie ona w nią uderzała. On wcale nie próbował odbijać ciosów. Nie bronił się. Zamiast tego wzmacniał fortyfikację od wewnątrz. Odsuwał się na dystans, budował kolejne mury, gotów stracić te pierwsze, bo miał świadomość tego, że będzie w stanie budować kolejne.
Bo miał świadomość tego, że wbrew ich wczorajszej kłótni, wcale nie chciał odpowiadać atakiem na atak. Nigdy nie umiał być względem niej kimś takim. Niezależnie od tego jak mocno się ze sobą poróżnili, nie próbował być przy niej kimś takim. To, że często ponosiły go nerwy nie oznaczało, że nie czuł się z tym tak chujowo, aby dążyć do złożenia broni.
Tu nie zamierzał tego robić, ale też nie miał, czego składać, bo jak do tej pory w tej rozmowie nie podniósł jeszcze różdżki. Nie zamierzał tego robić.
- Nie. Doszliśmy do wniosku, że to nie klątwa nas ku sobie pchnęła. Nie, że nie jesteśmy razem przeklęci - poprawił ją bez entuzjazmu, bez tego podejścia, które ona mu prezentowała. - Zresztą nie sądzę, że to, co się wtedy wydarzyło to było całkowicie przypadkowe opętanie. To znaczy... ...tak, zgodnie z wszelkimi informacjami, to nie było dobre miejsce. Ludzie tam ginęli, ale czy nigdy nie zastanawiało cię, co wobec tego było inne w naszym przypadku? Nie kontrolowaliśmy się. Nie znaleźliśmy się na galerii, bo ktoś nas tam teleportował. Tamte emocje nie wzięły się znikąd. Jasne, może nie mamy niemal żadnych wspomnień sprzed strzału, ale nie sądzę, że to, że tam nie zginęliśmy było całkowitym dziełem przypadku. To była klątwa. Zdjęliśmy ją? A może przenieśliśmy na siebie, uwalniając przy tym cokolwiek, co było nią przedtem spętane? - Rzucił cicho, nie zamierzając udawać, że był ekspertem w tej kwestii, ale przez wiele miesięcy zastanawiał się nad tym, co teraz powiedział.
Właściwi ludzie we właściwym miejscu a może wręcz przeciwnie? Właściwi ludzie, którzy nie dla siebie znaleźli się we właściwym miejscu. Dla siebie podpisali w nim wyrok. Kilka lat względnego spokoju, poczucia sensu, miłości. Tylko po to, żeby skończyło się to jakąś tragedią, ich osobistym dramatem. Może nie tak tragicznym jak tam wtedy, lecz z pewnością trudnym do przetrwania.
- Nie próbuj tak tego tłumaczyć. To nie ma sensu. Liczy się to, że wszystkie tamte obietnice były o dupę potłuc - żyli w kłamstwie, to naprawdę nie było coś, o czym powinni zapominać, bo przecież się starał.
Niewystarczająco.
- Wiesz, że chcę, chcę popłynąć, ale co będzie dalej? Nie mamy już po szesnaście lat. Nie możemy udawać, że to się na nas nie odbije - bycie głosem rozsądku nie było czymś, na co się pisał, ale nie mógł z tego tak łatwo zrezygnować.
Nie, gdy nie umiał się już dłużej zadowolić mrzonkami i półprawdami. Po tym, co teraz padło, powrót do tych tymczasowych ról wydawał się jeszcze bardziej niewłaściwy, bo przecież jasno powiedzieli sobie o tym, czego oboje pragnęli. To nie było płytkie. Bez znaczenia. To nie była chęć odnalezienia kilku chwil przyjemności czy nawet pożegnania się ze sobą nawzajem.
Lgnęli do siebie. Mógł próbować się oszukiwać, ale już zaczęli zbaczać ze wcześniej obranej ścieżki. Wpierw w ogóle tu wracając. Później instynktownie siadając razem na plaży w swoich objęciach. Brodząc w lodowatej wodzie, usprawiedliwiając tamten prysznic koniecznością spłukania z siebie brudu, pomocy sobie nawzajem w zmyciu śladów wydarzeń w jaskini. W rzeczywistości od samego początku chcąc zatopić się w swoich ramionach.
Nawet nie dokończyli tamtego prysznica, nie wzięli wspólnej kąpieli. Pierwszy lepszy pretekst posłużył im w znalezieniu się w łóżku w sposób świadczący o tej głębokiej tęsknocie, nie tylko fizycznej a znacznie głębszej. Pierwszy czy drugi raz. Gdyby nie siła woli, nie pożegnaliby się w drzwiach salonu. Nie spaliby osobno. I nie łudził się - zostaliby tu tak samo jak teraz, tyle tylko, że zapewne w dalszym ciągu zaplątani w pościeli.
Przesuwając wszystko o dzień. Co dzień.
Mieli problem.
- Jeśli go nie wybiorę, przypieczętuję jeszcze gorszy - odparł, mając na myśli ten konkretny los, o którym był święcie przekonany, że by im nie sprzyjał.
Bycie osobno im nie służyło. Bycie razem mogło skończyć się jeszcze większym cierpieniem. I mówiła, że nie mieli na sobie żadnej klątwy? Naprawdę w to wierzyła?
- Nie interesuje cię to, a jednak przez ten cały czas usilnie starałaś się mi tam towarzyszyć - odbił argument Geraldine, nie kryjąc tego, że nie docierały do niego jej słowa.
Nie dostrzegał sensu w tym, w jaki sposób upierała się przy swoich racjach. Nie pierwszy raz nie potrafili znaleźć wspólnego gruntu, ale chyba pierwszy raz naprawdę nie widział możliwości, aby spróbować go z nią odszukać.
To nie tak, że nie chciał. W głębi duszy naprawdę tego pragnął, ale okoliczności całkowicie to wykluczały. I tak jak to już raz powiedział - tym razem nie próbował z nimi walczyć. Już nie.
- Doskonale, że nie uważasz tego za nic złego - przytaknął, lecz bez entuzjazmu. - Za to cały czas mam wrażenie, że próbujesz licytować się ze mną nie tyle, które z nas ma więcej za uszami, co jak bardzo blisko mojego poziomu teraz jesteś. A tutaj nie mogę się z tobą zgodzić. Nie jesteś - nie wiedziała nawet o połowie rzeczy.
Nie przez to, że je przed nią teraz ukrywał. Przez to, że nie było sensu o nich mówić (bo go o nie nie zapytała, całe szczęście). Nie chciał udawać, że wszystko będzie w porządku, gdy oboje odpuszczą i pozwolą sobie na to, aby dać się ponieść.
Szczególnie, że jej kolejne słowa po prostu go zmroziły.
- Grozisz mi? - Spytał zdecydowanie zbyt spokojnie jak na faktyczny wydźwięk tych słów; bez mrugnięcia okiem i bez poruszenia jakimkolwiek mięśniem twarzy, patrząc wprost na Geraldine i wyłącznie bardzo powoli unosząc brwi. - Czy ty mi właśnie grozisz podjęciem jakiejś chujowej, zdecydowanie zbyt ryzykownej decyzji, bo nie chcę dać ci tego, czego ode mnie chcesz? Nawet się nie waż grać tak nisko, Rina. Wybij to sobie z głowy - zacisnąłby wargi, niemal zazgrzytałby zębami, ale tylko kiwnął głową, mrużąc przy tym oczy. - Tak. Dokładnie tak sądzę - z jego słów bił spokój, nienaturalny spokój i opanowanie. - Nie wiem jak ty to sobie technicznie wyobrażasz, ale to najbardziej idiotyczna rzecz, jaką usłyszałem od dłuższego czasu. Znowu się narazisz - nie był kimś kto powinien mówić jej takie rzeczy, ale wciąż zamierzał to robić.
Znał ten temat od podszewki. Znał to z autopsji. Z tego jak to u niego wyglądało. I znał tych wszystkich ludzi. Może nie do końca jej znajomych, jak dostrzegł choćby w przypadku Crowa, ale domyślał się już pokroju tych ludzi, bo przecież znał to środowisko.
I tak. Dokładnie to czuł - że mu teraz groziła, próbując wymusić na nim przytaknięcie. Gdzieś podprogowo roztaczając wizję władowania się w kurewsko głębokie bagno, które byłoby jego winą, bo odmówił jej wsparcia, bo pozwolił na to, żeby szukała go gdziekolwiek indziej.
Wewnątrz czuł się zirytowany do cna. Poruszony I zły. Na zewnątrz? Rozszerzył powieki, kręcąc głową z niedowierzaniem na to, co cisnęło mu się na usta.
- Jeden raz. Jeden raz zademonstruję ci, że to nie ma żadnego sensu - stwierdził z oporem, wypuszczając powietrze przez zaciśnięte wargi. - Ale tylko, jeśli zapewnisz mnie o tym, że nie powtórzysz tego z nikim innym - zamierzał wymusić na niej tę obietnicę.
Szczerą, faktyczną. Jeszcze nie do końca wiedział, w jaki sposób wyegzekwowaną, skoro nie mieli mieć przecież kontaktu, jednak w tej chwili o tym nie myślał. Teraz miał w głowie zupełnie inne myśli.
Chaotyczne i jeśli to tylko było możliwe - jeszcze bardziej poplątane. Było mu gorąco. Od środka poczuł falę gorąca, na zewnątrz odczuwając kłujące zimno, gdy zaczęły docierać do niego słowa Geraldine. Nie potrzebował wiele, aby się aktywować. Nie tak jak powinien, ponownie dziwnie spokojnie, ale w dalszym ciągu w jednej chwili znalazł się tuż przed nią.
- Założyłaś - powtórzył po dziewczynie, nieświadomie ściskając jej kolana, wysunięty do przodu, jakby spodziewał się znaleźć coś w oczach Geraldine, czego nie mógł dostrzec z jakiejkolwiek dalszej odległości.
Ale nic tam nie było. Nic prócz tego absurdu. Słów, które rozumiał i których nie pojmował. Tym mocniej, im dłużej mówiła. Tym bardziej, im bardziej zagłębiała się w swoje podejście do tematu.
Parsknąłby. Wyrzuciłby jej swoje pretensje. Nerwowo i chaotycznie. Prześmiewczo, gniewnie. W każdej innej sytuacji, tylko nie w tej. Czemu? Za cholerę nie wiedział, bo wewnątrz jej słowa wywołały w nim gniew.
Wyciągnął jej fajkę z ust, zaciskając wargi na papierosie, choć niemalże przegryzł go przy tym zębami. Już dawno powinien się aktywować. Dawno powinien wyrzucić z siebie słowa. Zamiast tego, gdy się ponownie odezwał, kolejny raz brzmiał monotonnie, niepokojąco spokojnie.
- Dar... ...kurwa... ...dobry mi, kurwa, dar. Wybitnie przydatny talent. Zajebisty w rujnowaniu życia sobie i swoim bliskim. Szczególnie, gdy rzucają ci przy tym krwią w twarz. A ty za chuja nie wiesz, jakie to będzie mieć konsekwencje. To naprawdę nic takiego. Każdy miewa takie małe talenty - patrzył na nią, raz po raz zaciągając się papierosem, spuszczając wzrok na jej dłonie na jego udach i mrużąc oczy. - Naprawdę ze mną ochujałaś - to nie była obelga, nie był to też komplement.
Sam nie wiedział, jak to powinien kategoryzować, ale myśl o tym, że znowu gdzieś się rozjechali była natrętna i nic nie ułatwiała.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down