07.01.2025, 22:53 ✶
W pierwszej chwili kiwnął głową, dopiero moment później łapiąc się na tym, że dotarł do niego cały sens słów Nory.
- Czekaj, czekaj. Nie wspominałaś wcześniej, że to nie jest pierwszy kiciuch, którego szukasz - zmierzył Norę badawczym spojrzeniem, zdecydowanie wyłapując to, jak lekko napomknęła o tym fakcie. - Planujesz przeprowadzkę do Doliny? Zakładasz straż sąsiedzką czy coś? Powinienem o czymś wiedzieć? - Naprawdę starał się, żeby ich rozmowa przebiegała w tym zwyczajowym całkiem lekkim tonie.
Jak do tej pory, Nora ani słowem nie zająknęła się na temat tego, w jaki sposób do niej dołączył. Był trzeźwy i ogarnięty, bo przecież w dalszym ciągu nie miał w zwyczaju upijać się w samym środku tygodnia (a mieli czwartek) ani przestać przykładać uwagę do prezencji. Jednakże ostatnie wydarzenia zdecydowanie się na nim odbiły.
Nie schudł. W dalszym ciągu był kawałem czarodzieja niemalże (albo praktycznie) dwa razy większym od jego towarzyszki, jednak bez wątpienia wymizerniał na twarzy. Gdy się do niej odzywał, brakowało mu tego typowego dla ich relacji błysku w oczach i szczerej lekkości w głosie.
Prawdę mówiąc, kiedy poprosiła go o wsparcie w poszukiwaniu zaginionego kota, Ambroise w pierwszej chwili zamierzał jej odmówić. Nie zwykł tego robić. Nie w stosunku do najbliższych mu osób a do takich zdecydowanie zaliczał Figgównę.
Tym bardziej, że miał obecnie kilka dni pół-wolnego (pół, bo wyłącznie w swojej oficjalnej pracy w Mungu) wzięte w celu załatwienia kilku raczej naglących spraw. Być może poszukiwania zaginionych zwierzaków do nich nie należały, ale po chwili namysłu doszedł do wniosku, że być może dzięki temu mógł choć na chwilę odsunąć swoje myśli od trawiących go problemów.
Mimo to, pomimo pełnej świadomości tego, co zaczęło dziać się w Dolinie Godryka i jej okolicach, pewna mroczna refleksyjność Nory była dla niego zaskoczeniem. Jasne, zdawał sobie sprawę z tego, że jego przyjaciółka zawsze dostrzegała naprawdę dużo spraw. Po prostu wybierając bycie promyczkiem i poprawę świata poprzez swoje radosne zachowanie.
Tym bardziej, że nie miał przecież zielonego pojęcia o jej powiązaniach z organizacją mającą na celu zwalczanie popleczników Voldemorta czy samego czarnoksiężnika. W innym razie z pewnością patrzyłby na Figgównę zupełnie inaczej. Czy przychylniej? Niekoniecznie, bo już teraz spoglądał na nią lepiej niż na większość znanych mu ludzi. Po prostu... ...inaczej.
I cholernie by się o nią martwił, bo to też (wbrew całej swojej z pozoru obojętnej i zdystansowanej wobec świata postawie) było w jego naturze. Gdy mu na kimś zależało, potrafił schować własne dobro do kieszeni, zbierając się do wyciągnięcia dupy ze swojej samotni w rodzinnej posiadłości i ruszenia z tą osobą w odwiedziny do starszej pani rozpaczającej po stracie ukochanego kotka.
Swoją drogą, rzeczywiście powinni zacząć go szukać, jeśli chcieli wrócić do domu przed zapadnięciem zmroku. Wbrew wszelkim oczekiwaniom i założeniom, nie byli przecież o
wprawionymi tropicielami a ich cel był z dużym prawdopodobieństwem ruchomy i nawet teraz mógł coraz bardziej się od nich oddalać. Ambroise powoli kiwnął głową.
- To raczej dobrze, że jesteś tego świadoma, ale tak jak mówię... ...raczej mam rację. Raczej na pewno mam rację. Nie widzę, czemu miałbym jej nie mieć - mrugnął do niej jednym okiem, siląc się na całkiem pokrzepiający ton głosu dokładnie w tej samej chwili, w której kątem oka dostrzegł ruch na (inaczej bądź co bądź całkiem pustej i spokojnej ulicy).
Nie potrzebował ani chwili, aby zorientować się w ich nagłym towarzystwie, instynktownie unosząc rękę na powitanie i odpowiadając przyjacielowi w dokładnie ten sam sposób - wypowiedzeniem imienia Lestrange'a. Bez potrzeby mówienia mu cześć czy tym bardziej oficjalnego witaj. Na siema też się nie pokusił.
- Corio - niemal od razu wyciągnął rękę ku Corneliusowi, bez wahania pozwalając sobie na odpowiedzenie tym samym uściskiem i całkiem solidnym pierdolnięciem Lestrange'a w plecy; tym bardziej, że i tak zdawał sobie sprawę z tego, że dla przyjaciela będzie to bardziej jak nieco mocniejsze pogłaskanie.
Moment później odsunęli się od siebie a Greengrass zmrużył oczy, unosząc wzrok w kierunku nieba i kręcąc głową.
- Mnie? W Dolinie? No rzeczywiście, kurwa, dziwne. Normalnie tu nie bywam - stwierdził, jednocześnie ponownie unosząc brwi i nawet nie próbując skomentować poziomu żartu o braku pacjentów w Mungu.
Zamiast tego znacząco pociągnął nosem, odsuwając się jeszcze o pół kroku.
- Eau de formaldehyd? - Spytał gładko, nie pozwalając sobie na drgnięcie nawet najmniejszego mięśnia twarzy, przypatrując się Corneliusowi.
Nie to, żeby sam zazwyczaj pachniał dużo lepiej, opuszczając szpital. Przez kilka pierwszych miesięcy wspólnej egzystencji tuż obok kogoś, kto szczerze nienawidził szpitali, wielokrotnie musiał znosić kręcenie nosem i wymowne miny. Później wyrobili sobie z tym pewną rutynę.
Tak jak on celowo brał zazwyczaj powtórny prysznic po powrocie do domu, korzystając ze sprawdzonych środków do ciała czy włosów, tak i jego była dziewczyna chyba przywykła do towarzyszącej mu woni medykamentów i sterylnej nuty szpitalnych środków do czyszczenia.
Od tamtej pory minęło dużo czasu. Czasami wydawało mu się, że zbyt wiele. Niemalże całe wieki lub wręcz życie, bo to obecne było jak zupełnie inne. Cudze, nie jego, ale chyba powoli zaczął się do niego przyzwyczajać. Do reinkarnacji w nowym, zdecydowanie nie lepszym świecie.
Mimo to w dalszym ciągu trzymał się pewnych wypracowanych schematów. Nawet teraz, kiedy zdecydowanie nie czuł się jak ktoś kto miał zbyt wiele do zaoferowania w kwestii bycia świetnym towarzyszem wspólnie spędzanego dnia, starał się robić dobrą minę do złej gry.
Przeczesał włosy palcami, układając je na nowo w coś na kształt celowo niedbale zwichrzonej czupryny. Przybrał całkiem pogodny wyraz twarzy. Przywołał lekko kąśliwy, zawadiacki uśmieszek na usta. Tylko mimowolnie obciągając rękawy koszuli. Rozprostowując jeden po drugim i wygładzając materiał ręką, bo zrobiło mu się nieoczekiwanie chłodno.
Dookoła było ciepło. Można było wręcz powiedzieć, że to był kolejny z tych wciąż jeszcze ładnych letnich dni. A jednak gdzieś tam czuł ten podskórny ziąb. Mimo to obdarzając resztę towarzystwa neutralnym spojrzeniem, jednak wbrew nadziejom Nory wcale nie zamierzając zabrać głosu w temacie Karmelka. No, ni za cholerę.
- Czekaj, czekaj. Nie wspominałaś wcześniej, że to nie jest pierwszy kiciuch, którego szukasz - zmierzył Norę badawczym spojrzeniem, zdecydowanie wyłapując to, jak lekko napomknęła o tym fakcie. - Planujesz przeprowadzkę do Doliny? Zakładasz straż sąsiedzką czy coś? Powinienem o czymś wiedzieć? - Naprawdę starał się, żeby ich rozmowa przebiegała w tym zwyczajowym całkiem lekkim tonie.
Jak do tej pory, Nora ani słowem nie zająknęła się na temat tego, w jaki sposób do niej dołączył. Był trzeźwy i ogarnięty, bo przecież w dalszym ciągu nie miał w zwyczaju upijać się w samym środku tygodnia (a mieli czwartek) ani przestać przykładać uwagę do prezencji. Jednakże ostatnie wydarzenia zdecydowanie się na nim odbiły.
Nie schudł. W dalszym ciągu był kawałem czarodzieja niemalże (albo praktycznie) dwa razy większym od jego towarzyszki, jednak bez wątpienia wymizerniał na twarzy. Gdy się do niej odzywał, brakowało mu tego typowego dla ich relacji błysku w oczach i szczerej lekkości w głosie.
Prawdę mówiąc, kiedy poprosiła go o wsparcie w poszukiwaniu zaginionego kota, Ambroise w pierwszej chwili zamierzał jej odmówić. Nie zwykł tego robić. Nie w stosunku do najbliższych mu osób a do takich zdecydowanie zaliczał Figgównę.
Tym bardziej, że miał obecnie kilka dni pół-wolnego (pół, bo wyłącznie w swojej oficjalnej pracy w Mungu) wzięte w celu załatwienia kilku raczej naglących spraw. Być może poszukiwania zaginionych zwierzaków do nich nie należały, ale po chwili namysłu doszedł do wniosku, że być może dzięki temu mógł choć na chwilę odsunąć swoje myśli od trawiących go problemów.
Mimo to, pomimo pełnej świadomości tego, co zaczęło dziać się w Dolinie Godryka i jej okolicach, pewna mroczna refleksyjność Nory była dla niego zaskoczeniem. Jasne, zdawał sobie sprawę z tego, że jego przyjaciółka zawsze dostrzegała naprawdę dużo spraw. Po prostu wybierając bycie promyczkiem i poprawę świata poprzez swoje radosne zachowanie.
Tym bardziej, że nie miał przecież zielonego pojęcia o jej powiązaniach z organizacją mającą na celu zwalczanie popleczników Voldemorta czy samego czarnoksiężnika. W innym razie z pewnością patrzyłby na Figgównę zupełnie inaczej. Czy przychylniej? Niekoniecznie, bo już teraz spoglądał na nią lepiej niż na większość znanych mu ludzi. Po prostu... ...inaczej.
I cholernie by się o nią martwił, bo to też (wbrew całej swojej z pozoru obojętnej i zdystansowanej wobec świata postawie) było w jego naturze. Gdy mu na kimś zależało, potrafił schować własne dobro do kieszeni, zbierając się do wyciągnięcia dupy ze swojej samotni w rodzinnej posiadłości i ruszenia z tą osobą w odwiedziny do starszej pani rozpaczającej po stracie ukochanego kotka.
Swoją drogą, rzeczywiście powinni zacząć go szukać, jeśli chcieli wrócić do domu przed zapadnięciem zmroku. Wbrew wszelkim oczekiwaniom i założeniom, nie byli przecież o
wprawionymi tropicielami a ich cel był z dużym prawdopodobieństwem ruchomy i nawet teraz mógł coraz bardziej się od nich oddalać. Ambroise powoli kiwnął głową.
- To raczej dobrze, że jesteś tego świadoma, ale tak jak mówię... ...raczej mam rację. Raczej na pewno mam rację. Nie widzę, czemu miałbym jej nie mieć - mrugnął do niej jednym okiem, siląc się na całkiem pokrzepiający ton głosu dokładnie w tej samej chwili, w której kątem oka dostrzegł ruch na (inaczej bądź co bądź całkiem pustej i spokojnej ulicy).
Nie potrzebował ani chwili, aby zorientować się w ich nagłym towarzystwie, instynktownie unosząc rękę na powitanie i odpowiadając przyjacielowi w dokładnie ten sam sposób - wypowiedzeniem imienia Lestrange'a. Bez potrzeby mówienia mu cześć czy tym bardziej oficjalnego witaj. Na siema też się nie pokusił.
- Corio - niemal od razu wyciągnął rękę ku Corneliusowi, bez wahania pozwalając sobie na odpowiedzenie tym samym uściskiem i całkiem solidnym pierdolnięciem Lestrange'a w plecy; tym bardziej, że i tak zdawał sobie sprawę z tego, że dla przyjaciela będzie to bardziej jak nieco mocniejsze pogłaskanie.
Moment później odsunęli się od siebie a Greengrass zmrużył oczy, unosząc wzrok w kierunku nieba i kręcąc głową.
- Mnie? W Dolinie? No rzeczywiście, kurwa, dziwne. Normalnie tu nie bywam - stwierdził, jednocześnie ponownie unosząc brwi i nawet nie próbując skomentować poziomu żartu o braku pacjentów w Mungu.
Zamiast tego znacząco pociągnął nosem, odsuwając się jeszcze o pół kroku.
- Eau de formaldehyd? - Spytał gładko, nie pozwalając sobie na drgnięcie nawet najmniejszego mięśnia twarzy, przypatrując się Corneliusowi.
Nie to, żeby sam zazwyczaj pachniał dużo lepiej, opuszczając szpital. Przez kilka pierwszych miesięcy wspólnej egzystencji tuż obok kogoś, kto szczerze nienawidził szpitali, wielokrotnie musiał znosić kręcenie nosem i wymowne miny. Później wyrobili sobie z tym pewną rutynę.
Tak jak on celowo brał zazwyczaj powtórny prysznic po powrocie do domu, korzystając ze sprawdzonych środków do ciała czy włosów, tak i jego była dziewczyna chyba przywykła do towarzyszącej mu woni medykamentów i sterylnej nuty szpitalnych środków do czyszczenia.
Od tamtej pory minęło dużo czasu. Czasami wydawało mu się, że zbyt wiele. Niemalże całe wieki lub wręcz życie, bo to obecne było jak zupełnie inne. Cudze, nie jego, ale chyba powoli zaczął się do niego przyzwyczajać. Do reinkarnacji w nowym, zdecydowanie nie lepszym świecie.
Mimo to w dalszym ciągu trzymał się pewnych wypracowanych schematów. Nawet teraz, kiedy zdecydowanie nie czuł się jak ktoś kto miał zbyt wiele do zaoferowania w kwestii bycia świetnym towarzyszem wspólnie spędzanego dnia, starał się robić dobrą minę do złej gry.
Przeczesał włosy palcami, układając je na nowo w coś na kształt celowo niedbale zwichrzonej czupryny. Przybrał całkiem pogodny wyraz twarzy. Przywołał lekko kąśliwy, zawadiacki uśmieszek na usta. Tylko mimowolnie obciągając rękawy koszuli. Rozprostowując jeden po drugim i wygładzając materiał ręką, bo zrobiło mu się nieoczekiwanie chłodno.
Dookoła było ciepło. Można było wręcz powiedzieć, że to był kolejny z tych wciąż jeszcze ładnych letnich dni. A jednak gdzieś tam czuł ten podskórny ziąb. Mimo to obdarzając resztę towarzystwa neutralnym spojrzeniem, jednak wbrew nadziejom Nory wcale nie zamierzając zabrać głosu w temacie Karmelka. No, ni za cholerę.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down