Miotła to nie była wcale taka tania sprawa, a Victoria ni cholery się na nich nie znała. Będzie musiała poprosić kogoś o pomoc, kiedy już Olivii uda się dostać do ślizgońskiej drużyny Quidditcha. Tym niemniej… Łatwo to szło, prawda? Jedna rozmowa i już przychodziły chęci, by jednak spędzić więcej czasu z rodziną kobiety, do której się… co. Przychodziło? Z którą co dokładnie się robiło i co chciało się dalej? Victoria była błogo nieświadoma myśli, jakie przebiegały właśnie przez głowę Sauriela, a w pełni skupiona na siostrze nie zauważyła tego, co robił Kwiatuszek. Ale miał do tego tendencję – do układania się w bliskim otoczeniu roślin, na fotelu tuż obok areki, albo właśnie w samej donicy, na ziemi, blisko kwiatków. Od tego właśnie miał jedną część swojego imienia.
Tiara się nie myliła, bo zawsze pozostawał wybór. Może mało dzieciaków zdawało sobie z tego sprawę, ale jeśli miały w głowie, że bardzo chciały dostać się do jakiegoś domu – to najprawdopodobniej właśnie do niego się trafiło, bo było zakorzenione w sercu. Tak, jasne, Tiara wyczytywała cechy charakteru danej osoby, przyporządkowywała je do tego, co wlali do niej założyciele Hogwartu… Ale ostatecznie wybór był dokonany w sercu danej osoby. A Sauriel właśnie w sercu był Krukonem. Nie Ślizgonem ze złą sławą, a Krukonem poszukującym wiedzy – być może niestandardowej… ale wiedzy.
Olivia trochę zmarszczyła nos na słowa o mugolach, ale ostatecznie powtórzyła za Saurielem gest tym ochoczo, jak wyszło, że mogła zrobić coś nielegalnego za plecami matki.
Victoria uśmiechnęła się do Sauriela, kiedy stwierdził, że ta jej mała siostra to tak fajna. Rozpierała ją duma i było to widać – duma starszej siostry. To, jakim cudem taki kwiat wyrósł pod butem Isabelli Lestrange nie było aż takie trudne do zgadnięcia. Ostatecznie… wystarczyło spojrzeć na Victorię – ona też przecież wychowała się w tamtym domu i jaka była…? Na pewno nie taka jak matka… chociaż z pewnością dzieliły niektóre cechy.
– Taak. Potrzebowałam chyba takiego dnia – przyznała ze spokojem i oderwała spojrzenie od Sauriela, patrząc w kominek. – Ostatnio znowu jest… a szkoda gadać – wzruszyła lekko ramionami. Sauriel dobrze ją przeczytał: była zadowolona… i jednocześnie było w tym drugie dno. Był w niej jakiś smutek i być może bezsilność. – Hmm, chyba powinna już wyjść z kominka i zrobić miejsce. Pójdę sprawdzić, czy dotarła bez przeszkód, zaraz wrócę – uśmiechnęła się z lekkością do Sauriela i zaraz wzięła garść proszku w dłoń, by skorzystać z kominka.
Nie, nie było pretekstu. Bo po upewnieniu się, że skrzatka zajęła się Olivią, która przeniosła się do domu cała i zdrowa, bez niespodzianek, Victoria życzyła dobrej nocy i wróciła do siebie. Bez kłótni. Bez rozcięcia na twarzy, po którym ślad był tak blady, że niedługo powinien całkiem zniknąć (a teraz widoczny był tylko, gdy wiedziało się na co patrzeć w odpowiednim świetle, albo z bardzo bliska).
– Szybko minęły te dwa miesiące – odezwała się, gdy już była z powrotem we własnym salonie. – Byłam przyzwyczajona, że zawsze jest obok, a potem poszła do szkoły i teraz widziałam ją tylko tak krótko, a jeszcze wyniosłam się z domu w połowie jej wakacji, tuż przed jej urodzinami – Victoria westchnęła i za chwilę siedziała znowu na kanapie, zerkając na Sauriela. – Ale umówiliśmy się, że odprowadzę ją na pociąg pierwszego – pierwszego września oczywiście. – Chciałam, żebyś ją poznał, ale nie sądziłam, że to się stanie tak… przypadkowo – bo przypadkowe było to, że Sauriel przyszedł. Ot tak. Jaki był pretekst dzisiaj? Oparła głowę na dłoni i wpatrzyła się w czarnowłosego, jakby chciała z niego coś wyczytać. Coś zrozumieć.